Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Voyownicy, rzecz o blind footballu. "Zbyt wiele osób obchodzi się z nami jak z jajkiem" [REPORTAŻ]

"Mojżesz" miał już ukruszone zęby, rozbitą głowę, rozcięty łuk brwiowy. Teraz tamuje krew i krzyczy, że złamał nos. "Nie zavoyowała i się zderzyliśmy". Nie jest łatwo biec, walczyć o piłkę i krzyczeć "voy". W futbolu niewidomych dużo jest złamanych nosów.
Zobacz wideo

Mają już zaklejone oczy i nałożone gogle. Ustawiają się jeden za drugim. – Prawa ręka na lewe ramię. Wszyscy tak samo, nie jak sieroty! – krzyczy Marcin Ryszka, kapitan Tynieckiej NWP Kraków. Stoi jako drugi, przed sobą ma bramkarza. Bramkarz wyprowadza zespół, bo jako jedyny widzi, gdzie iść.

Kółeczko na środku boiska. Ostatnie wskazówki taktyczne, przypomnienie o walce w obronie i graniu piłki do prawej bandy.

Gwizdek sędziego, na trybunach zapada cisza. Słychać już tylko boisko: grzechotanie piłki, „voy, voy, voy”, krzyk trenerów, krótkie komendy przewodników, huk po wbiegnięciu w bandę, przekleństwa i gwizdek sędziego. Tyle słyszę ja. Oni znacznie więcej.

Pyta mnie: "iść tam czy tam?". Mówię: "tam". A on w drugą.

Blind FootballBlind Football Dawid Szymczak

Kraków. Trzecia kolejka Ligi Centralnej Europy. Grają najlepsze zespoły poprzedniego sezonu. Gospodarze z Krakowa podejmują Avoy Brno. Na turnieju są jeszcze zespoły z Wrocławia, Pragi, Budapesztu i Wiednia. – W Polsce są tylko dwie drużyny. Mało jest ich też w Czechach, Austrii czy na Węgrzech, więc chłopaki się skrzyknęli i stworzyli własną ligę, żeby mieć z kim grać. Tych meczów i tak jest mało, bo np. w Niemczech funkcjonują profesjonalne ligi, oddzielne dla kobiet i mężczyzn. W Anglii jest podobnie, bo zawodnicy normalnie podpisują kontrakty z klubami i zajmują się tylko graniem w piłkę – mówi Łukasz Skotnicki, jedyny międzynarodowy sędzia blind footballu w Polsce. 

Tyniecka przegrała 0:1. Piłkarze są wściekli.

Marcin Ryszka, "Rycha": - Ja pierdolę, z takimi smokami przegraliśmy... Ledwo się ruszali. Aż miło się było odbić od nich. Mięciutcy tacy.

Mateusz Krzysztofowicz "Mojżesz": - A czuliście, jak od tego obrońcy je*ało wódką?

"Rycha": Czuć, że przyjechali wcześniej i balety były.

Kacper Domagała: Najlepszy był Woszczu. Pytał mnie w czasie meczu, czy iść tam, czy tam? Mówię: "tam". Ten poszedł w drugą.

Nie ma wstydu, że mi niewidomy strzelił

Niewidomi piłkarze mają niesamowity słuch i trzy osoby widzące jako przewodników. Trener stoi przy linii środkowej, tuż za bandą, i może podpowiadać swoim piłkarzom, gdy są akurat w tej strefie. Steruje piłkarzami, jakby grał w Fifę. Po kilku meczach jest już mocno zachrypnięty. Ustawia ich, mówi, jak rozegrać akcje, kto akurat jest wolny, gdzie jest piłka, że nastąpiła strata i trzeba wracać.

Za bramką stoi guide, czyli przewodnik. Jego komentarz musi być dynamiczny, bo na boisku wszystko dzieje się niezwykle szybko. - Posługujemy się uzgodnionymi zwrotami, żeby było szybciej. Krzyczę "chorągiewka" i piłkarz wie, że jest blisko narożnika. Odliczam im metry od bramki: siedem, pięć, cztery, strzał! Wszystko obrazowo trzeba krzyczeć. Trzeba się pilnować, żeby nie pomieszać stron, bo stoję przodem do boiska i moja lewa to ich prawa. Bywa zabawnie - mówi Dawid Jung, przewodnik w Tynieckiej Kraków, brat napastnika - Martina.

Blind FootballBlind Football Dawid Szymczak

Jest też bramkarz, który podpowiada głównie obrońcom. Krzyczy mniej, bo musi się jeszcze skupić na podstawowym zadaniu. - Nie ma wstydu, że strzelił mi niewidomy -śmieje się bramkarz z Pragi. - Piłka do blinda jest cięższa od normalnej, nie odbija się, podobnie jak ta halowa, i nabiera bardzo dużej szybkości. Najważniejszy jest refleks. Co ważne, nie mogę bronić dalej niż dwa metry od swojej bramki, bo sędzia podyktuje rzut karny - wyjaśnia.

Na boisku nikt się nie gubi. To nieprawdopodobne, ale piłkarze co do metra realizują podpowiedzi trenerów. "Byku, do środka zejdź!", trener nie kończy zdania, a Byku jest już w kole na środku boiska. Jak przy użyciu cyrkla! Inny przykład: Sprint Wrocław gra z Wiedniem, czterech piłkarzy na boisku lokalizuje swoje pozycje. - Byku? - Jestem.

- Marcin?

- Jestem.

- Przemek?

- Jestem.

- Ja tutaj - kończy Robert.

Tyle wystarczy. Wiedzą już kto, gdzie stoi. Po jednym słowie są w stanie określić pozycje kolegów i później dokładnie podać im piłkę. Trenerzy, jak w siatkówce, mają prawo poprosić o czas. Żeby przywołać zawodników do siebie, uderzają w bandę. Ci podążają „za dźwiękiem” i stają tuż przed nimi.

Mało? Przy stałych fragmentach gry, których nie brakuje, bo blind football jest bardzo kontaktowy, przewodnicy stojący za bramką uderzają od góry do dołu w oba słupki. Kluczami, pierścionkiem albo kamieniem. Niejako rysują dźwiękiem bramkę. Dzięki takiemu opukaniu strzelający wie, gdzie ta bramka jest. Sporo goli pada właśnie po rzutach wolnych lub rożnych.

- Gdy tracisz wzrok, wyostrzają ci się inne zmysły. Słuch przede wszystkim. Ludzie są w stanie rozróżnić pomieszczenia, w których się znajdują. Ich wielkość i kształt – tłumaczy Lubomir Prask, trener Sprintu Wrocław. Nie ma przypadku w tym, że Marcin Ryszka i Matrin Jung z Krakowa ukończyli szkoły muzyczne i grają na kilku instrumentach, a Robert Mkrtchyan ze Sprintu Wrocław do niedawna tworzył hip-hop i uczestniczył w bitwach z innymi raperami. Teraz zasiada w jury.

- Słyszysz to, co chcesz słyszeć. W hali jest trudniej, bo dźwięki się odbijają od ścian, jest echo i trochę to może zmylić. Ale ta, w której dzisiaj jesteśmy, i tak jest pod tym względem bardzo dobra. Nieźle ją wytłumili. W ogóle w hali słychać też jak zawodnicy biegają. Na sztucznej trawie nie słychać tych kroków tak jak na parkiecie – mówi Martin Jung.

Uwagę zwraca też sposób prowadzenia piłki. Najczęściej zawodnicy ustawiają ją między stopami i przepychają ją od prawej do lewej, by wprawić w ruch grzechotki. Gra jest niezwykle dynamiczna, toczona od bramki do bramki. Rzadko akcje kończą się w strefie środkowej. Atakuje się głównie skrzydłami, bo zawodnicy czują się bezpieczniej, gdy z jednej strony są otoczeni bandą.

„Voy”, najważniejsze słowo blind footballu

"Voy" to najważniejsze słowo blind footballu. Z hiszpańskiego oznacza "idę" i zawodnicy muszą go używać podczas gry. Za każdym razem, gdy przemieszczają się po boisku muszą komunikować to pozostałym, żeby mogli ich zlokalizować. Jeśli tego nie robią, dostają kartkę. - Na początku sprawia to największą trudność. Trzeba biegać, skupić się na prowadzeniu piłki i jeszcze krzyczeć „voy” - mówi Piotr Niesyczyński, trener Tynieckiej NWP Kraków.

Blind footballBlind football Dawid Szymczak

Trwa mecz jego drużyny z Wiedniem. Słychać "trach". Na parkiet upada „Mojżesz” i o głowę niższa od niego blondynka. On trzyma się za twarz, spod dłoni wypływa krew. Ona wstaje szybko. Krew płynie już po parkiecie, więc na boisku pojawia się ratowniczka medyczna. Za nią z mopem biegnie jeden z wolontariuszy. Z trybun zbiegają Dominika, Maciek i Jan, czyli siostra, kuzyn i chrzestny Mateusza. Zmiana - „Mojżesz” schodzi z boiska. Jego drużyna przegrywa 0:1.

- Mówimy, że trzeba uważać w obronie… A już na początku tracimy gola! Krwawi mocno? - pyta rodzinę.

- No krwawi, ale spokojnie, zaraz przestanie – mówi Dominika.

- Ona nie "zavoyowała" i się zderzyliśmy. Niższa jest i dostałem prosto w nos. Nie boli mnie, zaraz wracam na boisko.

Mateusz wyrzuca opatrunki, są już całe czerwone. Dotyka nosa z każdej strony.

- Kurwa, na bank jest złamany. Słyszysz, jest złamany! Kurwa, ja mam do Barcelony lecieć w poniedziałek - drze się.

- Nie mam rentgena w oczach, ale możliwe, że faktycznie doszło do złamania. Jedźcie na SOR - radzi ratowniczka.

- Jaki SOR?! Z takim nosem nie wpuszczą mnie na pokład, ja pierdolę! - w tym momencie „Mojżesz” zrzuca gogle, zrywa plastry z oczu i idzie do szatni. Po drodze kopie w ścianę. Trzaska drzwiami.

- Jezu, on ma takiego pecha. Miał już ukruszone zęby, rozwaloną głowę, rozcięty łuk brwiowy… Wszystko już miał. Zawsze jemu się to przytrafia - mówi Dominika. - Tylko ja wiem, co czuję, gdy oglądam jego mecze. Za każdym razem jak upada, to mnie ściska w żołądku… Bardzo się stresuję. Boję się o niego - przyznaje.

- Bardziej niż tym nosem to on się przejął, że do Barcelony nie poleci - twierdzi Jan.

Kibicuje FC Barcelonie od dziecka, a we wtorek Barca gra w Lidze Mistrzów z Tottenhamem. Miał być na tym meczu. - Ma duże problemy z ostrością wzroku, widzi właściwie tylko kolorowe plamy - mówi Dominika, a chrzestny Mateusza opisuje to na przykładzie: - Jak się mijamy na ulicy, to nawet mnie nie rozpozna. Widzi, że ktoś idzie, ale nie, że to ja. Więc zawsze pierwszy mówię: "cześć, Mati". A on na to: "o, wujek, dobrze cię widzieć" - śmieje się Jan.

Blind football jest sportem kontuzjogennym. W tym samym meczu z boiska z rozciętym łukiem brwiowym schodzi jeszcze Martin Jung. U niego jest łatwiej - wystarczy zatamować krwawienie, założyć opatrunek i po kilku minutach wraca na boisko. Na sześć sekund przed końcem strzela gola na 2:1. „Mojżesz” zdążył usłyszeć tego gola, gdy wychodził z szatni. - Brawo! O to chodzi! Lecę na SOR, ale wrócę - wydziera się z końca sali, ubrany już w kurtkę. – Może lepiej nie. Bez ciebie lepiej idzie - słyszy z boiska.

Blind FootballBlind Football Dawid Szymczak

Dlatego „voyowanie” jest tak ważne. Zapobiega wielu wypadkom. Podczas turnieju w Krakowie tempo, podobnie jak umiejętności zespołów, nie jest najwyższe, ale sędzia Skotnicki zapewnia, że podczas np. mistrzostw Europy zawodnicy z piłką poruszają się szybciej niż on.

- Im wyższy poziom wyszkolenia, tym mniej urazów. Jak piłka im przeszkadza i skupiają się na prowadzeniu, to zapominają mówić „voy”. Pewnie, wyżej też urazy się zdarzają, ale głównie dlatego, że gra jest bardzo szybka - wyjaśnia Skotnicki. Wspomina, że podczas jednego z meczów rozgrywanych na ME w Berlinie trzech piłkarzy złamało nos. - Zszedł tylko jeden, a reszta udawała, że nie boli – mówi.

"Voy" jest idealne, bo krótkie i dźwięczne. Zawodnikom weszło w krew i wynieśli je daleko poza boisko. Idąc na spacer, też "voyują". Gdy chcą określić swoją lokalizację i pomóc znaleźć się koledze, nie klaszczą, nie gwiżdżą, a używają tego słowa.

Proszą, bym zrobił im zdjęcie. - Weź „zavoyuj”, żebyśmy wiedzieli, gdzie jesteś, bo znowu każdy będzie patrzył w inny obiektyw.

Połączenie rugby, piłki i hokeja. A odpowiedzialność mnoży się razy cztery

Adrian gra w Sprincie Wrocław. O blind footballu dowiedział się w specjalnym ośrodku szkolno-wychowawczym. - Mój wuefista stworzył drużynę dla niewidomych, a ja lubię sport, więc zacząłem grać. Wcześniej uczył nas tańczyć, grać w szachy albo warcaby. Piłka jest sto razy trudniejsza - mówi.

Adrian urodził się niedotleniony i trafił do inkubatora. Pielęgniarki nie założyły mu ochronnych okularów, a promieniowanie UV zrobiło swoje. Jego siatkówki zostały tak osłabione, że w wieku pięciu lat stracił wzrok w lewym oku. Chcąc uratować prawe, poddał się dziewięciu operacjom. Bezskutecznie. Któregoś dnia światło zgasło także w drugim oku. – Zanim straciłem wzrok, lubiłem grać w piłkę. Początki były bardzo trudne, ale dziś jestem reprezentantem Polski w blind footballu i show down.

Show down przypomina cymbergaja. Tyle że krążek zastępowany jest piłeczką. Adrian jest wicemistrzem Europy. - Nie wiem, jak długo będę godził uprawianie obu dyscyplin, powoli ukierunkowuję się na show down. Jestem indywidualistą i mam dość odpowiedzialności zbiorowej. To męczy. Jak coś zepsuję przy stole, to wiem, że pretensje mogę mieć tylko do siebie. Wyrzuty sumienia też są mniejsze, bo nie trzeba ich mnożyć razy cztery, za każdego z kolegów na boisku – przyznaje. Kończymy rozmowę. Adrian chwyta przewodnika za ramię, idą odpocząć.

Blind FootballBlind Football Dawid Szymczak

Wchodzę do szatni Tynieckiej NWP Kraków.

- Zachorowałem na siatkówczaka, gdy miałem trzy lata. W wieku pięciu straciłem wzrok - opowiada mi Marcin Ryszka. Siatkówczak to nowotwór złośliwy oczu, na który chorują głównie dzieci. Rodzice musieli podjąć decyzję o usunięciu gałek ocznych, by ratować jego życie. Dwadzieścia lat temu nie było innej metody.

- To nasza gwiazda - śmieją się pozostali. Faktycznie, to na Marcinie koncentrują się media. Jest otwarty, wygadany i obyty w rozmowach z dziennikarzami, bo zanim zaczął grać w piłkę odnosił sukcesy w pływaniu. W kraju nie miał sobie równych. Reprezentował Polskę na igrzyskach paraolimpijskich w Pekinie i Londynie. Właśnie w Chinach po raz pierwszy usłyszał o blind footballu. - Zaraz ci powie, że piłka towarzyszy mu od dzieciństwa i grał z kolegami na podwórku. Nawet jak nie widział - wyprzedza fakty wyraźnie znudzony "Mojżesz”.

Martin miał zagrać na pogrzebie Andrzeja Wajdy. Ale akurat miał mecz

Do szatni wchodzi trener. - Blind football to połączenie rugby, piłki i hokeja - mówi spokojnie. Wszyscy wybuchają śmiechem. Tłumaczą mi, że to jego stały tekst, gdy trzeba opisać ten sport w telewizji albo gazecie.

- Wróciłem z Chin i w domu zrobiłem z kolegami taką grzechoczącą piłkę - kontynuuje Marcin. - Rozpruwaliśmy normalne piłki, wsypywaliśmy groch i jeździliśmy do wulkanizatora, żeby ją naprawił. „Rycha” twierdzi, że ta gra z kolegami na osiedlu procentuje teraz. Lepiej się porusza i ma szybsze, bardziej naturalne ruchy, bo w dzieciństwie, nie chcąc odstawać od pełnosprawnych rówieśników, musiał się tego nauczyć.

Marcin od kilku miesięcy prowadzi też audycję „W ciemno” w radiu Weszło.fm. Spełnia się jako dziennikarz. Wcześniej skończył studia magisterskie w AGH na kierunku zarządzanie z marketingiem. Podczas magisterki zrobił jeszcze podyplomówkę (menedżer sportu), a następnie, ponownie w AGH, zarządzanie personelem. - Jakoś w 2014 roku zdałem sobie sprawę, że zaczyna mi brakować czasu. Zrezygnowałem z pływania, bo byłem wówczas piąty czy szósty na świecie. Wolałem zająć się blindem - mówi.

Martin Jung, najlepszy strzelec drużyny, jest informatykiem i masażystą. Skończył szkołę muzyczną, gra na trąbce i wkręcił się w orkiestrę swojego nauczyciela. - Obsługiwaliśmy pogrzeby i wesela – wspomina. Miał zagrać na pogrzebie Andrzeja Wajdy, ale pech chciał, że tego samego dnia miał mecz. Trąbka wylądowała w kącie, a on na boisku. - Obrazili się na niego w orkiestrze i przed pogrzebem Zbigniewa Wodeckiego nikt już do niego nie zadzwonił - żartują pozostali.

Wewnątrz drużyny niewidomi często polegają na swoich przewodnikach, którzy zazwyczaj też mają wadę wzroku, ale widzą trochę lepiej od nich. Kładą więc swoją dłoń na ich ramieniu i obdarzają całkowitym zaufaniem. Ci często są bezlitośni. - Jak kogoś prowadzisz i chcesz mu zrobić kawał, to powiedz, że zbliżacie się do schodów i zacznij stopniowo uginać nogi w kolanach. Wy*ebie się na sto procent - mówi Martin.

Różni ich wszystko, łączy pasja

Wyglądają na facetów z dwóch różnych parafii. Piotr Niesyczyński z Krakowa jest wysoki i masywny, a Lubomir Prask z Wrocławia niższy i szczupły. Karol Krawczyk i Tadzio Norek. Dostrzegam jeszcze więcej różnic, gdy obserwuję, jak pracują. Na ich przykładzie doskonale widać, że nie ma jednej uniwersalnej metody postępowania z osobami niepełnosprawnymi.

Piotrek ogląda mecz spokojnie. - Jestem stoikiem. Nic nie jest mnie w stanie wyprowadzić z równowagi. Nie lubię krzyczeć i zespół dobrze to przyjmuje - mówi. Nie ma dystansu między nim a piłkarzami. Bije od niego pasja. - Na każde spotkanie mamy wyuczone cztery warianty rozegrania rzutu rożnego. Wystarczy jedna komenda wykonawcy i reszta wie, co za chwilę się wydarzy. Staram się też rozpracowywać rywali - przyznaje.

Pomaga mu Jurek, który woził drużynę na wszystkie turnieje i tak się wkręcił w blind football, że teraz podpowiada piłkarzom w jego imieniu. Bo Piotr też jest osobą niedowidzącą. Widzi może 25 proc. tego, co zdrowy człowiek.

"Lubek", jak mówią na Praska koledzy, jest inny. Dużo bardziej energiczny. Podpowiadając piłkarzom Sprintu Wrocław, krzyczy głośno i szybko. Akcji podbramkowych w końcówce meczu nawet nie ogląda, bo co chwilę chowa się za bandą. Każdy mecz kosztuje go sporo nerwów.

Jednego z fotografów zniesmacza, że zwracając się do piłkarzy, przeklina. No bo jak to? Do niewidomych? - To jest super. Gada z nami jak z facetami, zbyt wiele osób obchodzi się z nami jak z jajkiem - twierdzi Adrian.

Tutaj hierarchia jest dużo wyraźniejsza. Może wynikać z tego, że drużyna z Wrocławia niemal w całości składa się z absolwentów szkoły dla niewidomych i słabowidzących, w której Prask jest wuefistą. Przez lata był dla tych chłopaków panem nauczycielem. Coś z tej relacji zostało.

Na szczycie zabramkowej trybuny ustawił kamerę. Nagrywa wszystkie mecze, żeby później dokonać analizy i wytłumaczyć piłkarzom, jakie błędy popełnili. Ci, którzy nie stracili wzroku w całości, będą mogli zobaczyć, jak grali.

W drużynie ma piłkarzy z różnymi wadami wzroku - od B1, czyli całkowicie niewidzącego, po B2 i B3. Część piłkarzy nie widzi na jedno oko albo widzi bardzo słabo. O kwalifikacji do danej grupy decydują medyczne szczegóły. - Ci, którzy nic nie widzą, lepiej reagują na dźwięki. Łatwiej im przychodzi lokalizowanie kolegów na boisku i piłki. Natomiast wiadomo, że łatwiej trenuje się tych, którzy coś widzą. Wystarczy, że zdejmą gogle, ja pokażę, a później spróbują to odwzorować. Piłkarzom B1 trzeba wszystko dokładnie opowiedzieć. Wytłumaczyć, jak ten świat wygląda. Muszą często mnie dotknąć, poczuć obecność, wtedy lepiej sobie to wyobrażają - tłumaczy.

Blind FootballBlind Football Dawid Szymczak

Obaj trenerzy na pytanie, dlaczego to robią, długo się zastanawiają. Pada ta sama, prosta odpowiedź. Kochają to i podążają za energią swoich zawodników. Łączy ich pasja.

Ciemna strona blind footballu

W Polsce blind football narodził się w małej sali gimnastycznej szkoły dla niewidomych we Wrocławiu. Prask owinął piłkę folią, żeby szeleściła i ustawił kilku wolontariuszy przy ścianach, żeby łapali zagubionych zawodników. Pierwszym ćwiczeniem była zabawa w ciuciubabkę.

Zaangażowanie piłkarzy, pasja trenerów i wszystkie piękne wartości płynące z blind footballu to tylko część prawdy. O mniej chwalebnej stronie tego sportu rozmawiam z Lubomirem Praskiem.

Jak wpada się na pomysł, by nauczyć niewidomych grać w piłkę?

Zaczęliśmy w ramach lekcji WF-u w 2010 roku. Ale wtedy to była zabawa. Dopiero później pojechałem z kilkoma trenerami do Niemiec obejrzeć kolejkę Bundesligi i tam zobaczyliśmy, jak to powinno wyglądać. Zaczęliśmy trenować. Dwa lata później UEFA zapytała, czy zagramy pokazowy mecz przed ćwierćfinałem Euro w Gdańsku.

Jak wyszło?

Spotkało się to z fajnym odbiorem. Dostaliśmy od federacji cholernie drogie bandy, pierwsze poważne piłki i gogle. Jaka tam była energia! Można było na niej budować. Pamiętam, jak pojechaliśmy na sparing do Niemiec. Dopiero się uczyliśmy, a gospodarze potraktowali ten mecz jako wielkie spotkanie blind footballu między Niemcami a Polską. Przegraliśmy chyba 0:8. Po roku zaprosili nas na obchody stulecia federacji i już ich ograliśmy. Robiliśmy postęp z każdym treningiem.

Czyli można powiedzieć, że od Euro 2012 zaczął się dynamiczny rozwój blind footballu w Polsce?

Tak, byliśmy my i szkoła dla niewidomych w Chorzowie. Tam też byli bardzo zaangażowani, ale chłopcy skończyli szkołę, porozjeżdżali się i nie miał kto grać. Mimo to fajnie się wszystko rozwijało, dopóki był poprzedni zarząd CROOS-u (Stowarzyszenia Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących), pod który podlegaliśmy. Mogliśmy reprezentować Polskę, jeździliśmy na turnieje i mecze towarzyskie. Byliśmy nawet na mistrzostwach Europy w Anglii w 2015 roku. Zajęliśmy dziewiąte miejsce spośród dziesięciu drużyn, ale to nie było najważniejsze. Uczyliśmy się, strzelaliśmy pierwsze bramki. Byliśmy tam najmniej doświadczonym zespołem, ale wyjście na murawę i wysłuchanie hymnu było dla tych chłopaków spełnieniem marzeń i nagrodą. Po to walczyli. Wróciliśmy z Anglii i okazało się, że w CROOS-ie zmienia się prezes. Po nowym rozdaniu przez trzy lata nie mieliśmy ani grosza na piłkę nożną. Ani grosza! Sami zrzucaliśmy się na wyjazdy, ale to są drogie sprawy. Była masakra.

A prywatni sponsorzy?

Staraliśmy się ich szukać, ale blind football cały czas jest niszowy. Nie mogliśmy się nawet nazywać reprezentacją Polski. To znaczy mogliśmy, ale między sobą, bo CROOS miał to w nosie i przesuwał pieniądze, które dostawał z ministerstwa na inne sporty.

Dlaczego woleli te środki inwestować w inne dyscypliny? Przecież ta jest widowiskowa, można się nią fajnie pochwalić.

Dawali na narciarstwo, szachy, warcaby, brydż... Pewnie, że blind jest atrakcyjniejszy, ale co mam powiedzieć? W 2015 przyjechaliśmy z mistrzostw zadowoleni, z wielkimi nadziejami. Szliśmy na fali. Ludzie się o nas dowiedzieli, bo Lewandowski dofinansował nam tamten wyjazd. Zrobiliśmy w TVN24 akcję. Byli tutaj, nagrywali, rozmawialiśmy... Naprawdę wierzyliśmy, że pójdziemy dalej.

Jak jest teraz?

Dużo lepiej. W Krakowie powstała druga bardzo prężnie rozwijająca się drużyna. Razem tworzymy silna ekipę, a polska piłka niewidomych rozwija się pod patronatem komitetu paraolimpijskiego, co jest najsłuszniejszą drogą, bo blind football jest dyscypliną paraolimpijską. To od razu powinno tak wyglądać, ale że poprzedni prezes CROOS chciał finansować i pomagał rozwijać tę dyscyplinę, to graliśmy jako CROSS. Zmieniły się władze i trzeba było uciekać. Teraz przynajmniej mamy środki na treningi.

A dzisiaj oficjalnie istnieje reprezentacja Polski?

Tak. W maju mieliśmy w Krakowie fajną imprezę dla wschodzących drużyn w Europie. Wygraliśmy ją. Wszystko dobrze wygląda. IBSA dopytuje czy nie zrobilibyśmy mistrzostw dywizji B w kwietniu przyszłego roku. Są to jednocześnie kwalifikacje do mistrzostw Europy. Dwie najlepsze drużyny uzyskałby awans. Sportowo stać nas na to, ale bez wsparcia strategicznego, bez finansów nie mamy się co podejmować. Kraków jest miastem bardzo przyjaznym blind footballowi, ale nie wiem, czy aż na tyle...

Ale organizacja takiego turnieju u siebie ogranicza wydatki logistyczne. Nie musicie płacić za podróż, hotel w innym kraju itd.

Pewnie, start jest dużo łatwiejszy, ale dochodzą koszty związane z organizacją. Nagle się okazuje, że brakuje 20-30 tys. i nikt nie wyciągnie tego z portfela ot tak. Żeby zrobić turniej, trzeba mieć wsparcie organizacji nadrzędnej, a w Polsce jest to stowarzyszenie START. IBSA tylko z nimi chce rozmawiać.

Czyli to się odbywa trochę poza wami?

Pytają bezpośrednio nas, ale prezes START-u musi dać zapewnienie, że oni pomogą finansowo, jeśli będzie taka potrzeba. A na razie takiej deklaracji nie ma. Wszystko się rozbija o finanse - nieważne, czy mówimy o klubie, czy o reprezentacji. Każdy wyjazd na turniej to koszt około 6-7 tys. A na oficjalne zawody międzypaństwowe za zgłoszenie każdego zawodnika trzeba zapłacić jeszcze po 500 euro. Zgłasza się 15 osób, łatwo policzyć o jakich pieniądzach rozmawiamy.

Jakie są relacje między wami a drużyną z Krakowa?

Bardzo dobre! Bieda to ma do siebie, że łączy. Trenujemy razem, wspieramy się, pomagamy. Rywalizujemy, ale tylko sportowo - na boisku.

To gdzie dzisiaj jesteśmy na tle Europy?

Mówiłem już o Niemcach, a Anglicy mają podpisane z federacją kontrakty. Jak byliśmy w Montpellier, okazało się, że Francuzi mają w kadrze więcej trenerów, fizjoterapeutów i lekarzy, niż zawodników. Inny poziom. Przy nich my nadal jesteśmy przedszkolem, ale takim z dobrą opinią. Mamy szacunek w centralnej części Europy. Zwyczajnie nas lubią, pamiętają, że ładnie graliśmy, że się rozwijaliśmy. No ale bez pieniędzy się nie da... Taki świat.

***

Gościem specjalnym turnieju w Krakowie był Michał Probierz, trener Cracovii. Uroczyście otworzył zawody. Był pod wrażeniem techniki niewidomych piłkarzy. I stwierdził, że każdemu piłkarzowi z Ekstraklasy przydałaby się wizyta na meczu blind footballu.

Ikona Sportu 2018 czytelników Sport.pl to:
Adam Bielecki i Denis Urubko
9%
Bartosz Kurek
25%
Michał Kubiak
5%
Vital Heynen
3%
Kamil Stoch
17%
Stefan Horngacher
3%
Robert Lewandowski
4%
Robert Kubica
13%
Andrzej Bargiel
3%
Justyna Święty-Ersetic
5%
Michał Haratyk
0%
Adam Kszczot
2%
Wojciech Nowicki
0%
Anita Włodarczyk
3%
A. Kobus-Zawojska, M. Springwald, M. Wieliczko i K. Zillmann
0%
Reprezentacja Polski w amp futbolu
8%
Więcej o:
Komentarze (12)
Voyownicy, rzecz o blind footballu. "Zbyt wiele osób obchodzi się z nami jak z jajkiem" [REPORTAŻ]
Zaloguj się
  • sprockett

    Oceniono 10 razy 6

    Przeczytałem komentarze i jestem załamany. Co to curva ma być? Hejt na niewidomych za to, że robią to co lubią, wbrew własnym ograniczeniom? Chore?! Kretyństwo?! Że słabi technicznie?! Poyebalo was?

  • pedro.666

    Oceniono 2 razy 2

    Blind football? Myślałem, że to artykuł o sędziach. Ale jak tak, to szacun, panowie!

  • a.k.traper

    Oceniono 5 razy 1

    Ważne, ze lubią to co robią, jest adrenalina, jest sportowa złość i spełnienie się. Wielu pełnosprawnych ludzi uprawia sport kanapowy.

  • gadolinn

    Oceniono 5 razy 1

    nie mogliby biegac w chelmach kaskach czy innych ozdobkach na lbach??

  • felicjan.dulski

    Oceniono 4 razy 0

    Jeżeli to, że trener bluzga na "widomych"jest OK,
    to, jeśli klnie na niewidomych, nie powinno budzić kontrowersji.
    Rozumiem, że moja wypowiedź wygląda na trollowanie,
    ale był kiedyś cykl takich "reklam" w TV "Dlaczego traktujecie na inaczej?" o ludziach z handicapem.

  • kochamwyborcza2

    Oceniono 2 razy -2

    Ale pierdy

  • Paweł Pawlak

    Oceniono 13 razy -9

    Obejrzałem fragment meczu tych Wrocławian - jeśli to jest widowiskowy sport to jestem ksiądz. A zachwyt Probierza nad ich technika jest bekowy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX