Radosław Matusiak: Mówili, że byłem lepszy od Lewandowskiego. On wszystko przekuł w sukces, ja wolałem się bawić

Sporo pieniędzy przegrałem w kasynie. To takie miejsce, w którym wygrać możesz, a przegrać musisz. Wyszedłem z tego wiele lat temu. Z dużą pomocą rodziny. Kiedy w młodym wieku przegrywasz duże sumy, to nie jest dobrze. Sporo też przebalowałem. Zdarzały się imprezy, na które lecieliśmy helikopterem na drugi koniec Polski. Nikomu jednak krzywdy nie zrobiłem, nikogo nie oszukałem. To co przebimbałem, to moje. Życie ułożyłem tak, jak chciałem. Robię teraz to co chcę, a nie co muszę - mówi Radosław Matusiak, były napastnik reprezentacji Polski i piłkarz takich klubów jak: GKS Bełchatów, Palermo, Heerenveen, Wisły Kraków, Widzewa Łódź i Cracovii.

Z byłą gwiazdą polskiej ligi porozmawialiśmy m.in. o nadchodzących meczach kadry narodowej z Armenią (w czwartek o g. 18) i Czarnogórą (niedziela, g. 18),  przyczynach wczesnego zakończenia kariery, nieudanej przygodzie za granicą oraz aferze korupcyjnej.

Damian Bąbol: Nie dopadł pana syndrom niektórych piłkarzy na emeryturze. Piwnego brzucha nie widać. Co u pana słychać?

Radosław Matusiak: W sumie niewiele. Długo śpię. Staram się regularnie ruszać. Biegam, chodzę na siłownię i zajęcia z krav magi. Trzymam formę. Pomagam też ojcu w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Łodzi. Jest tam kilku młodych i zdolnych zawodników. Warto ich obserwować, może coś z nich kiedyś będzie.

Prowadzi pan treningi?

- Nie. Bardziej spotykam się i rozmawiam z chłopakami ze starszych klas. Tłumaczę, co piłkarz powinien robić, czego powinien unikać. Życiowo dużo przeżyłem. Mam spory bagaż doświadczeń zarówno ciekawych, jak i tych mniej ciekawych.

Jest pan zadowolony z tego, co pan osiągnął?

- Zawsze mogłoby być lepiej. Mój związek z piłką nie trwał bardzo długo. Skończyłem grać w wieku 30 lat. Czasami tak sobie myślę, że gdybym trochę inaczej pokierował życiem, to ta kariera byłaby jeszcze większa. 

Żałuje pan straconych szans?

- Właśnie staram się niczego nie żałować, ale nie da się ukryć, że sporo błędów popełniłem. Z drugiej strony wiem, że 99 proc. piłkarzy dałoby się pociąć, żeby mieć taką karierę, jaką ja miałem. Patrzę na życie z pozytywnej strony. Mam się czym pochwalić. Występowałem w zagranicznych ligach, w reprezentacji Polski rozegrałem 15 meczów, w których strzeliłem siedem goli. Średnia całkiem niezła.

W wieku 24 eksplodował pański talent i strzelecka forma.  Co takiego przełomowego się wtedy wydarzyło?

- Złożyło się na to kilka rzeczy. Na pewno przyjście Oresta Lenczyka, który na mnie postawił. Zaufał mi bezgranicznie. Od pierwszego treningu czułem, że będzie dawał mi szanse. Poczułem pozytywnego kopa do działania.

Orestowi Lenczykowi zawdzięcza pan najwięcej ze wszystkich trenerów?

