Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Chińczycy ograniczają pensje piłkarzom, ale chcą by tych zagranicznych było więcej. Szansa da Polaków?

- Federacja chce zadziałać na miejscowych piłkarzy. Zmusić ich do wysiłku, by podnosili swój poziom i wyjeżdżali zarabiać więcej za granicą. Sprawić, by obcokrajowcy nie spoczywali tu na laurach - mówi o czekających chińską ligę reformach grający w niej Adrian Mierzejewski. Szastanie pieniędzmi właśnie się kończy.

Chcieli robić wielką piłkę. Stawiać nie tylko na własne fabryki piłkarzy (w europejskich realiach zwane akademiami), ale dzięki olbrzymim pieniądzom gwiazdy sobie załatwić. Mogli podbierać je nawet z Premier League. Wydanie 3 mln euro na miesięczną pensję Carlosa Teveza nie było snem. Sprowadzenie z Chelsea za 60 mln euro Oscara, czy ściągnięcie za podobne pieniądze Hulka też się powiodło i weszło w nawyk.

W ostatnich czterech latach kilkanaście razy decydowano się na transfery znacznie przekraczające 20 mln euro, a zakontraktowane do gry w Chinese Super League gwiazdy mogły liczyć na zawrotne sumy w swych umowach. Nie zawsze wszystkim wychodziło to na dobre. Wspomniany Tevez w Szanghaju witany był jako bohater. Machać na do widzenia specjalnie nikt mu nie chciał. "To były siedmiomiesięczne wakacje w Chinach" - opisywał potem swoją grę dla ligowego potentata Shanghai Shenhua, nie kryjąc się ze swoim podejściem do obowiązków zawodowego piłkarza. Z Azji do Argentyny wrócił bogatszy nie tylko o miliony, ale i kilogramy. 

Dlaczego w Polsce tak trudno zbudować mocny klub?:

Zobacz wideo

To, że Chińczycy nie mogą bezkarnie i wiecznie wydawać setek milionów dolarów z biznesowego punktu widzenia wydawało się oczywiste. To że niedawne 57 mln dolarów przychodów i aż 146 mln dolarów straty Guangzhou Evergrande, najlepszego chińskiego klubu, nie może być coroczną normą też. Wygląda na to, że właśnie teraz nadchodzą czasy normalizacji tamtejszego rynku, co też oznacza koniec idylli dla zagranicznych graczy.

Obcokrajowcy zmotywowani

Szastania pieniędzmi w dwóch ostatnich latach było w Chinach mniej. Gwiazdy za dobre pieniądze zaczęły iść za to w druga stronę. Axel Witsel przeniósł się do Borussii Dortmund, Roger Martinez do Villarealu, a Paulinho zameldował się w Barcelonie (jak się okazało tylko na rok). Liga Chińska wydawała się już dopływem gracze z zagranicy nasycona. Dodatkowo wprowadziła limit dla obcokrajowców. W klubie mogło być ich czterech. Na boisku podczas meczu jeszcze mniej. 

- Dotychczas było tak, że tylko trzech obcokrajowców mogło grać, a ten czwarty nie mógł być nawet w osiemnastce meczowej - mówi Sport.pl Adrian Mierzejewski, były gracz Changchun Yataiy, a obecnie Chongqing Lifan. - Pół roku temu to jednak zmieniono. Obcokrajowiec mógł już siedzieć na ławce i zmienić innego obcokrajowca - tłumaczy. 

Teraz przepisy dla gości z Europy czy Ameryki Południowej będą bardziej przychylne. Klub będzie mógł mieć sześciu graczy z zagranicy. Czterech będzie mogło znaleźć się w wyjściowej jedenastce. 

- Rywalizacja jest duża, a teraz przy sześciu graczach z zagranicy będzie jeszcze większa. To wszystko służy temu, by obcokrajowcy też nie spoczywali tu na laurach, a liga się rozwijała - ocenia Mierzejewski. 

Otwierają drzwi, ale...

Chińczycy niby otwierają drzwi ligi szerzej, ale z drugiej strony nie chcą obiecywać już pozyskiwanym graczom worków złota. Pewnie zamiast wybrać rozwiązanie najprostsze, czyli sięgnąć po gwiazdę, będą musieli poszukać kogoś dobrego, perspektywicznego, ale nie przyjeżdżającego do Azji tylko po wypłatę.

Chiński Związek Piłki Nożnej (CFA) znów debatował nad ograniczeniami finansowymi nakładanymi na kluby. Chodzi m.in o mające wejść w życie w najbliższych latach przepisy dotyczące salary cap, czyli limitu wynagrodzeń zawodników. Zgodnie z nim chiński piłkarz występujący w CSL nie będzie mógł zarabiać więcej niż 1,45 mln dolarów rocznie. Na wyższe limity będą mogli liczyć jedynie zawodnicy grający dla reprezentacji kraju. Obcokrajowcy będą mogli zarabiać maksymalnie 3,35 mln dolarów za sezon po odliczeniu podatku. To nadal są duże pieniądze dla wielu zagranicznych piłkarzy, np. Polaków.

- Te sumy to kwoty graniczne kontraktów, ale bez bonusów. Wiadomo, że można zawrzeć w nich dodatkowe klauzule. Neymar dostawał setki euro nawet za to, że poszedł podziękować kibicom. Myślę, że federacja chce zadziałać też na miejscowych piłkarzy. Zmusić ich do wysiłku, by podnosili swój poziom i wyjeżdżali zarabiać więcej za granicą. Dla młodych miejscowych graczy tj. takich do 21 lat w lidze jest już limit płacowy - 40 tys. euro rocznie. Oni zaczynają przygodę z piłką nie dla pieniędzy, tylko dla nauki, podnoszenia swoich umiejętności, a nie by ustawić się po jednym kontrakcie - tłumaczy Mierzejewski. 

Być może nieco zmieniło się podejście działaczy do samej Super League. Ona z gwiazdami za miliony miała zyskiwać nowych fanów i budzić zainteresowanie futbolem w kraju, ale celem tego planu od zawsze była przede wszystkim silna reprezentacja narodowa.

Prezydent kraju Chin Xi Jinpinga głośno mówił o mistrzostwie świata w perspektywie kilku najbliższych dekad i 50 tysiącach piłkarskich szkół z setkami tysięcy piłkarzy do 2025 roku. Chyba łatwiej o ten drugi cel, bo na razie reprezentacja Chin ma duży problem. Może odpaść już na półmetku rywalizacji w el. MŚ 2022. Awans na tę imprezę był jasnym celem. Tymczasem w drugiej rundzie kwalifikacji kraj, w którym mieszka dwadzieścia procent mieszkańców świata, nie radzi sobie w grupie z Filipinami, Malediwami, Guamem i Syrią. 

"Tu nikt nikogo nie trzyma na siłę" 

- W całym kraju są niezadowoleni z ostatnich wyników reprezentacji. Niedawno odszedł przecież selekcjoner Lippi. Myślę, że oni dalej szukają różnych rozwiązań, także w przepisach - komentuje Mierzejewski. Marcello Lippi według komunikatów odszedł sam, honorowo. - Zarabiałem za dużo pieniędzy. I nie chciałem ich już kraść - uzasadnił jednemu z włoskich portali. Selekcjoner przy poprzednim kontrakcie (obecny był drugim) rocznie dostawał 25 mln dolarów, więc zdobycie w drugiej rundzie kwalifikacji mundialu tylu punktów co Filipiny, rzeczywiście Lippiemu i jego drużynie najlepszej oceny nie wystawia.

Cudów w futbolu trudno oczekiwać, ale skoro na ligową i reprezentacyjną piłkę w Chinach łoży się dziesiątki milionów dolarów, to efekty chce się widzieć już po kilku latach. Mierzejewski nie odczuł, iż Chińczykom fortuna wydawana na graczy i trenerów ze świata właśnie odbija się czkawką. 

- Nie widzę tam takiego problemu. Wszyscy zdają sobie sprawę, że jak chiński klub chce ściągnąć dobrego piłkarza z zagranicy to musi mu więcej zapłacić. Szczególnie, gdy mówimy o tych najbardziej znanych nazwiskach. Tylko, że taki piłkarz wnosi do ligi konkretne umiejętności i podwyższa jej poziom. Przecież taki jest sens sprowadzania graczy z zagranicy. Ta zasada powinna obowiązywać właściwie w każdej lidze na świecie. Jeśli zawodnicy lokalni byliby dobrzy to nikt by nie szukał graczy na obczyźnie - mówi Mierzejewski. Dodaje, że graczy z zagranicy traktuje się w klubach normalnie. Jest do nich szacunek, zainteresowanie nimi, ale nie ma faworyzowania. 

- Jesteśmy tu trochę takimi rodzynkami w lidze, którą rządzą Chińczycy. Ja się cieszę, że przyjęli mnie tu dobrze. Tu przecież nikt nikogo nie trzyma na siłę. Jak się komuś nie podoba styl życia, czy inne rzeczy, to oni się z takim piłkarzem rozstają i biorą następnego. Kolejka chętnych jest spora - tłumaczy.

Na propozycje limitów patrzy przychylnym okiem, tym bardziej, że liga ma także kontrolować całość wydatków klubów. Od następnego sezonu będą one mogły wynosić maksymalnie około 150 mln dolarów, a pensje nie będą mogły przekroczyć 60 proc. tej kwoty. Być może to pomoże zminimalizować dominację Guangzhou Evergrande czy Shanghai SIPG, które w obecnej dekadzie dzielą między siebie tytuły. 

- Odgórne limity dla wszystkich klubów powinny pomóc wyrównać poziom ligi. Najlepsi gracze danych drużyn nie dostaną już znacznie więcej w Guangzhou, SIGP czy Beijing i być może chętniej zostaną w swoim klubie, a nie zasilą ligowych rywali - szuka pozytywów Mierzejewski. 

"Chiński Maradona" lepszy niż Tevez

Nasz rozmówca oceniając obecny poziom chińskiej ligi zwraca uwagę na młodych graczy, którym w tym roku sporo siły i ochoty do nieustannego rozwoju dostarczył Wu Lei. Napastnik w styczniu przeszedł z SIPG do La Liga, co już samo w sobie było sporym wydarzeniem i zaskoczeniem. Wywalczył miejsce w wyjściowym składzie Espanyolu.

Na jesieni przeszedł do historii chińskiej piłki, bo jako pierwszy Chińczyk zdobył gola w europejskich rozgrywkach klubowych (w Lidze Europy). Biorąc pod uwagę, że wcześniej grając w Szanghaju został najlepszym strzelcem ligi, zdobywając 27 bramek w 29 meczach, i liderem reprezentacji, a w ojczyźnie zyskał przydomek "chiński Maradona", to Chiny lubiące sprowadzać gwiazdy wreszcie doczekały się swojego bohatera.

- Na Wu Lei po tym transferze do Espanyolu wszyscy patrzą jak na Roberta Lewandowskiego w Polsce. On jest spełnieniem marzeń Chińczyków o wyjeździe i karierze za granicą. Wydaje mi się, że to młode pokolenie tamtejszych piłkarzy jest bardziej ambitne. Na poważnie szuka w piłce swojego pomysłu na życie - relacjonuje to Mierzejewski. 

Być może Wu Lei dla chińskiej piłki zdziała dużo więcej niż Tevez, Marek Hamsik i Hulk razem wzięci i to przy nieporównywalnie mniejszych nakładach. A w futbolu piłkarz "Made in China" też okaże się wartym uwagi produktem. 

Więcej o: