Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Pele ogłosił go "naturalnym następcą". Został niewolnikiem agenta, ale najgorszy cios zadała mu żona

Gdy przyjechał do Anderlechtu, nikt nie wierzył, że to on, słynny Nii Lamptey, którego zachwalał sam Pele. - Gdyby ludzie zostawili mnie w spokoju grałbym w Realu Madryt - opowiada Ghańczyk. Przeżył w życiu tak wiele tragedii, że myślał, że "Bóg o nim zapomniał".

Tydzień z... to nowy cykl na Sport.pl, w którym codziennie przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 23 do 29 marca zajmujemy się największymi niespełnionymi talentami w piłce nożnej.

- To mój naturalny następca - stwierdził Pele, oglądając popisy Nii Lampteya. Zauważył go w mistrzostwach świata do lat 16, na które Lamptey pojechał jako czternastolatek. - Bóg chce, żebym zdobywał trofea dla mojego kraju - powiedział Lamptey, który poprowadził Ghanę do triumfu na MŚ do lat 17 w 1991 roku, przyćmiewając Alessandro del Piero, Juana Sebastiana Verona czy Marcelo Gallardo.

- Takie słowa Pelego były wspaniałe, ale miały też swoją ciemną stronę. Gdziekolwiek się nie pojawiłem, musiałem sprostać wygórowanym oczekiwaniom. Gdy nie byłem w stanie tego zrobić, byłem uznawany za porażkę - mówił po latach w rozmowie z "FourFourTwo", a jego słowa brzmią bardzo podobnie do historii Bojana Krkicia >>

Od Hiszpana oczekiwano, że zostanie "nowym Messim", ale przytłoczyła go nagła sława i nadmierna presja, przez które zmagał się z atakami paniki; jego problemy były niezrozumiałe dla środowiska piłkarskiego, które "woli nie rozmawiać o takich problemach". Podobnie niezrozumiany był Sebastian Deisler. Przypadek Lampteya jest jednak inny - oprócz wygórowanych oczekiwań musiał mierzyć się z rodziną, wyzyskiem oraz tragediami osobistymi.

"Ojciec bił mnie, ale ja się przyzwyczaiłem. Dlatego zaczął mnie przypalać papierosami"

- Wychodziłem grać w piłkę, a gdy wracałem do domu byłem bity. Zanim dostałem jedzenie, rodzice wysyłali mnie po wodę. Czasami wolałem spać pod samochodami, a następnego dnia moje życie zaczynało się od nowa - opowiadał w rozmowie z "The Independent". Jego rodzice rozwiedli się, gdy miał osiem lat. Zamieszkał w Kumasi wraz z ojcem. - Znalazł nową żonę, a moja obecność sprawiała duży problem. Ona nie chciała kolejnego syna. Ojciec bił mnie, ale przyzwyczaiłem się do tego i już nie płakałem. Zaczął więc przypalać mnie papierosami - opowiadał o przyczynach wyprowadzki z domu. 

Jego talent zauważył przedstawiciel klubu Kaloum Stars. Zaoferował mu schronienie i możliwość rozwoju pod jednym warunkiem: musiał przejść z chrześcijaństwa na islam. Dla Lampteya to nie był żaden problem. Ale ojciec nie mógł mu tego wybaczyć. Przychodził na treningi, by wyzywać syna, a raz nawet pobił go w meczecie podczas modlitwy. Nii powrócił do chrześcijaństwa w 1997 roku i pogodził się z ojcem, który niedługo potem zmarł. Pogrzebał go sam - jego bracia nie rozmawiają z nim za poślubienie Glorii, kobiety z innej grupy etnicznej. Ale do jego żony jeszcze wrócimy.

Legenda afrykańskiej piłki wyciągnęła pomocną dłoń. Lamptey udawał jego syna, by trafić do Belgii

Lamptey miał wielki talent, co zauważył Stephen Keshi, kapitan reprezentacji Nigerii i piłkarz Anderlechtu, legenda afrykańskiej piłki. Podczas jednego z obozów treningowych w Ghanie zaproponował mu grę w Belgii. Tyle tylko, że federacja nie wyraziła zgody na żaden transfer i zabrała Lampteyowi paszport - liczyła na to, że zbuduje wokół niego drużynę. Wobec tego 15 sierpnia 1989 roku Lamptey zdecydował się na desperacki krok. - Nie miałem paszportu, ale chciałem udać się do Lagos. Oddałem pieniądze kierowcy autobusu, który udawał, że jestem jego synem - opowiadał Lamptey. Na miejscu spotkał się z Keshim, jedną z niewielu osób, którym ufał. Nigeryjczyk błyskawicznie załatwił Lampteyowi fałszywy paszport. Nii przedstawiał się jako jego syn.

W Anderlechcie nikt nie wierzył, że Keshi naprawdę przywiózł ze sobą tego Lampteya. Tego, którego w klubie znali z telewizji. - Myśleli, że jestem silniejszy. Kłócili się z Keshim, mówili, że to nie ja. Wszyscy się zebrali, trenerzy, nawet prezes klubu, ale już moje pierwsze kontakty z piłką przekonały ich, że jestem prawdziwym Lampteyem - opowiadał piłkarz po latach.

Belgowie zmienili przepisy dla Lampteya. Do pewnego momentu wszystko szło znakomicie

Szybko podpisał kontrakt, a dzięki zmianie przepisów (Belgowie specjalnie dla niego pozwolili grać w najwyższej lidze już 16-latkom) z marszu wskoczył do składu i strzelał gole w każdym z pierwszych pięciu spotkań. W 1993 roku został wypożyczony na rok do PSV Eindhoven, gdzie strzelił 10 goli w 22 meczach i został najlepszym strzelcem zespołu. Holendrzy nie byli jednak w stanie go wykupić, a dopiero wtedy Lamptey zaczął się przekonywać, że kilka lat wcześniej popełnił tragiczny błąd. 

Nie umiał czytać ani pisać, co wykorzystał włoski agent Antonio Caliendo, reprezentujący kiedyś m.in. Zbigniewa Bońka, Daniela Pasarellę, Dungę, czy Roberto Baggio. Lamptey tak naprawdę nie podpisał umowy z Anderlechtem, a z Caliendo, dzięki czemu to on decydował o jego przyszłości. I nie kierował się dobrem swojego podopiecznego, tylko własnymi interesami. Jeden z niemieckich agentów porównał to do niewolnictwa, a jego rodak Otto Pfister (prowadził Ghanę) powiedział: - Lamptey był traktowany jak kawałek mięsa, przerzucany przez pośredników szukających pieniędzy.

Caliendo zagwarantował sobie 25 procent sumy transferowej i jednoosobowo zdecydował o sprzedaży Lampteya do Aston Villi. To był zadziwiający ruch - Lamptey znakomicie spisywał się w PSV, które znaczyło znacznie więcej na arenie międzynarodowej. Ale to Anglicy oferowali więcej pieniędzy za transfer, co oznaczało wyższą wypłatę dla Caliendo. Po golu w debiucie Lamptey sobie nie radził. Trener Ron Atkinson, który go sprowadził do klubu, został zwolniony, a gdy znalazł pracę w Coventry, ściągnął tam Lampteya. I "wykiwał" Caliendo, osobiście przekazując Lampteyowi pieniądze za podpisanie kontraktu. Piłkarz nie miał pojęcia, że taki bonus w ogóle istnieje, bo nigdy wcześniej z czymś takim się nie spotkał.

- Okoliczności działały przeciwko niemu - mówił po latach Atkinson. I wymieniał ograniczenia dotyczące zagranicznych piłkarzy czy wyjazdy na liczne zgrupowania reprezentacji, przez które Lamptey nie mógł się zaaklimatyzować.

13 klubów w każdym zakątku świata i śmierć dzieci

Od tej pory Lamptey zmieniał kluby praktycznie co roku. Grał w w Belgii, Holandii, Anglii, we Włoszech, w Argentynie, Turcji, Portugalii, w Niemczech, Chinach, w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Ghanie i RPA. Oprócz problemów boiskowych zmagał się z tragediami rodzinnymi.

Caliendo załatwił mu transfer do Boca Juniors. Legendą tego klubu jest Diego Maradona, na którego cześć Lamptey nazwał swojego syna. Boca miała jednak zbyt wielu zagranicznych piłkarzy (do takiej sytuacji nie powinien doprowadzić jego agent, ale wszyscy znamy jego priorytety), więc wypożyczyła go do Unionu Santa Fe. 

Lamptey myślami nie był jednak na boisku. Syn Diego nagle zachorował i zmarł po kilkumiesięcznej walce na oddziale intensywnej terapii. Nii Lamptey miał dopiero 23 lata. Kolejna tragedia dotknęła go podczas gry w Niemczech, gdy stracił córkę Lisę. Wobec kolejnej takiej tragedii na dalszy plan zszedł rasizm ze strony niektórych "kolegów", którzy od początku go ignorowali (jeden piłkarz odmówił przebywania z nim w jednym pokoju hotelowym).

"Mój syn zmarł, a agent chciał mnie zmusić do podpisania umowy"

- Gdy Diego zmarł, nie mogłem zostać dłużej w Argentynie. Zadzwoniłem do Anderlechtu, przedstawiłem sytuację i powiedział, że chcę wrócić. Usłyszałem, że nie mogą nic zrobić, bo należę do Caliendo. Sprzedawał mnie, a ja nie mogłem nic zrobić. Diego nie żył, a on chciał zmusić mnie do podpisania nowego kontraktu. Całe szczęście, że odmówiłem, bo nie wiem, ile jeszcze byłbym w jego szponach - opowiadał w rozmowie z "Guardianem". Ale już wtedy stracił jakiekolwiek nadzieje na wielką karierę.

- Czy żałuję tego, co się stało? Nie wiem. Tak bym tego nie nazwał. Wiem, że gdyby to zależało tylko ode mnie, to na pewno grałbym w Realu Madryt. Ale inni chcieli mojego upadku, zdarzyło się zbyt wiele - mówił w rozmowie z "Guardianem".

Żona zgotowała Lampteyowi piekło. "Prawie popełniłem samobójstwo"

Po zakończeniu kariery piłkarskiej w 2008 roku życie Lampteya wracało na właściwe tory. Pamiętacie jego żonę Glorię, przez którą był w konflikcie z braćmi? - Wielu ludzi było przeciwko nam, moi rodzice też. Nie rozumiem tego, toczyłem walkę na każdym polu. To było piekło - opowiadał. Lampteyowie pochodzą z plemienia Ga, za to Gloria z Fante, co tłumaczy konflikt z rodzicami i braćmi, którzy nie dołożyli się do pochówku żadnego z rodziców. Ale to żona zgotowała Lampteyowi największe piekło. 

- Prawie popełniłem samobójstwo, gdy dowiedziałem się, że trójka dzieci nie jest moja. Byłem ich ojcem przez 21 lat i nagle dowiedziałem się, że nie są moje. Nie wiem, jak jakikolwiek człowiek może przez to przejść - opowiadał w telewizji. I to ze szczegółami.

Słyszał plotki o niewierności żony, dlatego wynajął dziennikarza, który ją szpiegował. W tajemnicy zrobił dzieciom testy DNA - odwiedził córki wraz z lekarzem w szkole, gdzie pobrano próbki, które wysłano do sprawdzenia w RPA. 

Testy wykazały, że nie jest ich ojcem, ale Lamptey chciał ratować trwające 20 lat małżeństwo.  Kłótnia o edukację córek sprawiła jednak, że to Gloria złożyła pozew o rozwód. Żądała połowy majątku. Twierdziła, że jej mąż jest bezpłodny i to on namówił ją do in vitro (czemu sąd nie dał wiary). - Gdybym ją spotkał, chciałbym zadać tylko jedno pytanie: czym sobie zasłużyłem?

 

Lamptey poukładał swoje życie na nowo. - Bóg dał mi odnowioną energię i odwagę, by przetrwać te cierpienia. Mogę powiedzieć, że je wszystkie pokonałem - mówił niedawno. Z obecną żoną Ruweidą Yakubu - aktorką i finalistką konkursu Miss Ghany - ma trójkę dzieci (ostatni syn urodził się w listopadzie 2019 roku).

- Czasem miałem poczucie, że Bóg o mnie zapomniał. Na szczęście znowu mnie znalazł - mówi Lamptey o swoim życiu. W grudniu odwiedził Eindhoven, chciałby nawiązać współpracę z PSV, by wysyłać tam najbardziej utalentowanych piłkarzy ze swojej szkółki w Akrze. - Największym darem, który można przekazać dziecku, jest edukacja - mówi. Kto wie, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby otrzymał od swoich rodziców ten dar, zamiast ran po biciu i przypalaniu.