Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Świerczewski o Wójciku: "Wujo" chyba czasem myślał, że jest nieśmiertelny

- W taktyce nie był specjalistą, ale tak nas nakręcał, że na boisko wchodzili wojownicy - wspomina zmarłego w poniedziałek Janusza Wójcika Piotr Świerczewski. Były reprezentant Polski niedawno mógł z nim porozmawiać. - Jak zwykle żartował, opowiadał te swoje anegdoty. Jak zwykle używał tych wesołych porównań. "Wujo" chyba czasem myślał, że jest nieśmiertelny - mówi Sport.pl o trenerze.

Janusz Wójcik Miał 64 lata. Przyczyną śmierci był prawdopodobnie rozległy krwiak w głowie. W latach 1989–1992 Wójcik był szkoleniowcem polskiej reprezentacji olimpijskiej z którą zdobył srebrny medal. W latach 1997–1999 prowadził pierwszą drużynę biało-czerwonych. Pracował też m.in. w Jagiellonii, Legii, Pogoni, Widzewie, Anothosisie Famagusta, Al-Nahdzie, oraz piłkarskiej reprezentacji Syrii, i olimpijska drużyna ZEA.

Kacper Sosnowski: Twoja kariera reprezentacyjna niemal od początku związana była z Wójcikiem.

Piotr Świerczewski: To dlatego, że on był trenerem młodzieżowych reprezentacji. Grałem u niego już w kadrze U-16, potem U-18, U-21 i oczywiście w pierwszej narodowej drużynie. Ponad dekada razem. Znałem dobrze jego warsztat.

Nastolatków też trzymał wtedy krótko i nie przebierał w słowach?

- Tak. On miał taki charakter. W szatni zawsze był wodzirejem, który nie owija w bawełnę. Wójcik to był Wójcik. Czy wcześniej, czy później. Do niego nie docierało, że się może pomylić. Jak czasem żeśmy podejmowali dyskusję, czy radzili by coś zrobić inaczej, to temat szybko się kończył. Jak Wójcik się uparł, to nic do niego nie docierało. Zawsze był pewny swego. Zawsze w prosty sposób dążył do celu. Te jego słynne motywacyjne przemowy nadrabiały brak przygotowania nas od strony taktycznej. W tym nie był specjalistą, ale tak nas nakręcał, że na boisko wchodzili wojownicy. Okazało się jednak, że trenerem był niezłym, skoro doprowadził nas do medalu na IO w Barcelonie, potem też przecież wygrał ligę z Legią i powierzono mu pierwszą reprezentację kraju, w której też się z nim spotkałem.

Byłeś jednym z jego ulubieńców? On lubił stawiać na swoich faworytów.

- Nie wiem, czy byłem. Może bardziej był Jerzy Brzęczek, który dużo grał. Był zresztą kapitanem.

Wójcik miał wyniki, ale chyba wszędzie miał też niezłych piłkarzy.

 - W reprezentacji ogórków wtedy nie było. Grali w niej chłopcy, którzy już sporo osiągnęli. Juskowiak był królem strzelców naszej ligi. Kowalczyk w starciu z Sampdorią dał awans Legii do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Ja z GKS-em Katowice zdobyłem ze dwa puchary. Poza tym w kadrze miał młodych ludzi, którzy w klubach jednak grali. Mało tego, byli tam ważnymi postaciami, nie jakimiś rezerwowymi. To był ciekawy skład, ale by poprowadzić takich chłopaków potrzebny był facet, który musiał trzymać to mocnymi rękami. Każdy miał swoje sprawy, swoje problemy, swój charakter, a „Wujo” potrafił to złożyć w całość.

To były jedne z najlepszych momentów polskiej piłki i fantastyczny czas dla was,  młodych chłopaków funkcjonujących do tej pory w czasach komuny.

 - Za olimpijskich czasów Wójcika na nic nie mogliśmy narzekać. To przecież wtedy powołano Fundacje Piłkarskiej Reprezentacji Olimpijskiej na czele ze Zbigniewem Niemczyckim i Henrykiem Loską. To „Wójt” przez swe kontakty, różne rzeczy załatwiał. Dzięki fundacji mieliśmy kapitalne warunki do funkcjonowania. Zagraniczne zgrupowania, obozy w Niemczech, znakomity sprzęt i markowe stroje do gry. Do tego była taka rodzinna atmosfera. Spotykaliśmy się na wigilijnym opłatku u Niemczyckiego. To były spotkania ludzi, którzy się na co dzień lubili i bili się o siebie na boisku. Po igrzyskach wszyscy dostaliśmy samochody. Polonez był wtedy wyznacznikiem majątku. To była duża rzecz.

Wójcika zapamiętasz jako...

- Takiego autentycznego i prawdziwego człowiek. Nie bał się po latach powiedzieć „zawaliłem”. Nie wykręcał się jeśli chodzi o ciemniejsze strony jego historii, czyli rzeczy dotyczące korupcji. Dość jasno o wszystkim powiedział. Napisał książkę, gdzie też nie pomijał różnych wydarzeń. Prawdziwy był też jako trener. Potrafił pier****nąć ręką w stół czy tupnąć, jak coś nie grało w drużynie. Zawsze nazywał rzeczy po imieniu. To dobre cechy.

Z Wójcikiem ostatnio widziałeś się w październiku

- Na początku miesiąca, z okazji 25 lecia igrzysk w Barcelonie. Wszyscy z tamtej ekipy spotkaliśmy się w Warszawie w PKOL-u. Był pan Niemczycki, Paweł Janas i cały sztab medyczny, i Dariusz Szpakowski komentujący wtedy nasze mecze. Fajne, sentymentalne spotkanie. Wójcik jak zwykle żartował, opowiadał te swoje anegdoty. Jak zwykle używał tych swoich wesołych porównań. Oczywiście część tych historii traktowaliśmy z przymrożeniem oka, ale posłuchać było miło. Zmieniło się, że chyba teraz bardziej mówił do nas po imieniu. No ale spotkaliśmy się po 25 latach, więc jesteśmy już nieco starsi, niektórzy nawet zupełnie łysi. Trochę śmiechu było.

Nikt się nie spodziewał, że w następnym miesiącu trzeba będzie go pożegnać. Nikt nie żyje wiecznie. „Wójo” chyba czasem myślał, że jest nieśmiertelny.

Zobacz wideo