Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Diego Maradona, piłkarski geniusz, który się sam zakiwał. Ale kto myśli, że wie już wszystko o Maradonie, też może zostać okiwany

Był najlepszym piłkarzem świata. Był też maminsynkiem, kokainistą, wodzem Argentyńczyków, erotomanem, bóstwem we własnym kościele, świetnym mówcą i kiepskim mężem. Zmarł dziś, niedługo po południu argentyńskiego czasu, w wieku 60 lat. Film dokumentalny "Diego" z 2019 roku pokazał, jak bardzo niejednoznaczną był postacią.

- Grzeczny jest? – słychać pytanie zza kadru.

- Grzeczny. Słucha się – odpowiada Doña Tota. Przed nią siedzi jej syn, Diego Maradona, w za dużym dresie. I przymila się. Wygląda, jakby chciał zapytać mamę, czy może wyjść z kolegami. Ale on właśnie wrócił z wyjścia z kolegami: byli na mundialu w Meksyku, zdobyli Puchar Świata. Niedługo przed tą wizytą u mamy Diego skakał na balkonie Casa Rosada, pałacu prezydenta Argentyny, prezentując tłumom trofeum. Tłumy krzyczały: Diego presidente! A on był, jak zawsze, wodzirejem.

Zobacz wideo

Jest lato 1986 roku, ten grzeczny synek Diego ma ponad 25 lat i jest najlepszym piłkarzem świata. Wszystkich którzy mu wejdą w drogę, wyzywa od sku…synów, niedługo się urodzi jego nieślubne dziecko, którego przez długie lata nie będzie chciał uznać. Jak zwykle poszedł za pokusą nie myśląc o konsekwencjach, tym razem zdradził żonę z przyjaciółką domu. To skomplikowane. W swoim mundialowym pokoju w Meksyku Diego urządził przy łóżku miły kącik: zdjęcie mamy, zdjęcie żony, figurka Maryi Panny i rozkładówka z gołą panienką. – Oj, jak mnie motywowała. Oj, jak motywowała – mówi ekipie telewizyjnej, patrząc porozumiewawczo, niezwykle z siebie zadowolony.

Ale do mamusi - zawsze grzecznie i z szacunkiem. Sam zresztą przyznaje: jestem maminsynkiem. Przed nim się urodziły Maradonom cztery córki, gdy przyszedł na świat chłopak, rodzice oszaleli. On ich wszystkich, rodziców i rodzeństwo, będzie utrzymywał już od piętnastego roku życia.

Maradona, kłębowisko sprzeczności. Nawet gdy zaćpał, katował się na treningach, żeby nie było tego widać

Z piątego dziecka Maradonów wyrósł geniusz futbolu, trybun ludowy, maskotka każdej szatni, lider, sybaryta, hipokryta, obrońca uciśnionych, kłębowisko sprzeczności. Człowiek, który ulegał każdej pokusie i sportowiec z niebywałym poczuciem obowiązku. Narkoman, bawidamek i treningowy pracoholik. Miał niebywały talent, ale miał tez przez całe lata indywidualnego trenera od przygotowania fizycznego, Fernando Signoriniego. I katował się treningami u jego boku, wspierając talent dobrym przygotowaniem. Nawet gdy zaćpał, to potem za wszelką cenę chciał to odrobić na treningach.

Strzelił najsłynniejszego oszukańczego gola w historii piłki, ręką w ćwierćfinale mundialu 86 z Anglikami, ale zawsze powtarzał, że to jego oszukują, krzywdzą, tępią. Niby primadonna i kabotyn, a jednak był również prawdziwym liderem swoich drużyn, dobrą duszą szatni, ulubieńcem kolegów z drużyny. – Potrzebuję, żeby mnie ludzie potrzebowali – powiedział kiedyś. Był uzależniony od tego uczucia jak od wielu innych rzeczy w życiu. Chłonął emocje jak gąbka. Pod tym względem jest na zupełnie innym biegunie niż Leo Messi, ubierany w buty jego następcy. Siłą Messiego jest odcinanie się od wszelkich emocji. Maradona ich potrzebował jak powietrza. Gdy gdzieś go wygwizdywali, krzyczał „sk…ysyny” i poprzysięgał wojnę. Do River Plate nie chciał kiedyś przejść tylko dlatego, że kibice River na niego gwizdali podczas ligowego meczu. Powiedział menedżerowi: koniec z River, sprzedaj mnie do Boca Juniors. Do największego rywala.

Diego MaradonaDiego Maradona M2 FILMS

Maradona mści się za Malwiny. A komentator krzyczy: Boże, niech żyje piłka!

Ale gdy czuł uwielbienie, dostawał skrzydeł i umiał się odwdzięczać. Więcej, czuł obowiązek odwdzięczania się. „Ja jestem Diego z ludu” – zatytułował autobiografię wydaną w Hawanie, u swojego przyjaciela Fidela Castro. Nigdy nie cofał nogi na boisku, choć kopali go nieludzko. I kochał Argentynę. Potrafił z Neapolu latać do Buenos na mecze kadry i z powrotem w odstępie kilku dni, w międzyczasie grając ligowe mecze, bo to był jeszcze świat bez oficjalnych terminów FIFA, na które zwalniani są piłkarze. Wspomniany ćwierćfinał mundialu 1986 z Anglikami potraktował jak patriotyczny obowiązek zemsty za przegraną wojnę na Malwinach (Argentyńczyk nie nazwie ich Falklandami) i wymierzył tę zemstę ręką i nogą. A komentator argentyńskiej telewizji krzyczał po jego rajdzie między Anglikami i pięknym golu: „Boże, niech żyje piłka! Chce mi się płakać!”. To był rajd przez całe boisko, jeden z tych z których Maradona słynął od lat. Kiedyś w juniorskim meczu przedryblował dziewięciu przeciwników, wpadł z piłką do bramki. I nagle ruszył do niego sędzia - żeby go wyściskać i dać całusa.

 – Panie, pan jest sędzią, co pan? - krzyknął ktoś z ławki rywali. 

 - Panie, po tym co ten chłopak wyrabia, to ja powinienem mecz przerwać - odpowiedział sędzia. I ten gol z Anglikami - a właściwie oba, bo ten ręką też - był właśnie jak z podwórka, jak z meczu juniorów, a nie z ćwierćfinału mundialu.

Zwycięstwo nad Anglikami Maradona i jego koledzy dedykowali „wszystkim skurwysynom”, zwycięstwo w całym mundialu „wszystkim, którzy źle życzyli reprezentacji” i „pasożytom z prasy”. A Diego tuż po zdobyciu pucharu zadzwonił do Buenos, żeby się trochę porozczulać:

- Kocham cię, mamo.

- Ja ciebie też kocham. A teraz już odpocznij, dobrze? – odpowiedziała Doña Tota.

Odpocznij, dobrze? Należy ci się. Właśnie zamieniłeś piłkarski mundial w jednoosobowe show, tak jak tego nie zrobił nikt przed tobą, nawet Pele, i nie zrobi nikt po tobie. Pomściłeś Malwiny, dałeś podupadłej, zubożałej Argentynie mistrzostwo świata, którego się wreszcie nie będzie wstydziła, bo tego z 1978 się trochę wstydziła, że było kupione przez juntę. Będziesz miał pomniki, założą kościół twojego imienia, będą do końca świata się kłócić, czy byłeś najlepszym piłkarzem w dziejach, czy może znalazł się lepszy. Ale nie znajdziesz spokoju w życiu. Będą ci zaglądać z kamerą w każdy kąt. Choć do tego akurat jesteś przyzwyczajony, bo zawsze byleś na sprzedaż i od małego byłeś gwiazdą. Już jako jedenastolatek mówiłeś do kamery: moje największe marzenie to zagrać w mundialu. Mundial 1986 zrobi z ciebie Boga, mundial 1990 będzie początkiem twojego końca, mundial 1994 wyrzuci cię z futbolu. A potem przez lata będziesz życiowym rozbitkiem. Ale gdy będziesz walczyć ze śmiercią na OIOM-ie w Buenos Aires w 2004 roku, to ludzie wyjdą na ulice z różańcami w rękach i nawet ci którzy cię nie znoszą, będą mówić: dalej cię nie znoszę, prostaku, jesteś uosobieniem tego, jak ten piękny i wyrafinowany kraj schamiał, ale nigdy ci nie zapomnę, że umiałeś w 1986 uczynić Argentynę szczęśliwą. Nie umieraj, proszę. Tak mu wtedy napisała znana argentyńska blogerka Mirta Bertotti w liście otwartym. „Nie jesteś świętym mojego wyznania. Więcej, drażnisz mnie, bo jesteś fanfaron i niewyparzona gęba”. Pisała jako jedna z tych, którzy futbolu nie kochają, ale Maradonę uważają za część siebie. Za część argentyńskiej duszy. Bohatera pełnego wad. Ale też jedynego w XX wieku wodza Argentyny, który ją poprowadził do wielkości, a nie w dół. A na puste stoły i talerze rzucił w 1986 roku trochę radości.„Smutny naród zamieniłeś w szalony ze szczęścia” – pisała Bertotti. „Żeby to wszystko nie umarło, o to się modlę”. 

- Ja ciebie też kocham. A teraz już odpocznij, dobrze?

Nagrania znalezione w Neapolu

Ta piękna rozmowa matki z synem-zwycięzcą mundialu to jedna z perełek wybranych przez reżysera Asifa Kapadię do filmu „Diego”. Jest takich smaczków wiele. Kapadia, autor dokumentów o Ayrtonie Sennie i Amy Winehouse, dotarł do wielu ujęć, których nigdy wcześniej nie pokazywano. Ktoś, kto wiedział że Kapadia myśli o filmie o Maradonie zgłosił się do niego w 2012 z informacją, że o godzinę jazdy od Neapolu mieszka jakiś dawny znajomy Diego i ma w domu mnóstwo jego prywatnych nagrań.  Setki godzin filmów, które Jorge Cyterszpiler, potomek polskich żydów, przyjaciel Maradony z dzieciństwa i jego pierwszy menedżer (ten któremu Diego powiedział: sprzedaj mnie do Boca, na złość River), kazał nagrywać już w 1981. Bo wtedy wymyślił, że Maradona będzie globalną gwiazdą i globalną marką i trzeba zaglądać z kamerą w każdy kąt jego życia, dokumentować każdy krok. Bo może da się to przehandlować w Hollywood. Maradonie było w to graj, on kocha kamery i obiektywy, jeśli oczywiście gra przed nimi na własnych warunkach (bo gdy jest inaczej, to już mamy pole minowe, zdarzyło mu się strzelać do wścibskich reporterów z wiatrówki). W 2005 prowadził nawet w Argentynie własny talk-show, który miażdżył konkurencję w rankingach oglądalności. Kamera u boku była dla niego czymś oczywistym od małego. Operatorzy wynajęci przez Cyterszpilera byli i przy operacji złamanej nogi Diego, i przy porodach jego dzieci, byli w domu i przy liniach bocznych boisk na których Diego grał. Ekipa Kapadii kupiła prawa do tego znalezionego niedaleko Neapolu archiwum, i podczas przeglądania doszła do wniosku, że to tylko jedna część, druga połowa musiała zostać gdzieś wywieziona. Udało się ją odnaleźć w Buenos, w dawnym domu Claudii Villafañe, byłej żony Diego . Jak opowiadał Kapadia w „The Independent”, taśmy leżały gdzieś w pudle w kącie, niszczejące, nikt do nich nie zaglądał od 30 lat.  

Diego MaradonaDiego Maradona M2 FILMS

Problem nie do rozwiązania: Maradona żyje

Bogactwo tych archiwów z czasów gry w Napoli podpowiedziało pomysł na „Diego”: niech będzie głównie wycinkiem burzliwego życia z tamtego czasu. Z  tych siedmiu najlepszych lat w życiu Maradony piłkarza: gdy zdobędzie mistrzostwo świata z Argentyną, potem dwa mistrzostwa Włoch z z SSC Napoli, w mieście które ma futbolowego bzika, ale przed Maradoną nigdy mistrzostwa nie miało. To również podczas tych lat spędzonych w Neapolu Maradona zacznie tracić kontrolę nad swoim życiem. Aż Włochy go wyplują z niesmakiem w 1992. Kapadia początkowo nie chciał się zajmować jego prywatnymi problemami i skandalami. Ale w pewnym momencie zrozumiał, że tego wszystkiego nie da się rozdzielić.

Film ma świetny rytm, wciskający w fotel. Tak jak życie Maradony, człowieka, który zrobił wiele, żeby odejść z tego świata dużo wcześniej. Można nawet powiedzieć, że zrobił wszystko by nie żyć od dawna, leżał już na tym wspomnianym OIOM-ie w Buenos Aires 15 lat temu w stanie krytycznym. Wykończony narkotykami i obżarstwem, a tłum pod szpitalem w Buenos modlił się i szeptał: Cicho, bóg śpi.

To był film o żyjącym nadal bohaterze, więc nie ma tej wiszącej nad wszystkim ostatecznej puenty, jak w „Amy” i „Sennie”, niedopowiedzenia działają z dużo mniejszą siłą, nie było jeszcze ostatecznego bilansu, nie było rozgrzeszeń. Na to przyjdzie czas teraz. Maradona do końca dzielił ludzi. A często zapominany o tym, jak bardzo dzielił zawsze nawet samych Argentyńczyków.

Do ostatnich dni irytował ich gadulstwem i pochopnymi tezami, wprawiał ich w zażenowanie, gdy mu się zdarzyło zasnąć na jakimś meczu i go podejrzewali, że to przez pudrowanie nosa, gdy przesadzał z błazeństwem, nie przychodził na umówiony wywiad, zrobił jakąś kolejną woltę. Albo gdy jego kochanki sprzedawały do argentyńskiej kolorowej prasy jakieś szczegóły z sypialni. Ale to jednak Diego, Argentyna się go nie wyprze.

Wyrwał się śmierci i na razie nie daje się dogonić

Od kiedy się wyrwał śmierci 15 lat temu, już się bardziej pilnował. Stanął na nogi, jakoś sobie ułożył życie. Był jeszcze później wożony do szpitala na sygnale, ale już żadna wizyta, aż do jesieni 2020 roku, nie była tak dramatyczna, żeby tłum czuł potrzebę odmawiana  w jego intencji różańca pod oknami szpitala. Diego wyhamował po 2004 roku z samozniszczeniem, zebrał się w sobie na tyle, żeby podjąć  jakieś mniej lub bardziej poważne trenerskie próby. Choć od czasu prowadzenia reprezentacji Argentyny w mundialu 2010 żadnej pracy w naprawdę wielkim futbolu już nie dostał. Ostatnio prowadził drugoligowe meksykańskie Dorados de Sinaloa, podejrzany klub ze światowej hurtowni narkotyków, a potem wrócił do ojczyzny by ratować przed spadkiem klub Gimnasia La Plata. I uratował go, choć nie bez problemów. 

Nigdy już nie wrócił do futbolu na światowym poziomie. Nigdy już nie mógł być znowu królem parkietu obtańcowującym wszystkie dziewczyny, które wpadły mu w oko: przez zwyrodnienia stawów ledwo chodził. Już nie obżerał się aż tak, żeby go trzeba było odchudzać operacyjnie. Już koki nie wciągał tak maniacko jak kiedyś (że nie wciągał w ogóle, raczej się nikt przy zdrowych zmysłach nie założył, on kiedyś na terapię dał się namówić dopiero wtedy, gdy córeczka weszła do toalety i zastała tatę wciągającego kreskę). Ale to rozchwianie między wielkością a codziennością, za które płacił tak wysoką cenę, nigdy z jego życia nie zniknęło. 

Diego obraził się na film

Okiwał tysiące rywali, okiwał też pewnie widza, który z „Diego” wyszedł z jakimś ostatecznym i niepodważalnym wnioskiem o Maradonie. Ba, okiwał niejeden raz samego Asifa Kapadię, reżyser opowiadał o tym w wywiadach. Ten film był robiony we współpracy z Maradoną, filmy z archiwum wykorzystano za jego zgodą, była umówiona cała seria wywiadów. Ale Diego na jeden nie przyszedł, podczas drugiego coś bełkotał i był nie w sosie i Kapadia zrozumiał, że tą drogą nie dojdzie w dobre miejsce. Że w tej swojej wewnętrznej szamotaninie - jak po „Amy” i „Sennie” znaleźć sposób na dokumenty tym razem o kimś żyjącym? – pora na decyzje. Że musi poluzować więź z głównym bohaterem i spojrzeć na niego bardziej z oddali. A Diego oczywiście na koniec zrobił mu jeszcze jedną woltę. Nie przyszedł na premierę, obraził się że w tytule jest „Diego. Buntownik. OSZUST. Bóg”. Bo on żadnym oszustem nie jest. I powiedział w jednym z wywiadów, że lepiej tego filmu nie oglądać.

Nie, bardzo warto obejrzeć. Pamiętając, że to życie, które się w Neapolu wykoleiło, nie zawsze potem jechało ku nieuchronnej katastrofie. Że z Maradoną nigdy nie było wiadomo, jaki będzie następny rozdział, a co dopiero ostatni rozdział. Jorge Cyterszpiler, ten dzięki któremu powstały te setki godzin nagrań (Kapadia powiedział nawet w „Esquire”: - To Cyterszpiler zaczął w 1981 kręcić film, który ja w 2019 dokończyłem), był nie tylko menedżerem Diego. Maradona przygarnął Jorge -  okulałego po dziecięcej chorobie, zakochanego w piłce nożnej – do swojej paczki, bo czuł że to właśnie on, Diego, ma obowiązek zająć się słabszym. Byli jak bracia. Ale Cyterszpilera nie ma już nawet na liście podziękowań w autobiografiach Diego. Ich drogi się rozeszły, żaden nie zaznał spokoju, Jorge popełnił samobójstwo trzy lata temu, wyskakując z okna. Gdyby Maradona  w ostatnich latach życia pisał autobiografię, to nie wiadomo czy z poprzednich list podziękowań nie wykreśliłby nawet obu córek, Dalmy i Gianniny, bo źle się między nimi działo. Trafił pod ich opiekę w ostatnich dniach życia, ale wcześniej mocno na nie narzekał. – Ostatni raz widziałem moje córki, gdy mnie prosiły o dolary – skarżył się Diego swojemu prawnikowi i powiernikowi Matiasowi Morli. To było w czasie, gdy trafił do kliniki leczenia bezsenności. – Ja nie mogę zasnąć od dawna, a one… Nie mówię, że myślą o tym jak opróżnić mój bank, ale cały czas coś chcą zmieniać w moim życiu. Kiedyś o mało nie umarłem, a one sobie wtedy apartamenty w Miami kupowały – mówił Diego, nawiązując do wydarzeń z Punta del Este w 2000 roku, gdy tylko dzięki przytomności umysłu młodego lekarza udało się go uratować i wybudzić ze śpiączki. Wówczas Claudia Villafañe, była żona Diego, dziś już w związku z argentyńskim aktorem, rzeczywiście kupowała nieruchomości dla ich małoletnich córek. Prawnik Maradony mówił, że Claudia nie kupowała, tylko kradła z kieszeni Diego. Claudia, z którą Diego przeszedł pół życia, miłość z lat dziecięcych. Co zresztą nie przeszkadzało Maradonie zdradzać ją już w tamtych latach na lewo i prawo.

Dobry Diego, zły Maradona? To nie takie oczywiste

Tak to się zawsze w życiu Maradony plotło: wielkość i małość. Jest w filmie piękny cytat Fernando Signoriniego o tym, że jest Diego i jest Maradona. Diego jest nieśmiały, Diego jest dla swoich. A Maradona jest wymyślony dla świata, żeby biznes się kręcił. I że z Diego Signorini poszedłby na koniec świata, a z Maradoną – ani pół kroku. Piękne słowa. Ale to poezja, ma swoje prawa. A proza życia bywała brutalna. To Diego, a nie Maradona, zdradzał narzeczoną, to Diego – niby inny dla swoich - nie potrafił utrzymać więzi z córkami. Nie da się ich dwóch tak łatwo rozdzielić. Maradona zawsze robił i rzeczy wielkie i rzeczy głupie. Póki był młody i grał genialnie w piłkę, szala z błędami jeszcze nie przeważała. Ale od pewnego momentu zebrało się ich już tyle, że i genialnością na boisku trudno to było zrównoważyć. A gdy załamała się kariera, ruszyła spirala, niszcząc dotychczasowy świat Diego. Z czasem prędzej można było się spodziewać, że powie o nim coś dobrego Cristina Sinagra, matka tego nieślubnego syna, którego nie chciał uznać, niż Claudia, miłość od dziecka.

Claudię Villafañe Asif Kapadia musiał przekonywać, po odnalezieniu archiwum, żeby się wzniosła ponad swoje urazy i uprzedzenia: jeśli nawet pani ostatecznie się nie zgodzi dobić ze mną targu i sprzedać te archiwa do filmu o waszej młodości, to niech mi pani choć pozwoli je przenieść na inny nośnik. Ja to zrobię gratis i pani zostawię tę nową wersję, bo nie mogę się pogodzić z tym, że za kilka lat te taśmy się rozpadną ze starości, a z nimi kawał dawnego świata.

Na szczęście dla nas, zgodziła się.