Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Nowy Pele, którego stworzył Bóg. Zmarnowana kariera, która może skończyć się w więzieniu

Robinho miał być "nowym Pele". Legendarny Brazylijczyk mianował nastolatka swoim następcą, jednak jego miłość do alkoholu i zabawy okazała się silniejsza. Niedługo, po zmarnowanej już karierze, Robinho może skończyć w więzieniu.

Tydzień z... to nowy cykl na Sport.pl, w którym codziennie, przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 23 do 29 marca zajmujemy się największymi niespełnionymi talentami w piłce nożnej.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat "nowych Pele" było co najmniej kilku. Ale Robinho miał być wyjątkowy, może nawet lepszy od oryginału. Zadbać o to miał zresztą sam Pele. To on wyciągnął nastolatka ze slumsów w Sao Vicente, gdzie ten uprawiał futsal i umieścił go w swoim ukochanym Santosie. Pele publicznie nazywał Robinho swoim następcą, często pokazywał się w jego towarzystwie, odgrywając rolę jego ojca i przewodnika po świecie profesjonalnego futbolu.

Zobacz wideo Kilka klubów ekstraklasy nie będzie chciało grać? Prezes Lecha: Nie wyobrażam sobie tego

Przez pierwsze lata wszystko układało się jak w bajce. Robinho, tak samo jak niegdyś Pele, czarował techniką, dryblingami i skutecznością. W pierwszym sezonie profesjonalnej kariery zdobył z Santosem mistrzostwo Brazylii. Pierwsze dla klubu od 1968 roku, czyli czasów Pelego. Były to tylko początki i nikt nie mógł przypuszczać, że to zarazem ostatnie, spokojne chwile w karierze cudownego dziecka brazylijskiej piłki.

Gwiazda w zespole wschodzących gwiazd

W kolejnym sezonie Robinho poprowadził Santos do finału Copa Libertadores, a rok później do kolejnego mistrzostwa Brazylii. 19-latek był gwiazdą w zespole wschodzących gwiazd. W tamtej drużynie grali jeszcze m.in. Marcelo, Diego czy Nilmar. Każdemu z nich wróżono wielką przyszłość, ale to o Robinho zabijały się największe kluby z Realem Madryt na czele.

Do jego transferu do Europy mogło dojść już na początku 2005 roku. Mogło, ale ten został wstrzymany przez rodzinną tragedię. Matka zawodnika - Marina da Silva Souza - została porwana w trakcie grillowania z przyjaciółmi. - Nie mam teraz głowy do transferu. Nie pojawię się na boisku, dopóki mama nie wróci do domu - mówił Robinho na łamach brazylijskich mediów.

Jego dramat trwał kilka tygodni, a Marina odzyskała wolność dopiero po wpłaceniu 75 tysięcy dolarów okupu. - Nie mieliśmy wyjścia. W Brazylii prawo nie działa, jak powinno. Nawet nie wiem, czy ci ludzie w ogóle trafili do więzienia - wspominał Robinho kilka lat później w wywiadzie dla "Guardiana".

Pozytywne zakończenie sprawy było wielką ulgą dla piłkarza, ale też znakiem, że musi opuścić Brazylię. Nie tylko dla dobra własnej kariery, ale też dla bezpieczeństwa najbliższych. 

Tej szansy nie zmarnował Real Madryt, który zapłacił za Robinho około 24 milionów euro. "Nowy Pele" miał być zbawcą klubu. Zawodnikiem, który przez lata będzie prowadził go do największych sukcesów. Ostatecznie okazał się jednym z największych rozczarowań w historii.

"I Bóg stworzył Robinho"

Robinho w Madrycie miał wszystko, by stać się najlepszym piłkarzem na świecie. Brazylijczyka kochały władze klubu, które od razu dały mu koszulkę z numerem 10. O zdrowy rozwój nastolatka dbać miał brazylijski trener Vanderlei Luxemburgo oraz inni jego rodacy z Realu, mistrzowie świata: Ronaldo i Roberto Carlos.

Na debiut w nowym klubie Robinho czekał raptem kilkadziesiąt godzin. Niedługo po prezentacji na Santiago Bernabeu, bez zapoznania się z drużyną, Brazylijczyk zagrał w pierwszej kolejce hiszpańskiej La Ligi w sezonie 2005/06. I uratował Realowi zwycięstwo w wyjazdowym meczu ze słabiutkim Cadiz. 

Robinho wszedł na boisko w 66. minucie, niespełna 180 sekund po tym, jak gospodarze wyrównali na 1:1. Chociaż zespołowi Luxemburgo gra się nie układała, nastolatek wniósł do niej nie często spotykany polot i ożywienie. Już w pierwszej akcji minął rywala, przerzucając nad nim piłkę. W jednej z kolejnych przedryblował czterech przeciwników.

Na pięć minut przed końcem meczu Robinho doskonale przyjął na klatkę piersiową podanie od Davida Beckhama, poprowadził ją przez kilka metrów i zostawił Ronaldo, który wyłożył ją Raulowi na pustą bramkę. Hiszpan strzelił decydującego gola, ale to o Robinho rozpisywały się hiszpańskie media.

"W naszej lidze właśnie wylądował geniusz" - napisała "Marca". "I Bóg stworzył Robinho" - to z kolei okładka "AS-a".

"Gravesen krzyczał, że go zabije"

Pierwszy sezon w Realu Brazylijczyk skończył z 12 golami i 9 asystami na koncie. Kiedy wydawało się, że jego rozwój idzie w prawidłową stronę, nagle nastąpiło załamanie. Fabio Capello, który po sezonie zastąpił Luxemburgo, pracę w Madrycie zaczął od publicznego konfliktu z Robinho. Włoch zarzucił swojemu zawodnikowi lenistwo, co w jego ocenie było grzechem niewybaczalnym.

- Nie jestem szczęśliwy. Mam wrażenie, że Capello nie lubi Brazylijczyków, czuję się źle traktowany - wypalił zawodnik w mediach.

Robinho bardzo źle zareagował na krytykę, zaczęły się z nim problemy wychowawcze. Do pierwszej scysji doszło podczas letniego obozu przygotowawczego drużyny w Austrii. W trakcie jednego z treningów Brazylijczyk pobił się z Thomasem Gravesenem. Znany z zadziornego charakteru Duńczyk kilkukrotnie ostro potraktował Robinho podczas wewnętrznej gierki. Ten w końcu nie wytrzymał, odepchnął i kopnął Gravesena.

Zawodników rozdzielili koledzy z drużyny. Obaj zostali odesłani do szatni, a kilka tygodni później Duńczyk został sprzedany do Celticu. - Z jednej strony to było zabawne, bo wyobraźcie sobie potężnego Gravesena ganiającego za drobnym Robinho. Z drugiej strony nie wiem, jak to by się skończyło, gdyby nie reszta drużyny. Gravesen kipiał ze złości i krzyczał, że go zabije - wspominał sytuację Julio Baptista.

Upadek i wzlot

Był to jednak tylko początek problemów z Robinho. Te znacznie poważniejsze dotyczyły alkoholu i hulaszczego trybu życia. "Mundo Deportivo" napisało wprost, że przez Brazylijczyka w szatni Realu pachnie alkoholem, a informacje te potwierdził Predrag Mijatović. Były reprezentant Jugosławii przyznał, że spotkał zawodnika w ośrodku treningowym w stanie wskazującym. Tajemnicą poliszynela stał się fakt, że Robinho na złą drogę sprowadzał m.in. Ronaldo, z którym młodzieniec często pojawiał się w modnych klubach w Madrycie.

Mimo wyraźnych problemów Brazylijczyk zakończył drugi sezon w Realu z 8 golami i 6 asystami, przyczyniając się do zdobycia mistrzostwa Hiszpanii. Nowe otwarcie na Santiago Bernabeu miała mu zapewnić kolejna zmiana trenera. Mimo zdobycia tytułu klub latem opuścił Capello, a jego miejsce zajął Bernd Schuster. Niemiec, w przeciwieństwie do poprzednika, od razu zaufał Robinho, czyniąc z niego centralną postać w drużynie.

O ile ten na boisku wyraźnie się poprawił, o tyle poza nim wciąż sprawiał problemy. Sezon 2007/08 miał dla Brazylijczyka słodko-gorzki smak. Z jednej strony Real obronił mistrzostwo kraju, a Robinho zajął 9. miejsce w głosowaniu na najlepszego piłkarza roku, kończąc sezon z 15 golami i 12 asystami. Z drugiej jednak o Brazylijczyku wciąż mówiono przede wszystkim w kontekście pozaboiskowych wyskoków.

Klub nocny w piwnicy i 40 prezerwatyw

Najgłośniej było w październiku 2007 roku, gdy Robinho wraz z Baptistą spóźnili się z powrotem do klubu po wyjeździe na mecze reprezentacji Brazylii. Po pokonaniu 5:0 Ekwadoru, "Canarinhos" bawili się i pili do rana w jednym z najsłynniejszych klubów w Rio de Janeiro. Robinho w trakcie imprezy miał kupić i rozdać kolegom 40 prezerwatyw. W tym samym czasie jego narzeczona siedziała w domu w piątym miesiącu ciąży.

- Możecie mnie nazywać nierozgarniętym, ale na pewno nie nieodpowiedzialnym. Przepraszam, że się spóźniłem, ale myślałem, że mecz z Espanyolem gramy w niedzielę, a nie w sobotę. Impreza, o której media napisały wiele kłamstw, nie miała wpływu na czas mojego powrotu. Za nią przepraszać nie mam zamiaru. To normalne w naszym kraju, zwłaszcza po takich zwycięstwach - mówił Robinho na konferencji prasowej.

Media krytykowały nie tylko zawodnika, ale też Schustera, który ich zdaniem zbyt łagodnie obchodził się z Brazylijczykiem. Chociaż Niemcowi udało się wyciszyć jedną aferę, to przy kolejnych był bez szans. Styl życia Robinho w Madrycie najlepiej opisał jego kolega z szatni, Royston Drenthe.

- Przekształcił swoją piwnicę w mały klub nocny i byłem tam częstym gościem. Imprezy odbywały się kilka razy w tygodniu - przyznał Holender w wywiadzie dla "FourFourTwo".

Władze Realu straciły cierpliwość do Robinho. Zwłaszcza że ten domagał się podwyżki. Brazylijczyk, który na Santiago Bernabeu zarabiał mniej tylko od Raula i Ruuda van Nistelrooy'a, zażądał wyrównania zarobków do najwyższych w klubie. Chociaż negocjacje w tej sprawie się zaczęły, to do porozumienia nigdy nie doszło. Real, który już wtedy marzył o Cristiano Ronaldo, postanowił sprzedać Robinho.

- Nie jestem tu szanowany. W Realu nie zostanę najlepszym piłkarzem na świecie - mówił Brazylijczyk. - Znam swój potencjał, wiem, ile jestem wart i wiem, że nie powinno się mnie traktować jako produkt na wymianę. Nie mogłem zaakceptować tego, że w Madrycie przestano mnie doceniać - dodał w wywiadzie dla "Guardiana".

Przechwycony przez Manchester City

Chociaż i klub, i zawodnik chcieli tego samego, to saga transferowa z Robinho w roli głównej przedłużała się. O piłkarza najmocniej zabiegała Chelsea, w której swojego rodaka widział jej ówczesny trener, Luiz Felipe Scolari. Real nie mógł jednak porozumieć się z Anglikami w kwestii kwoty odstępnego. - Oni traktują Robinho jak niewolnika - mówił w mediach agent piłkarza.

Do transferu ostatecznie doszło 1 września. Brazylijczyk nie trafił jednak do Chelsea, a do Manchesteru City, który zapłacił za niego 32,5 miliona funtów. Był to wówczas najwyższy transfer w historii Premier League.

- Robinho był już w drodze z Madrytu do Londynu, kiedy dotarliśmy do szczegółów jego lotu. W ostatniej chwili udało nam się wsadzić go w prywatny samolot, również do Londynu. Potem zaczęli nad nim pracować agenci - opowiadał portalowi "The Athletic" ówczesny dyrektor wykonawczy klubu, Garry Cook.

- Do dzisiaj nie jestem pewien, czy zdawał sobie sprawę, że przeniósł się do Manchesteru City. Na pewno nie był w mieście przed podpisaniem kontraktu, bo to zrobiliśmy w naszym londyńskim biurze. Robinho wiedział, że nie zagra w Chelsea, ale w innym klubie z Premier League, który uczni go obrzydliwie bogatym. Mam pewność, że pieniądze były jego motywacją - dodał.

Słowa Cooka może potwierdzać zapis z oficjalnej konferencji prasowej, podczas której Robinho początkowo przyznał, że oferta Chelsea była nie do odrzucenia. Poprawiony przez dziennikarzy Brazylijczyk przeprosił za przejęzyczenie, zrzucając winę na londyński klub.

- Chciałem tam grać, ale ich błąd rozwścieczył Real. Nie mogli im darować takiego policzka - powiedział Robinho. Zawodnik odniósł się do wpadki Chelsea, która przed osiągnięciem oficjalnego porozumienia z "Królewskimi" zaczęła sprzedawać koszulki z jego nazwiskiem.

"Z Ronaldinho i Kaką jest mi łatwiej"

Wejście do nowego klubu Brazylijczyk miał piorunujące. W debiucie przeciwko Chelsea (1:3) strzelił ładnego gola z rzutu wolnego. W pierwszych 15 ligowych występach Robinho zdobył 11 bramek, dorzucając do nich 3 asysty.

- Wszyscy wiedzieliśmy, że jest znakomicie wyszkolony technicznie, ale zaskoczył nas swoją boiskową inteligencją i rozumieniem gry. To gwiazda światowego formatu, ale też normalny facet, który uwielbia swoją pracę i jest wiecznie uśmiechnięty - zachwycał się swoim nowym piłkarzem trener zespołu, Mark Hughes.

Brazylijczyk nie pozostawał dłużny. - Kibice muszą wiedzieć, że nie jestem tu dla pieniędzy. Gdyby tylko one się dla mnie liczyły, to przyjąłbym ofertę z Japonii lub Arabii Saudyjskiej. Chcę zostać w klubie przez wiele lat i zdobywać z nim trofea - mówił "Guardianowi".

W Manchesterze City spędził jednak tylko półtora roku. Po znakomitym początku Robinho rozleniwił się, nie strzelając gola w 17 kolejnych meczach. Na zawodnika spadła krytyka, w mediach coraz częściej pisano o jego konfliktach z resztą drużyny. W styczniu 2009 roku piłkarz został oskarżony o zgwałcenie 18-latki. Chociaż po badaniach DNA został uniewinniony, to napięcie wokół niego rosło. Kilkanaście dni wcześniej, bez pozwolenia klubu, Robinho opuścił zgrupowanie na Teneryfie i wrócił do Brazylii, usprawiedliwiając się prywatnymi problemami. Manchester City nałożył na niego karę w wysokości 320 tysięcy funtów. W międzyczasie Pele oskarżył Robinho o zażywanie narkotyków podczas jednej z prywatnych imprez.

- Ludzie narzekają, że w klubie nie gram tak dobrze, jak w reprezentacji Brazylii. Nie zrozumcie mnie źle, szanuję swoich kolegów, ale w kadrze mam wokół siebie Ronaldinho i Kakę. Z nimi jest dużo łatwiej - tłumaczył Robinho swoje załamanie formy.

Pierwszy sezon w Manchesterze City napastnik skończył jako najskuteczniejszy zawodnik w zespole z 15 golami i 9 asystami. Hughes, podobnie jak wcześniej Schuster, obchodził się z Brazylijczykiem wyjątkowo łagodnie, ceniąc jego statystyki. Walijczyk po nieudanych rozgrywkach został jednak zwolniony, a jego miejsce zajął Roberto Mancini. Włoch, tak samo jak w Madrycie Capello, zaczął wymagać więcej od Robinho, co okazało się początkiem jego końca na Wyspach.

Nie kochał piłki nożnej, kochał styl życia

Mancini, identycznie jak jego rodak w Realu, chciał, by Robinho angażował się w grę defensywną. Znany z zamiłowania do taktycznych niuansów Włoch nie widział w zespole świętych krów. To, tak samo jak kilka lat wcześniej, mocno nie spodobało się Brazylijczykowi.

- On myśli jakoś inaczej. W Brazylii trenerzy szanują charakterystykę zawodnika. Jeśli widzą, że nie nadajesz się do obrony, to cię do niej nie zmuszają. W Europie wszyscy ustawiają dwie linie złożone z czterech piłkarzy, a napastnicy mają ich wspierać w odbiorze, chociaż nikt nie mówi mi, jak dokładnie mam to robić. Mam tylko biegać za piłką, choć nie widzę w tym sensu - mówił Robinho, cytowany przez "The Times".

U Manciniego Brazylijczyk był przede wszystkim zmiennikiem, rozgrywając w lidze raptem 10 meczów. W styczniu, mając w perspektywie mundial w RPA, zdecydował się na wypożyczenie do Santosu. - Podobną sytuację przerabiałem kiedyś z Adriano. Jeśli na wypożyczeniu zrozumie swoje postępowanie, to nie zamykam przed nim drzwi. Adriano z tego skorzystał, czekam na jego ruch - mówił Mancini.

Pół roku później Włoch nie widział już jednak Robinho w zespole. 31 sierpnia 2010 roku Brazylijczyk odszedł do Milanu za 15 milionów funtów. "Robinho się tu nie powiodło, bo nie był tym zainteresowany. Jako były piłkarz, który ciężką pracą nadrabiał wyraźne braki, czułem się obrzydzony widokiem zawodnika tak utalentowanego i jednocześnie tak leniwego" - napisał dla "Timesa" Tony Cascarino.

"On nie kocha piłki nożnej. On kocha styl życia, który się z nią wiąże. Może i nie czuł się szczęśliwy w Manchesterze, ale to nie powód, by nie dbać o swoje obowiązki. Prawdziwym problemem było jego podejście, a nie miejsce, w którym się znalazł. Nie ma znaczenia czy grałby w Manchesterze, czy na Marsie" - dodał.

"Nowy Pele" skończy za kratami?

Słowa Cascarino najlepiej opisują karierę Robinho. Brazylijczyk był niebywale utalentowany i gdy tylko mu się chciało, był jednym z najlepszych na świecie. Ponad piłkę zawsze stawiał jednak zabawę i alkohol. 

W pierwszym roku po transferze do Milanu Robinho znów błyszczał. W pierwszym sezonie w Serie A strzelił 14 goli, do spółki z Alexandre Pato i Zlatan Ibrahimoviciem zostając najskuteczniejszym zawodnikiem drużyny, która sięgnęła po mistrzostwo Włoch. Po 12 miesiącach powtórzył się jednak schemat, który doskonale poznali w Madrycie i Manchesterze. Po udanym roku Robinho rozleniwił się i w trzech kolejnych sezonach, we wszystkich rozgrywkach, zdobył raptem 17 bramek.

Na koniec jego przygody na San Siro Włosi napisali, że Brazylijczyk wyglądał tak, jak ktoś kto najpierw chce pokazać swój potencjał, a później tylko korzystać z uroków życia, jakie oferuje pozycja bogatego piłkarza. To sama prawda, bo w kolejnych latach Robinho starał się jeszcze odbudować karierę, grając w Santosie i Atletico Mineiro, ale zaliczył też kolejny skok na kasę, podpisując kontrakt z chińskim Guangzhou Evergrande, w którym wytrzymał raptem siedem miesięcy.

W poprzednim sezonie grał w tureckim Sivassporze, w obecnym w Basaksehirze, dla którego w 18 meczach nie strzelił gola i nie zanotował choćby jednej asysty. O boiskowym geniuszu Robinho mogliśmy już dawno zapomnieć. Brazylijczyk nie pozwolił jednak zapomnieć o swoim nieodpowiedzialnym trybie życia.

W listopadzie 2017 roku został skazany na dziewięć lat pozbawienia wolności za udział w zbiorowym gwałcie, do którego miało dojść siedem lat temu w nocnym klubie w Mediolanie. Chociaż zawodnik nie przyznaje się do winy, to dokumenty tej sprawy były szokujące. Czytamy w nich, że Robinho nie tylko dopuścił się gwałtu, ale też poniżał i znęcał się nad ofiarą, śmiejąc się z niej. 

Zawodnik na razie jest na wolności, jednak jeśli sprawa apelacyjna nie zakończy się po jego myśli, to Robinho nie tylko nie skończy jako "nowy Pele". Skończy dużo gorzej. Za kratami.