Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Jak wychować geniusza? "Największym problemem są ciągle powtarzające się okrzyki rodziców"

- Czy ktoś, kto ma długie palce, ma od razu talent do gry na pianinie? - pyta Mateusz Pietsch. - Nie. Ma coś, co może mu pomóc grać. I staram się uświadamiać rodziców i trenerów, jak sytuacja naprawdę wygląda i jak mogą dziecku pomóc wykorzystać jego predyspozycje - dodaje trener młodych piłkarzy z Birmingham i autor książki "Czy mieszka z nami Messi?"

Łukasz Jachimiak: Zdaje się, że ma Pan swój profil na stronie Łączy Nas Piłka. Jest Pan niespełnionym piłkarzem?

Mateusz Pietsch: Zaskoczył mnie pan, nie wiedziałem, że jestem w tej bazie. Pochodzę z małej miejscowości pod Zieloną Górą, tam zaczynałem grać w piłkę, a poważniejsze granie zaczęło się, gdy przeszedłem do UKP Zielona Góra. To były czasy trampkarzy, miałem 12 lat i w skali regionu, a nawet całego kraju nasza drużyna miała markę. Grałem przez kilka lat, rokrocznie wygrywaliśmy ligę wojewódzką i jeździliśmy na turnieje ogólnopolskie, uczyłem się w szkole sportowej, aż w drugiej klasie liceum doznałem poważnej kontuzji kolana i z piłki musiałem zrezygnować. To znaczy z grania w nią. Bo od razu wtedy zacząłem się kształcić jako trener. Skończyłem liceum, poszedłem na uniwersytet, a w trakcie studiów zacząłem robić kurs trenerski i łapałem doświadczenie gdzie i jak tylko mogłem. Na przykład pomagałem organizować szkolenia, które we Wrocławiu przeprowadzał Ajax Amsterdam. Wyjeżdżałem na zagraniczne staże.

Zobacz wideo

I teraz jest Pan autorem książek o szkoleniu dzieci i trenerem, który mieszka i pracuje w Anglii?

- Tak, zajmuję się rozwojem sportowym dzieci jako trener. A jednocześnie pasjonuje mnie zdobywanie wiedzy w tym zakresie i pisanie. Książka "Czy mieszka z nami Messi?" została już wydana w języku angielskim, a ja pracuję nad kolejnymi publikacjami. Od zawsze skupiam się na pracy z drużynami młodzieżowymi. Po studiach na kierunku nauczycielskim poszedłem na psychologię i kształciłem się w psychologii sportowej. Już po pierwszym roku wziąłem urlop dziekański, bo uznałem, że chcę wyjeżdżać i zdobywać doświadczenie. Byłem m.in. we włoskim Empoli, pracowałem w młodzieżowych klubach w Kalifornii i Oregonie, ale zadomowiłem się w Anglii. Pierwszy kurs robiłem w West Bromwich Albion, byłem też na stażu w Wolverhampton.

Teraz pracuje Pan z młodzieżą jakiegoś klubu czy ma Pan swoją akademię?

- Sześć lat temu założyłem szkółkę White Eagles FC. Prowadzimy zajęcia w Birmingham, w centrum Anglii. Klub współpracuje z West Bromwich Albion. Szkolimy dzieci w wieku od lat 3 do 12. I staramy się szkolić również ich rodziców.

Głównie Polaków?

- Tak, ponad 90 procent naszych zawodników to Polacy. Pozostała część to mieszanka wielonarodowościowa i wielokulturowa. Zawodników mamy dużo, bo poza przedszkolem piłkarskim prowadzimy dwie drużyny U-7, dwie U-8, jedną U-10 i dwie U-12.

Czy trzylatek może wykazywać już zauważalny talent? Potrafi Pan ocenić czy taki malec ma szansę być Messim?

- Nie wiem, czy będę w stanie mówić o talencie, bo ja przede wszystkim staram się obalać mit talentu. Samego słowa "talent" nie lubię i z nim walczę. Mówię o predyspozycjach. Poza tym wydaje mi się, że wpływ predyspozycji na końcowy sukces jest często przeceniany. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach i wiele zależy od dyscypliny sportu.

Czyli jest Pan z tych, którzy twierdzą, że talent to trzeba mieć, ale do ciężkiej pracy?

- Tak. Widzę też, że większy wpływ na dziecko ma środowisko, w jakim ono się rozwija niż jakieś wrodzone predyspozycje, które ma. Spójrzmy na przykład na koszykówkę. Policzono, że w Ameryce co siódmy napotkany przez nas na ulicy człowiek o wzrośnie 211 cm będzie zawodnikiem NBA. Czy to jednak oznacza, że co siódmy Amerykanin jest utalentowanym koszykarzem?

Zdaje się, że Marcin Gortat, który mierzy właśnie 211 cm wzrostu, nie miał talentu do koszykówki i zaczął w nią grać dopiero jako nastolatek, a mimo to zrobił karierę w NBA.

- Tak, to świetny przykład - miał pewne wrodzone predyspozycje i znakomicie je wykorzystał, ciężko pracując. Takie przykłady można mnożyć. Czy ktoś, kto ma długie palce, ma od razu talent do gry na pianinie? Nie. Ma coś, co może mu pomóc grać. I staram się uświadamiać rodziców i trenerów - ale bardziej jednak rodziców - jak sytuacja naprawdę wygląda i jak mogą dziecku pomóc wykorzystać jego predyspozycje. I - co równie ważne - nie skupiać się na nich. Dlatego, że jak się okazuje, ich brak nie odbiera szansy na sukces w dużej części dyscyplin.

Ale zdarza się, że trafia do pana trzylatek i już po sposobie jego poruszania się, już po pierwszym kopnięciu widzi Pan, że ma piłkę w genach?

- Tak, to się zdarza i mam takich chłopaków w klubie. Gdybym odstawił na bok swoje doświadczenie, to twierdziłbym, że ci chłopcy na pewno będą zawodowymi piłkarzami, tak bardzo się wyróżniają. Pewnie każdy tak myśli o Kacprze Bywalcu, nazywanym Messim z Rydułtów albo o braciach Michale i Miłoszu Żukach z Barcelony. Ci chłopcy mają coś w sobie i ludzie się spodziewają, że muszą wysoko zajść. Nie można odmówić chłopcom ani ich rodzicom wysiłku, jaki włożyli w rozwój sportowy, ale mało kto zastanawia się, jak trudna droga przed nimi. A ja wiem, że droga do sukcesu jest trudna, więc nie nachodzą mnie takie myśli, gdy widzę, że ktoś przychodzi i od razu potrafi świetnie operować piłką. Bardziej zwracam uwagę na zawodników, którzy robią duże postępy w krótkim czasie. Sam aktualny poziom zawodnika nie jest jedynym wskaźnikiem jego potencjalnego sukcesu. Okazuje się, że bardzo istotne jest na przykład podejście rodzica. Dla przykładu: aby dostać się do jednej z najlepszych szkół muzycznych, East Helsinki Music Institute, rodzic przyszłego muzyka musi odpowiedzieć na pytanie: "Czy jesteś gotów poświęcić od godziny do półtorej codziennie przez następne pięć lat na naukę twojego dziecka w domu?".

Jak Pan rozmawia z rodzicami, którzy myślą, że mają w domu geniusza?

- Indywidualnie, żeby odpowiadać na różne podejścia. Są tacy rodzice, którzy bardzo się nastawiają na karierę swojego dziecka, bardzo chcą, żeby ono zostało profesjonalnym sportowcem. Druga grupa, też duża, to rodzice, którzy przyprowadzają dziecko, żeby złapało kontakt ze sportem, choćby w wymiarze rekreacyjnym. Najwięcej rozmów mam z tymi rodzicami, którzy chcą aż za bardzo. Oni często takim podejściem przeszkadzają, bo nie wiedzą jak zdrowo przenosić swoje ambicje na dzieci. To staram się wyjaśniać i w rozmowach, i w książce. Ona jest dedykowana bardziej rodzicom niż trenerom. Na podstawie doświadczenia wielu rodziców i wielu ich dzieci-sportowców wyjaśniam, jak rodzic powinien pomagać dziecku uprawiającemu sport.

Czyli Pana książka to w pewnym stopniu odpowiedź na tzw. Komitet Oszalałych Rodziców? Bo chyba nie powie Pan, że w Anglii rodzice nie próbują dyrygować swoimi pociechami krzycząc z trybun i wchodząc w kompetencje trenera, że nie kłócą się z sędziami, że nie bywają nieznośni?

- To jest duży problem. W Anglii jest podobnie jak w Polsce, bo to nie jest sytuacja typowa tylko dla jednego kraju. Książka rzeczywiście powstała trochę z mojej frustracji przez konflikt trenerów z rodzicami. W klubie przerabialiśmy wiele trudnych sytuacji. W pewnym momencie stwierdziłem, że mogę się tysiąc razy powtarzać, a to niewiele da. Uznałem, że książka łatwo przyswajalna dla rodziców pomoże im zrozumieć, czym kieruje się trener w swojej pracy. Dlaczego na przykład pozwala chłopcom na grę indywidualną nawet kosztem utraty bramek.

Co jest najtrudniejsze w zachowaniu rodziców?

- Wina konfliktów leży po obu stronach. Trenerzy za łatwo się poddają, rezygnując z komunikacji, nie przekazując dlaczego coś robią w taki a nie inny sposób. Widzę po moich kolegach, że mają wiedzę, bardzo dużą, zdobywaną na zagranicznych stażach. Polscy trenerzy młodego pokolenia są świetnie wyszkoleni, wbrew temu co się powszechnie uważa. Ale, niestety, wiedza zostaje tylko po stronie trenerów, a rodzice są poza tym, nie są świadomi, jak pewne rzeczy powinny wyglądać, jakie podejście do ich dziecka, czyli zawodnika, powinien mieć trener. Zastanówmy się kto ma większy wpływ na rozwój dziecka - trener, który widzi je trzy razy w tygodniu w trakcie treningów i meczów czy rodzic, który opiekuje się swoim dzieckiem przez cały czas?

Czego najczęściej nie rozumieją rodzice? Pewnie dziwią się, że trener nie przerywa gry, by popędzić na pomoc ich sfaulowanemu dziecku?

- Dokładnie o takie rzeczy chodzi. To bardzo dobry przykład, często taka sytuacja jest przez rodzica nierozumiana. Ja zawsze widząc, że zawodnik upadł, że nawet płacze, nie biegnę do niego. To nie wynika z tego, że jestem bezdusznym tyranem, że to dziecko mnie nie obchodzi. Wręcz przeciwnie, leży mi na sercu los tego zawodnika i rozwój jego cech mentalnych. Dlatego nie interweniuję, czekam żeby dziecko samo się podniosło i walczyło dalej. Jeszcze gorzej jest z ciągle powtarzającymi się okrzykami od rodziców. "Nie kiwaj!", "Podaj!", "Co on robi? Sam meczu nie wygra!" - to jest największy problem. Jeżeli ja się staram w najmłodszych kategoriach wprowadzić jak najwięcej gry indywidualnej, bo to jest podstawa rozwoju piłkarza we wczesnym wieku, to rodzic nie może mi przeszkadzać.

Ale rodzic ogląda Premier League albo Ligę Mistrzów i widzi, że tam się raczej gra z pierwszej piłki niż kiwa.

- Niestety, rodzice chcą, żeby piłka dziecięca wyglądała jak seniorska. A między nimi są wielkie różnice. U nas pierwszym celem jest rozwój zawodników, a nie wygranie rozgrywek. Jedno z drugim często się kłóci. Rodzicom trudno zrozumieć, że ja wolę przegrać mecz, ale dać się dzieciakom kiwać. Bywa, że w przerwie zachęcam swojego świetnego dryblera, żeby akcji indywidualnych przeprowadzał jak najwięcej i żeby nie czuł żadnego strachu, a w odpowiedzi słyszę: "Ale tata mówił, że mam nie kiwać". W takich momentach czuję, że cała moja praca jest torpedowana przez rodziców. Dlatego moją rolą jest też edukowanie rodziców. W idealnym świecie w klubach byłyby osoby odpowiedzialne za kontakt z rodzicami. Prowadziłyby dla nich szkolenia, dostarczałyby materiałów i łagodziłyby konflikty, ale przede wszystkim wspierałyby rodzica w sportowym rozwijaniu dziecka. Jednak te zadania musi przejąć trener. Książką i materiałami, które umieszczam na blogu gdyrodzisiepasja.pl oraz wykładami dla klubów sportowych, staram się zwrócić uwagę na ten często pomijany aspekt pracy trenera.

Dlaczego książkę zatytułował Pan "Czy mieszka z nami Messi?"? Można wnioskować, że to poradnik jak rozpoznać czy dziecko jest sportowym geniuszem, tymczasem Pan nie daje odpowiedzi jak to zrobić.

- Tytuł musiał być chwytliwy, żeby rodzic po książkę sięgnął. Rodzic, który ma duże ambicje w stosunku do swojego dziecka, widząc taki tytuł bardzo chętnie książkę weźmie do ręki. A jeżeli ja już mam złowionego czytelnika, to mam możliwość przekazania mu wielu ważnych informacji. A czy jest odpowiedź jak się przekonać czy mieszka z nami Messi? Myślę, że po przeczytaniu książki każdy będzie mógł sam odpowiedzieć na to pytanie.

Pan ma nadzieję, że ma Pan w domu Messiego?

- Mam syna, ale dopiero 10-miesięcznego. Chciałbym zaszczepić w nim pasję do sportu. To jest klucz. Ale zupełnie nie będę czuł rozczarowania, jeżeli to się nie uda. Na pewno nie uznam, że to moja porażka. Sport będę mu pokazywał, przedstawiał, będę go próbował w takim środowisku wychowywać, żeby chciał spróbować i przekonać się czy to jego przyszłość.

Pokazywanie sportu, dawanie wielu opcji - to jest najlepsze, co rodzic może zrobić dla dziecka na starcie?

- Tak. Warto czerpać wiedzę od osób, które już to zrobiły, z sukcesem. Rozmawiałem z panem Arturem Bywalcem, ojcem Kacpra, z panem Mariuszem Żukiem, ojcem Michała i Miłosza, a ostatnio też na przykład z panem Gregiem Duplantisem, ojcem Armanda Duplantisa.

To musiała być bardzo ciekawa rozmowa, bo Mondo miłość do skoku o tyczce zdecydowanie wyniósł z domu.

- Zgadza się. Jest rekordzistą świata w sporcie, którym bawi się od zawsze. Wyrósł w bardzo sportowej rodzinie, państwo Duplantis mają czwórkę dzieci i wszystkie te dzieci gdzieś w sporcie się rozwijały i się w nim spełniają. Greg Duplantis opowiedział mi, że wszystko zaczęło się od ich podwórka, na którym dzieci miały stworzony mały stadion. Na rozbiegu z matą do lądowań i tyczką dzieci się bawiły, a rodzeństwo w procesie ich rozwoju stanowiło bardzo ważny czynnik. Mondo bardzo konkurował zwłaszcza ze starszym bratem. Tak było też u tenisistów Murrayów, gdzie dużo większe sukcesy wróżono starszemu Jamiemu niż młodszemu Andy'emu.

Podobnie było z Igą Świątek i jej starszą siostrą Agatą. Albo z Maciejem Kotem i jego starszym bratem Jakubem.

- Albo z braćmi Zielińskimi, z których dobrze znamy grającego w Napoli Piotra, a mniej jego starsza brata Pawła. Tych przykładów jest mnóstwo. U świetnych, zawodowych sportowców, czynnik rywalizacji jest zawsze bardzo widoczny. Messi, Ronaldo, Lewandowski, Ibrahimović - oni wszyscy bardzo lubią współzawodnictwo, lubią je aż do przesady.

Moglibyśmy się przerzucać anegdotami o Ronaldo wręcz obsesyjnie podchodzącym do rywalizacji.

- Tak, to najlepszy przykład. Ale w książce podaję też dużo innych. Zwykle wielcy sportowcy od dzieciństwa rywalizują z rodzeństwem, zwłaszcza starszym, ale bywa i tak, że rodzeństwo zastępują sobie sąsiadami. Tak było w przypadku Josepa Guardioli, który grał z dużo starszą od siebie sąsiadką, piłkarką. Ten czynnik wydaje się bardzo istotny. Rodzic powinien pozwalać swoim dzieciom rywalizować. I często jest tak, że młodsze dzieci wychodzą na tym najlepiej.

Więcej o: