Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kosakiewicz: Korona nie jest zbieraniną chłopaków, którzy kopią piłkę. Mamy umiejętności, a nie szczęście

W rundzie jesiennej pokazaliśmy, że jesteśmy mocni. Naszą grę oglądało się dobrze i to nie był przypadek. Nie zdobywaliśmy punktów dzięki szczęściu, tylko dzięki umiejętnościom - mówi Sport.pl Łukasz Kosakiewicz, piłkarz Korony Kielce.

Sebastian Staszewski: Korona jest tak mocna, jak we wrześniu i październiku, czy tak słaba, jak w grudniu?

Łukasz Kosakiewicz: Trzeba oceniać nas za całą rundę. A w niej pokazaliśmy, że jesteśmy mocni. Naszą grę oglądało się dobrze i to nie był przypadek. Nie zdobywaliśmy punktów dzięki szczęściu, tylko dzięki umiejętnościom. Pokazaliśmy całej Polsce, że w Kielcach występują dobrzy piłkarze, a nie zbieranina kilkunastu chłopaków, którzy czasem kopią piłkę. Zasłużyliśmy na miejsce w którym teraz jesteśmy. Chociaż trzeba przyznać, że w ostatnich kolejkach trochę zawiedliśmy.

Z czego wynikała zimowa zadyszka? Dwie bramki strzeliła wam Cracovia, trzy Arka, a aż pięć Jagiellonia. W czterech ostatnich kolejkach zdobyliście tylko dwa punkty.

Myślę, że były dwa powody. Pierwszy to kontuzje, które wynikały też z tego, że walczyliśmy na dwóch frontach, bo poza ligą był jeszcze Puchar Polski. A drugi to zmęczenie. Chwilami brakowało sił. Ale nie była to typowa zadyszka. Oglądaliśmy na przykład analizę meczu z Jagiellonią i wcale nie byliśmy dużo gorszym zespołem. Byliśmy natomiast drużyną, która w kluczowych momentach popełniała błędy.

Przed sezonem w Kielcach mówiono raczej o walce o utrzymanie, niż o walce o europejskie puchary, ale po kilku niezłych meczach pojawiło się grono hurraoptymistów. Pan do nich należy?

Po pięciu zwycięstwach wszyscy cię chwalą, a po jednej porażce – krytykują. Spokojnie. Z prezesami i trenerem Lettierim rozmawialiśmy o tym, aby awansować, ale do pierwszej ósemki. To dla nas realny cel. A później będziemy martwić się tym, co dalej. Nie chcemy przeskakiwać trzech poprzeczek naraz. Wolimy robić to po kolei.

A utrzymanie 7 miejsca byłoby sukcesem?

Dla mnie sukcesem byłoby powtórzenie wyniku z tamtego sezonu, czyli 5 miejsce. I wierzę, że to możliwe.

Po trudnym początku relacji zespołu z trenerem Gino Lettierim znaleźliście wspólny język?

Myślę, że dogadujemy się całkiem nieźle. Nie ma też problemów językowych. Bardzo pomaga drugi trener Dawid Pietrzyk, który tłumaczy z niemieckiego na polski. Wielu piłkarzy mówi też po angielsku, a więc wszyscy się dogadują.

Pan też bywa tłumaczem? Zadawał pan maturę z niemieckiego!

Kilka słów pamiętam. Ale rzadko mówię. Raczej słucham. I na pewno jest mi trochę łatwiej, bo kiedy trener mówi, to wyłapuję sens jego wypowiedzi. Później sprawdzam sobie to, co zrozumiałem, z tłumaczeniem trenera Pietrzyka. I nie jest źle.

Nikt już się nie buntuje, że na obiad trzeba chodzić w klapkach?

Nikt nie ryzykuje. Każdy zna zasady trenera. I każdy wie, że łatwo mu tym podpaść.

W marcu w Kielcach zagracie pierwszy mecz półfinału Pucharu Polski z Arką Gdynia. Dla pana będzie to deja vu. Jak wspomina pan półfinał do którego awansował pan trzy lata temu z Błękitnymi Stargard?

Przede wszystkim nie wspominam tego zbyt często. Czasem, jak rozmawiam z kolegami z tamtej paczki, to wracają jakieś obrazy. Ale przegraliśmy, więc nie chcę tego rozpamiętywać. Był już czas, kiedy bardzo to przeżywałem. Teraz chcę napisać drugi rozdział mojej historii w Pucharze.

Będzie towarzyszył panu dodatkowy stres, aby tym razem nie dostać czerwonej kartki?

Trzeba będzie uważać. Ale do dziś nie zgadzam się z tamtą decyzją sędziego Gila. Sam zresztą pamiętasz… Szkoda gadać.

Trener Arki Leszek Ojrzyński tak powiedział mi o nadchodzącym dwumeczu z Koroną: „Finał jest bardzo realny. Trzeba pokonać Koronę i jedziemy do Warszawy”.

My na pewno nie odpuścimy. Bardzo chcemy awansować do finału, bo to najkrótsza droga do gry w europejskich pucharach. Dla Korony byłby to olbrzymi sukces. Postawiliśmy więc sobie cel i zrobimy wszystko, aby go zrealizować. Podejdziemy do półfinału bardzo poważnie. Jak mawia Pudzian, „tanio skóry nie sprzedamy”, haha.