Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Swarovscy mają swój klub. Piłkarze grają z błyszczącymi numerami, prezeska jest największą gwiazdą

Chociaż marka Swarovski kojarzy się z kryształami i przepychem, to klub przez nią sponsorowany do austriackiej Bundesligi wniósł wszystko, tylko nie pieniędze. Rodzinne wartości, cierpliwość, malowniczo położony, choć przestarzały stadion i prezeskę - Dianę Langes-Swarovską. To ona nadaje klubowi blask.

Ma 47 lat. Jest prawnuczką tego Swarovskiego, który 125 lat temu zaczął produkować pierwsze kryształy, i siostrą obecnego szefa jubilerskiego potentata. Sama ma kilka procent udziałów. Poza tym jest też: modelką, z wykształcenia aktorką, autorką linii perfum, restauratorką, właścicielką farmy bawołów i działaczką na rzecz ochrony zwierząt. WSG Swarovski Tirol rządzi od 2013 roku, piłką interesuje się od dziecka. Z trzeciej ligi awansowała do pierwszej i stała się najważniejszą kobietą w austriackim futbolu. Była pierwszą prezeską klubu w Austrii, dostała się do komitetu finansowego Bundesligi i została ambasadorką Austriackiego Związku Piłki Nożnej na meczach międzynarodowych, podczas których opiekuje się gośćmi VIP i utrzymuje kontakty z wysłannikami FIFA. - Kiedy zaczynałam w regionalnej, traktowali mnie mniej poważnie. I teraz nawet się z tego cieszę, bo mogłam spokojnie się uczyć i popełniać błędy - śmieje się w rozmowie z Die Welt.

Pierwsze mecze oglądała u Ernsta Happela na kolanach

Od 1895 roku Swarovscy zajmują się produkcją wyrobów ze szkła ołowianego, czyli potocznie - z kryształów, a siedziba firmy jest największą atrakcją całego Tyrolu. Już ponad trzynaście milionów turystów zachwycało się ich Kryształowym Światem. Z najwyższych pięter biurowca widać całe Wattens, a przy dobrej pogodzie również Innsbruck. Tam Langes-Swarovski ma swój gabinet. Odwiedzający ją dziennikarze chętnie go opisują. Jest przestrzenny, jasny, pełny luster, z dużym biurkiem, na którym leży szkatułka na biżuterię i piłka wysadzana białymi i czarnymi kryształami. To prezent od jej ojca z okazji zostania prezeską. Chętnie pozuje z nią do zdjęć. Na ścianach wiszą jej dwa duże portrety w złotej sukni. Z biura jest wyjście na duży balkon. A z stamtąd najlepszy widok na otoczone zaśnieżonymi górami miasto. - Tam - Diana wskazuje palcem na wystające kilka ulic dalej maszty - jest nasz stadion. Nosi imię mojego ojca. Ten wysoki budynek obok to dom Gerharda Stockera, prezesa Wackera Innsbruck, derbowego rywala i do niedawna najlepszego klubu w tym regionie - pokazuje. Świat austriackiego futbolu jest mały.

Od lat nie mamy w Polsce bardzo silnego klubu. Dlaczego?

Zobacz wideo

Piłkę pokochała dzięki ojcu, który od 1967 roku był prezesem klubu i głównym sponsorem. Pamięta, że w dzieciństwie oglądała mecze, siedząc na kolanach legendarnego w Austrii trenera Ernsta Happela, zaprzyjaźnionego z jej ojcem. Do szkoły kabrioletem woził ją Hansi Mueller, który pod koniec kariery grał w klubie jej taty. Dorastała przy piłce, ale pasjonowało ją aktorstwo. Uczyła się grać w Nowym Jorku. Pracowała też jako modelka, a kilkanaście lat później przeniosła się ze swoim mężem do Wenezueli i zaczęła hodować bawoły, pumy i węże. Czuła misję, by chronić je przed ludźmi, którzy chcieli tylko zedrzeć z nich wartościową skórę. Do tego ogródek, uprawa warzyw, owoców, ograniczenie zakupów. - Oczywiście jako dziecko zawsze miałam wszystko, czego można sobie zażyczyć, ale rodzice nauczyli nas to doceniać i angażować się społecznie. W Wenezueli zrozumiałam, jak niewiele potrzeba nam do życia - opowiadała w Kurierze.

 

Langes-Swarovski. Z tych Swarovskich

Gdy po wielu latach wróciła do Austrii, dostała propozycję wejścia do rady WSG Wacker Innsbruck, największego rywala klubu jej ojca. I tak ciągnęło ją do futbolu, że gotowa była tę propozycję przyjąć. Najpierw porozmawiała jeszcze z ojcem. - Powiedział, że skoro chcę zaangażować się w piłkę nożną, to jest tylko jeden klub, w którym powinnam pracować. Nasz. Tata chciał, żebym została nową prezeską, bo tylko wtedy będzie pewny, że wizja rodzinnego klubu nie upadnie - opowiadała Die Welt. Nie było przed nią w profesjonalnym austriackim futbolu kobiety na tym stanowisku. Przełamywała lody. Dzisiaj o sile kobiet w sporcie opowiada na organizowanych przez Timesa konferencjach. 

Na początku pracy pomagało jej znane nazwisko. - Pewnie łatwiej było mi umówić się na jakieś spotkania. Może po przedstawieniu się wydawałam się bardziej wiarygodna, byłam poważniej traktowana. Ale to wystarcza na pierwsze spotkanie. Później nazwisko nic już nie znaczy, bo to biznes: liczą się kompetencje - twierdzi.

I chociaż miała wielkie wątpliwości, czy przyjąć propozycję ojca, bo bycie w zarządzie klubu to jedno, a bycie jego prezeką - drugie, to przygodę z piłką zaczęła, jak Jose Mourinho w Chelsea - zdaniem, które przykleiło się do niej na długie lata. Do dzisiaj wszyscy pamiętają, jak na pierwszej konferencji zadeklarowała, że w pięć lat WSG Swarovski zostanie najlepszym tyrolskim klubem. Brzmiało jak herezja, bo byli wtedy w trzeciej lidze, a na ich mecze przychodziło ledwie stu kibiców. Po pięciu latach to wszystko było już prawdą, bo awansowali do Bundesligi, a Wacker Innsbruck został poziom niżej. 

Już wchodząc do klubu, da się dostrzec, że rządzi nim kobieta. Dziennikarze, którzy ją odwiedzili, piszą, że jest estetyczniej niż u rywali. Ścianę w holu wypełnia fototapeta z przedsezonowym zdjęciem całej drużyny. Langes-Swarovski stoi na środku w zwiewnej białej sukience. Gdy fotoreporterzy zapraszają ją na sesję, wychodzi ze swoimi pomysłami. Lubi, gdy na zdjęciu uda się połączyć jej pasje. I tak na przykład pozuje z piłką wysadzaną kryształami albo siada na trybunach obwieszona biżuterią. Zabiera ekipę na farmę i każe fotografować się ze zwierzętami. Ma też zdjęcia, gdy w szpilkach przyjmuje piłkę. Poza tym stworzyła w klubie drużynę kobiet. A odkąd jest prezeską, piłkarze mają na koszulkach numery wysadzane dżetami, czyli małymi ozdobnymi kryształkami. - Moim zdaniem są przepiękne - uśmiecha się.

 

Ale sama na mecze przychodzi w trampkach i w czapce z daszkiem. Bardziej jak kibicka niż prezeska. Nie pani Langes-Swarovski, tylko Diana. Zachowaniem łudząco przypomina popularną w Polsce Andreę Hancę: przeżywa, krzyczy, klaszcze, patrzy na boisko rozedrgana. - No tak, czasami mi później głupio, że podczas meczów jestem tak zdenerwowana. Ale przecież wciąż jestem kibicem! Tego nie da się pozbyć - tłumaczy. Ma swoje rytuały. Przed wejściem na trybunę, gdy grali jeszcze w drugiej lidze, zawsze zapalała świeczkę pod zaprojektowanym na jej życzenie obrazem Matki Boskiej z Jezusem ubranym w szatę w barwach WSG. Teraz swoje mecze grają w Innsbrucku, bo ich stadionik nie spełnia bundesligowych wymagań. - Modliłam się, żeby żadnemu piłkarzowi nie stała się krzywda. No i żebyśmy wygrali - uśmiecha się w rozmowie z dziennikarzem Die Welt.

A gdy prośby zostały wysłuchane, szła z piłkarzami na piwo. Właśnie dostępność i normalność są kluczem do jej sukcesu. - Kieruję się sercem, przeczuciem i empatią. Tak zresztą doradził mi tata. Jestem emocjonalna, ale potrafię być też twarda, bo to biznes. Staram się jednak prowadzić klub jak rodzinę - mówi. Odkąd rządzi WSG, nie zwolniła trenera. - Gdybym musiała to zrobić, zrobiłabym - zapewnia. Od początku otacza się tymi samymi dyrektorami, którzy wspólnie z trenerem decydują m.in. o transferach. Ustalają między sobą, kogo należy kupić i z gotowymi propozycjami idą do Langes-Swarovski. - Połączenie kobiet i mężczyzn w futbolu jest idealnym rozwiązaniem. My zazwyczaj jesteśmy bardziej wrażliwe niż mężczyźni, przede wszystkim w kontaktach z ludźmi. Zauważamy inne rzeczy. Można to nazwać oklepaną kobiecą intuicją, ale rzeczywiście czuję, że jakiś zawodnik albo pracownik klubu może mieć problemy osobiste i mogę mu wtedy pomóc. Moi współpracownicy natomiast są w wielu kwestiach mądrzejsi i bardziej doświadczeni ode mnie. Mamy różne perspektywy, inaczej postrzegamy pewne rzeczy i dzięki dyskusji podejmujemy najlepsze decyzje - wyjaśnia.

Red Bull to mili kosmici. Nie chcemy się z nimi ścigać 

Diana zmieniła nazwę klubu z Werksportgemeinschaft Wattens na WSG Swarovski Tirol. Nie chodzi tylko o eksponowanie nazwiska, ale przede wszystkim odejście od niewielkiej miejscowości Wattens i podkreślenie, że jest to klub wszystkich ludzi mieszkających w tym regionie. Cały Tyrol ma kibicować WSG Swarovskiemu. - Ludziom wydawało się, że skoro w nazwie pojawił się Swarovski, to teraz będziemy drugim Red Bullem Salzburg. Że rozniesiemy ligę swoimi milionami, że rzucimy im wyzwanie. A to nie tak. Red Bull to tacy mili kosmici. Nie chcemy się z nimi ścigać. Działamy inaczej: po awansie do Bundesligi podnieśliśmy budżet, ale nie odkręciliśmy kranu z pieniędzmi, żeby nagle sprowadzać gwiazdy - tłumaczyła Langes-Swarovski w Kurierze. Większość piłkarzy zarabia od dwóch do czterech tys. euro miesięcznie. Trenują codziennie, niekiedy po dwa razy, a i tak często łączą to z dodatkową pracą lub nauką. Nierzadko pracują w firmie Swarovskich, tak jak ponad połowa wszystkich dziewięciu tysięcy mieszkańców Wattens.

- Przez piętnaście lat graliśmy w trzeciej lidze, awansowaliśmy do drugiej i szybko do pierwszej. Jesteśmy tutaj po raz pierwszy od 1971 roku. Nie chcemy się tym zachłysnąć. Wciąż chcemy pracować z głową. Swarovski jest sponsorem, ale obecnie każdy biznes musi być bardzo, bardzo ekonomiczny. Nie możemy więc dłużej polegać tylko na sponsorowaniu przez naszą firmę – tłumaczyła Langes-Swarovski w Kurierze.

 

Klub wciąż czeka na takie samo wsparcie ze strony miasta, jakiego udziela Wackerowi Innsbruck, który gra w niższej lidze. - Uważam, że oba klubu powinny być traktowane na równi. Mamy takie same tyrolskie tradycje. Jesteśmy transparentni finansowo. Jasno pokazujemy: mamy to, to i to. Robimy to i tamto. Potrzebujemy pieniędzy na to i na to. Wszystko jest jak najbardziej przejrzyste - mówi prezeska. Ale nie siedzi z założonymi rękami. Wciąż szuka kolejnych zewnętrznych sponsorów. Ostatnio negocjuje z Turkish Airlines. Z pomocą linii lotniczej ma spełnić się największe marzenie prezeski. - Odbudowa stadionu. To serce każdego klubu. Miejsce, do którego docierasz razem z dziećmi i zarażasz ich miłością do tej drużyny. Nasz obecnie jest bezużyteczny - twierdzi. Chce też, żeby WSG stał się wizytówką całego Tyrolu. Żeby turyści nie kojarzyli tego miejsca tylko ze Swarovskim i jego muzeum, ale też jego klubem.

Ale na razie do tego daleko. Obecny stadion nie spełnia wymagań: brakuje mu podgrzewanej murawy i ma za mało zadaszonych miejsc. W Bundeslidze zajmuje ostatnie miejsce, bo wizja podbijania najwyższej ligi z tymi samymi ludźmi, którzy wywalczyli dwa awanse, okazała się zbyt romantyczna. Trener, Thomas Silberberger, pracuje w klubie od trzynastu lat i na razie nikt nie myśli o tym, żeby go zwalniać. Tak samo problemu nie szuka się w dyrektorze sportowym Stefanie Koecku, który jest w klubie jeszcze dłużej i pamięta czasy, gdy na meczach pojawiało się kilkadziesiąt osób. Zimą WSG Swarovski Tirol czeka kadrowa rewolucja, bo piłkarze najboleśniej odczuli różnicę między trzecią ligą a pierwszą. Tam zdobywali mistrzostwo z osiemnastoma punktami przewagi. Tutaj przegrali dwanaście z osiemnastu meczów meczów i stracili aż 47 bramek. - Bez wzmocnień będzie nam ciężko - przyznaje trener. Zimować będą na ostatnim miejscu w tabeli. Do gry wrócą w lutym.

- Będzie trudno im się utrzymać, ale nie jest to niemożliwe, bo do końca sezonu jeszcze sporo kolejek, runda play-off, a podobną liczbę punktów ma Mattersburg czy Admira - uważa Piotr Szymczuk, ekspert od ligi austriackiej. - Przez całą rundę Swarovski słabo grał w defensywie. I o ile latem i na początku jesieni często ratował ich Zlatko Dedić, o tyle w ostatnim czasie, gdy doświadczony Słoweniec się zaciął, zespół ma bardzo duże problemy, żeby zdobyć w meczu kilka bramek. Sam cały czas dużo ich traci, m.in. po pięć w meczach z Salzburgiem czy Sturmem - dodaje komentator Radia Gol.

- Musimy zdecydowanie wzmocnić drużynę i w tej kwestii będziemy polegać na talencie naszego dyrektora Stefana Koecka. Przede wszystkim musimy zrekompensować odejście doświadczonych piłkarzy: Marcela Schrestera i Simona Zangerla - powiedziała Kurierowi prezeska. Nie pomaga gra przy niemal pustych trybunach, bo kilkuset fanów ginie na 15-tysięcznym obiekcie w Innsbrucku. - Od przeprowadzenia transferów trudniejsze będzie ponowne zdobycie tłumu. Sezon wcześniej na nasze mecze w drugiej lidze przychodziło cztery, pięć tysięcy widzów. Ale do Innsbrucka tylu nie ściągniemy. Musimy grać lepiej i zrobić wszystko, żeby w przyszłym sezonie nasz stadion spełniał licencyjne wymogi - uważa Koeck. Pierwszy krok został wykonany. Stadion WSG ma już wieżę telewizyjną. Kolejne muszą zrobić w rundzie rewanżowej. - A jeśli spadniemy? Wtedy głośno powiemy, że nie udało nam się zrealizować naszego celu i będziemy ciężko pracować, żeby z powrotem wrócić do Bundesligi. Na pewno nie zmienimy naszej filozofii i nie zejdziemy z naszej ścieżki - deklaruje Diana Langes-Swarovski.

Inwestuje też swoje pieniądze. I rozdaje dzieciom lizaki za dobre pomysły

Oczkiem w głowie prezeski jest szkolenie. Klub ma drużyny młodzieżowe w każdym roczniku, a dla dzieciaków prezeska robi wyjątek i sięga po swoje prywatne pieniądze. Na przykład na renowację ośrodka, zbudowanie świetlicy, w której dzieci mogą odrabiać lekcje i trochę się zrelaksować. Kupiła kilka konsol i telewizorów. Ze śmiechem wspomina, że pierwszy problem, który musiała rozwiązać jako prezeska, dotyczył dzieci. - Weszłam do szatni po meczu jedenastolatków. Wysoko wtedy przegrali. Płakali, obwiniali się nawzajem. Jako prezeska byłam tam pierwszy raz. Powiedziałam, że przede wszystkim teraz, po porażce, muszą być drużyną. Usiadłam z nimi i pogadaliśmy, co trzeba zrobić, żeby wygrać następny mecz. Każdy chłopiec, który powiedział, co jego zdaniem trzeba poprawić, dostawał w nagrodę lizaka. I wiesz co? Wygraliśmy ten następny mecz! - śmiała się w rozmowie z Die Welt.

 

Austriaccy dziennikarze zastanawiają się, czy takie zaangażowanie jej nie przejdzie. Czy w przypadku spadku jej się nie odechce. Czy kiedyś jej się to rządzenie nie znudzi. - Robię to od prawie siedmiu lat, poważnie o tym mówię, jeszcze poważniej myślę. Jestem tak zaangażowana, że niestety zaniedbuję inne sprawy, na co najbliżsi zwracają mi uwagę. W biurze jestem praktycznie każdego dnia. Z piłką wiążą się moje marzenia i plany. Wstaję rano z WSG w głowie i wieczorem kładę się spać, nadal myśląc o WSG – opisuje.