- W dorosłej piłce na pewno tak. Wiele mnie nauczył. Mam mnóstwo pozytywnych wspomnień. Nie lubił rozmawiać indywidualnie z piłkarzami, ale na odprawach bywało wesoło. Miał taki styl, że zaczynaliśmy o taktyce, a kończyliśmy dyskusją o tym, jakie ławki były zamontowane na Stadionie Dziesięciolecia. To były fajne pogadanki nie tylko o piłce, ale też o życiu. Ogromnie we mnie wierzył. Nawet jak mi coś nie wyszło, to nie powiedział złego słowa. Za to po dobrym ćwiczeniu zawsze pochwalił. Napędzało mnie to do jeszcze większej pracy. Potem dochodziło do sytuacji, które na treningach mnie krępowały. Przykład: chłopaki wykonywali  źle ćwiczenie i nagle trener krzyczy: "Stop! Radek, pokaż jak to robisz". Było mi trochę głupio, ale z drugiej strony czułem się jednym z jego liderów. Na boisku razem z Łukaszem Gargułą skutecznie ciągnęliśmy ten wózek. Czasami trener Lenczyk przychodził do nas na konsultacje z gotowym składem. Pytał się, co o nim myślimy, czy takie ustawienie będzie nam odpowiadało. Jako drużyna wyglądaliśmy dobrze, graliśmy fajną piłkę, konstruowaliśmy składne akcje, nie była to żadna kopanina. Ogrywaliśmy najlepszych: Wiśle na wyjeździe wrzucaliśmy czwórkę, Legii przy Łazienkowskiej też utarliśmy nosa. Ja zaczynałem strzelać regularnie w lidze i coraz częściej w ważnych meczach reprezentacji. Ale nie tylko Lenczykowi wiele zawdzięczam. Grając w GKS ustatkowałem się również życiowo. Poznałem moją przyszłą żonę, która w odpowiednim momencie postawiła mnie do pionu.

To znaczy?

- Wszyscy wiedzą, że lubiłem się bawić. Imprezowanie zaczęło się za czasów gry w Szczakowiance Jaworzno. Nie było komórek, więc wyłączałem telefon z gniazdka, żeby mama do mnie nie wydzwaniała. Udawałem, że nie działa, a tak naprawdę ciągle byłem poza domem. Nie można było dobrze grać w piłkę, skoro na treningi przychodziłem notorycznie niewyspany. Żona to zmieniła. Pilnowała, żebym prowadził się jak należy. Zacząłem też więcej trenować. Miałem indywidualnego trenera od przygotowania fizycznego, który raz w tygodniu przyjeżdżał do mnie do Bełchatowa. Jeździłem też na treningi strzeleckie do SMS w Łodzi. Ojciec dawał mi bramkarza, 30 piłek i przez dwie godziny waliłem na bramkę.

Dlaczego tak późno pana talent wystrzelił?

- Wiedziałem, że mam duże możliwości, ale bez ciężkiej pracy, poważnych zmian w życiu, nie wszedłbym na wyższy poziom. Grałem we wszystkich kadrach juniorskich od: U-15, U-16, U-17 oraz w olimpijskiej. Na wielu turniejach reprezentacyjnych byłem wybierany na najlepszego napastnika. Jarek Kołakowski, znany polski menedżer, powiedział, że jeżeli chodzi o sam talent i umiejętności piłkarskie, to byłem lepszy od Roberta Lewandowskiego. Oczywiście ten potencjał zmarnowałem, a Robert przekuł wszystko w sukces.

Co poszło nie tak?

- Jeśli chodzi o podejście do kariery, to nasze drogi są zupełnie inne. Robert jest sportowcem, który ma tylko jeden cel w życiu: chce być najlepszy. Taki ma charakter. Zamierza zostać zapamiętany, jako najlepszy piłkarz w historii Polski. Dla mnie liczyły się inne rzeczy. Lubiłem się bawić, a Robert nie tyka alkoholu. W tej hucznej imprezie w hotelu przed meczem z Armenią, jako jeden z dwóch poszedł spać o 22, reszta balowała. Ta jego perfekcyjna postawa wręcz nie pasuje do znanego modelu polskiego piłkarza, obdarzonego wielkim potencjałem na światową karierę, ale nie do końca wykorzystanym z różnych przyczyn. Robert złamał ten schemat i już dawno sięgnął szczytu. Niektórzy się śmieją, że nie je glutenu, ale życzyłbym sobie, żeby jak najwięcej młodych zawodników miało podobną świadomość żywieniową. Jak przypomnę siebie w Szczakowiance, to tylko uśmiecham się z politowaniem. Mieszkałem w Krakowie i w drodze na trening zahaczałem o Mc'Donalds, a w drodze powrotnej wpadałem do przydrożnego KFC. Tak się stołowałem.

Czuł pan zazdrość, widząc Lewandowskiego, który strzela gole jak na zawołanie i jest największą gwiazdą naszej reprezentacji?

- Pamiętam, jak Robert zaczynał występować w reprezentacji, a później przyjeżdżał na kadrę, jako gwiazda Borussii. Znacznie lepiej radził sobie w klubie. Oglądałem mecze Polski w domu, a mój ojciec cieszył się, kiedy "Lewy" nie wykorzystał dobrej sytuacji. W końcu spytałem: "Tato, dlaczego tak się zachowujesz?". " Bo ty tam powinieneś być!" - usłyszałem. Starałem się mu wytłumaczyć, że nie może tak myśleć, bo chłopak ciężko pracuje i tylko sobie zawdzięcza sukces. Świetnie wykorzystuje swoją szansę, dlatego trzeba mu życzyć jak najlepiej. Chociaż też kilka razy złapałem się na tym, że poczułem zazdrość, kiedy trafiał do siatki i coraz bardziej stawał się bożyszczem kibiców, a ja odchodziłem w zapomnienie, ale to był moment. Na szczęście już dawno i bardzo szybko przestałem tak myśleć. Dziś bez żadnego cienia złośliwości cieszę się, że mamy tak fantastycznego napastnika. Jest się czym chwalić. Dzięki "Lewemu" zagraniczne kluby zaczęły mocniej przeglądać nasz rynek. Pozycja polskiego piłkarza znacząco wzrosła.

Był pan częścią reprezentacji, która wywalczyła sukces, awansując na mistrzostwa Europy, ale wtedy mogliście co najwyżej pomarzyć o popularności, jaką obecnie przeżywa kadra Adama Nawałki.

- Może w złych czasach zaczęliśmy grać w piłkę? Spójrzmy, w jakich okolicznościach reprezentacja rozgrywa mecze o punkty. My występowaliśmy na starym stadionie Legii bez zadaszonych trybun, na który przychodziło maksymalnie 10 tys. osób. Ostatni mecz z Kazachstanem oglądało ponad 50 tys. fanów na Stadionie Narodowym. Inny wymiar.

Po udanym sezonie w GKS Bełchatów i dobrych meczach w reprezentacji, zaczął pan coraz bardziej naciskać na transfer za granicę. Warto było?

- Choć sportowo się przejechałem, to opuszczenia ekstraklasy na pewno nie żałuję. Bardzo chciałem wyjechać. Wprawdzie ojciec sugerował, żebym jeszcze pół roku poczekał, bo wtedy wyjadę do lepszego klubu za jeszcze większe pieniądze, ale byłem maksymalnie zdeterminowany. Niedługo kończyłem 25 lat i wiedziałem, że taka okazja mogłaby się już nie powtórzyć. Poza tym po golach w reprezentacji w eliminacjach do Euro 2008, czułem się bardzo mocny. Wyobrażałem sobie, że niedługo trafię nawet do Milanu.

Transfer do Palermo okazał się niewypałem.

- Szkoda, że nie trafiłem wtedy do Hiszpanii. W Primera Division mogłoby się to wszystko inaczej ułożyć. Zaraz po podpisaniu kontraktu z Palermo do gry włączyła się Osasuna Pampeluna, która chciała mnie wykupić za dwa razy więcej. Nie wiem czemu wcześniej Hiszpanie nie byli tak zdeterminowani. Wcześniej najlepsza oferta była z Aston Villi. Byliśmy już dogadani, ale sprawa się skomplikowała przez mojego agenta. Były też opcje turecko-rosyjskie m.in. z nieistniejącego już Saturna Ramienskoje, z przedmieść Moskwy. Prezesem klubu był wiceminister rosyjskiej gospodarki. Mogłem sobie wpisać na umowie kwotę, jaką chciałbym zarabiać i by się zgodzili. Tylko że ja do Rosji nie chciałem. Perspektywa gry i życia na Sycylii, do tego piękna pogoda, jedzenie, dom z basenem - była dla mnie i małżonki bardziej kusząca.

Dlaczego nie wyszło?

- Oczekiwania były wysokie nawet we Włoszech. W prasie pisano, że przychodzi gwiazda z Polski, z wyglądu podobna do Marco van Bastena. Niestety, transfer z Bełchatowa do Palermo był jednak zbyt dużym przeskokiem. Przede wszystkim we Włoszech ciężej trenowaliśmy. Dla przykładu w Polsce robiłem 15 powtórzeń wymachów z gumami, tam robiłem 50. Po dwóch tygodniach byłem bardzo zakwaszony, czułem się zmęczony. Czekałem na swoją szansę, aż w końcu wystąpiłem i strzeliłem gola. Niestety, w tym meczu zerwałem więzadła w stawie skokowym. Przez półtora miesiąca miałem problemy z normalnym chodzeniem. Nie zagrałem już do końca rozgrywek. Szkoda, że tak wyszło, bo wcale nie czułem się gorszy od konkurentów, czyli Andrei Caracciolo oraz Davida Di Michele. To nie byli żadni wirtuozi. Mogłem z nimi powalczyć, ale ostatecznie wyjazd do Palermo zakończył się sportową porażką. W międzyczasie selekcjoner Leo Beenhakker zaczął nalegać, żebym zmienił klub. Moje miejsce w pierwszym składzie reprezentacji było coraz bardziej niepewne.

Beenhakker zaproponował panu Heerenveen?

- Tak. Prezes klubu był jego znajomym. W Holandii czułem się lepiej. Więcej było luźniejszych, piłkarskich treningów. Zagrałem w 12 meczach, strzeliłem dwa gole: jedną w lidze i w pucharze. Wbrew pozorom o miejsce w składzie nie było łatwo. Niekwestionowaną gwiazdą nie tylko drużyny, ale całej ligi był Brazylijczyk Afonso Alves, król strzelców rozgrywek. Niesamowity zawodnik. Umiejętnościami przewyższał wielu czołowych napastników z ligi włoskiej.

Transfer do Holandii nie pomógł. Euro 2008 musiał pan oglądać w telewizji.

- Trochę miałem o to żal do Beenhakkera, który bardzo naciskał, żebym przeniósł się do Heerenveen. Tłumaczył, że to warunek, jeśli chcę dalej liczyć się w kadrze. Tym bardziej że w reprezentacji  praktycznie nie zawodziłem. Zasłużyłem przynajmniej na ławkę. Z całym szacunkiem dla Tomka Zahorskiego, który został za mnie powołany, to nawet w najlepszej formie nie byłby lepszy ode mnie. Poza tym w prasie była na mnie nagonka. Początkowy fenomen również w mediach, na koniec stał się moim przekleństwem.

I to był początek końca. Zacząłem się tym wszystkim powoli nudzić. Wróciłem do Polski. Podpisałem kontrakt z Wisłą, w której nie szło mi najlepiej. Chętniej z Darkiem Dudką wolałem odwiedzać restauracje na Rynku niż oglądać mecze, rozmawiać i emocjonować się piłką. Zaczynałem coraz bardziej tracić zapał do tego sportu

Próbował pan się jeszcze odbudować w Widzewie, który grał w pierwszej lidze.

- Budżetowo przerastał wtedy wiele klubów z najwyższej klasy. Plany były imponujące. Sylwester Cacek nie szczędził pieniędzy na pensje dla piłkarzy. Celem był awans do ekstraklasy, który zrealizowaliśmy, ale przez korupcyjną przeszłość, musieliśmy znowu zaczynać od I ligi. To nie był dla mnie udany powrót. Pierwszoligowa rzeczywistość nie zachęcała do gry w piłkę. Pamiętam wyjazd na mecz z Flotą Świnoujście. Dziurawe boisko, brak trawy. Rywale zamiast na grze w piłkę skupiali się na kopaniu po nogach. Trudno było się w tym wszystkim odnaleźć. Do tego z Marcinem Robakiem, moim partnerem w ataku, też ciężko było się dogadać. Marcin bardzo nie lubi konkurencji, kiedy ktoś depcze mu piętach. Dopiero jak zobaczył, że nie chcę mu na siłę zabierać miejsca w składzie, nasze stosunki uległy poprawie. Zresztą ja nigdy nie czaiłem się za plecami i liczyłem na potknięcie konkurenta. Nie jestem złośliwy, nigdy nie miałem pretensji do kogoś, że zabiera mi miejsce w jedenastce. Po dobrym meczu potrafiłem pogratulować i przybić piątkę, a rywalizacja trwała dalej.

Jak się pan czuje, kiedy po wpisaniu w Google: "Radosław Matusiak", wyskakuje zdjęcie z czarnym paskiem na oczach?

- Okropnie. To straszne uczucie. Tym bardziej że wciąż jest wiele osób w Polsce, którzy są trenerami, grają w piłkę, a kiedyś handlowali meczami. Miałem 22 lata, kiedy w drugoligowym GKS po każdym wygranym meczu była obowiązkowa zrzutka do saszetki. Wszyscy bez wyjątku musieli się składać po 300 zł.

Zrzucaliście się, żeby sędzia gwizdał korzystnie dla GKS?

- Mogłem się tylko domyślać na co idą te pieniądze. Byłem młodym chłopakiem, który musiał się podporządkować. Na rozprawie dowiedziałem się, że te pieniądze szły, żeby było gwizdane "równo z trawą", czyli sprawiedliwie. Przecież GKS nie musiał wtedy kupować meczów. Miał mocny skład ze mną, Kolendowiczem, Gargułą, Królem, Pietrasiakiem, Pawlusińskim. W normalnych meczach, bez przekrętów wygrywaliśmy po 7:1. Nigdy nikomu żadnych pieniędzy bezpośrednio nie dałem, nikogo nie korumpowałem. Jeżeli trener po wygranym meczu kazał płacić po 300 zł, to co miałem zrobić?

Mógł pan iść na policję.

- No tak, ale równie dobrze mógłbym wtedy kończyć karierę. Byłem młody, wszyscy się zrzucali, to ja też wrzucałem. Teraz łatwo osądzać, ale nikt nie chciał się wyłamywać w szatni. W efekcie jestem człowiekiem karanym, mam kuratora. To dla mnie straszna rzecz, bo nie czuję się winny.

Prokurator mówił: "Przyznaj się. Dostaniesz 3 tys. zł grzywny, niższy wyrok i nie będzie problemu". Ale do czego miałem się przyznać? Do korupcji? Jaka to korupcja? Ja nikogo nie korumpowałem. Do końca walczyłem o czyste imię. Wydałem mnóstwo pieniędzy na prawników. Przegrałem w apelacji, ale mam czyste sumienie. Niestety, tak się ułożyła moja kariera, że trafiłem na czasy przesiąknięte korupcją. Jako junior debiutowałem w ŁKS, a sędzia biegał przy linii i krzyczał do kierownika drużyny: "Chociaż na paliwo mi dajcie!". To był strasznie umoczony system, ale nikt nie był głupi. Pamiętam, że już za juniorskich czasów obstawiało się konkretne wyniki. Wśród starszych zawodników krążyły różne informacje. Czasem przystawiłem gdzieniegdzie ucho i dwa razy udało się dobrze obstawić. Wygrałem jakieś pieniądze.

Teraz nasza piłka jest czysta?

- Ekstraklasa na pewno. Pierwsza liga też. Obecnie nikt by się nie odważył maczać palców w tym procederze. Ludzie nie ryzykują jak kiedyś. Nie ma też tylu szemranych działaczy, tylko coraz więcej profesjonalnych firm angażuje się w polską piłkę. Mimo braku wyników, coraz bardziej poważnie to zaczyna wyglądać.

Opakowanie produktu bardzo ładne, ale zawartości nie da się jeść.

- Budżety polskich klubów są coraz wyższe, pensje rosną, marketingowo wygląda to bardzo przyzwoicie. Nie słychać, żeby piłkarze nie dostawali pieniędzy na czas, czy strajkowali z tego powodu. Zarobki najlepszych zawodników są zbliżone do tych, które kiedyś dostawało się za granicą, ale brakuje wyników. Zastanawiam się z czego to wynika. Myślę, że nasi piłkarze są coraz słabsi, oczywiście z wyjątkiem tych wyróżniających, którzy po dobrej rundzie czy sezonie wyjeżdżają do lepszych lig. Brakuje takich graczy, którzy robiliby różnicę. Mamy teraz wielu wyrobników. Są szybcy, wytrzymali, ale bez jakości. Wynika to z tego, że kiedyś całe dzieciństwo spędzało się na boisku i trzepaku, a dziś? Młodzi chłopcy wolą grać w FIFĘ 18 i biec do kolejki po najnowszego iPhone’a. Jak oni mają uczyć się zwodów, żonglerki? Nie można grać dobrze w piłkę, jeśli trenuje się tylko dwie godziny dziennie. Ja spędzałem z piłką dziesięć godzin. Takie było moje dzieciństwo.

Nie tylko w Polsce dzieci grają konsoli i korzystają z najnowszych smartfonów.

- To prawda, ale zwróćmy uwagę, gdzie wychowuje się najlepszych piłkarzy. Albo w krajach bardzo biednych, gdzie nie ma nic i pozostaje tylko gra w piłkę, albo bardzo bogatych, jak w Niemczech, gdzie system szkolenia i wyłapywania piłkarskich diamencików został opracowany do perfekcji. Musimy brać przykład z najlepszych, czyli od Niemców.

Przed nami ostatnie dwa mecze kadry. Wybiera się pan na mecz z Czarnogórą?

- Na pewno będę oglądał, ale jeszcze nie wiem, czy na żywo. Zaproszenia przysługują wybitnym kadrowiczom. Ja wybitny nie jestem, ale kiedyś poprosiłem Zbigniewa Bońka o jeden bilet. Wysłałem SMS. Po chwili dostałem odpowiedź: "Pan prezes zaprasza ;)".

Awansujemy na mundial?

- W ogóle się o to nie martwię. Mimo wpadki w Kopenhadze nasza reprezentacja spisuje się naprawdę dobrze. Przede wszystkim mamy kim grać. Praktycznie każdy podstawowy zawodnik występuje w pierwszym składzie w swoich klubach. Za moich czasów o takim komforcie mogliśmy tylko pomarzyć.

Będzie nas stać, żeby w Rosji powalczyć o coś więcej niż wyjście z grupy?

- Nie ma co myśleć o żadnym finale. Nie jesteśmy tak silni i lepiej to sobie jak najszybciej uświadomić. Ćwierćfinał byłby czymś wspaniałym. Mamy bardzo dobry zespół, ale na tle innych reprezentacji nie wyglądamy najlepiej. Trzeba patrzeć realnie. Nie jesteśmy piątą drużyną świata, jak wskazuje na to ranking FIFA. Obecny wynik jest ponad miarę i cieszmy się z tego póki możemy, bo niestety następców nie widać. Trzeba znaleźć jakąś złotą metodę, nieustannie ulepszać szkolenie, odrywać utalentowanych chłopaków od smartfonów i zaciągać ich na boiska.

Bez Arkadiusza Milika siła ofensywa naszej reprezentacji znacząco spada.

- Szkoda mi chłopaka. Jego początek gry we Włoszech pozytywnie mnie zaskoczył. Niesamowicie odpalił. Niestety, dwie poważne kontuzje w takim krótkim okresie, dobrze nie wróżą. Raz, że organizm jest słaby, dwa - piłkarska moc spada. Żałuję, ale mimo wszystko trzymam za niego kciuki. Wierzę, że się podniesie. Tomek Dawidowski przechodził chyba 12 operacji i miałem wrażenie, że za każdym razem wracał mocniejszy.

Na koniec zmieńmy temat. Wciąż lubi pan wina?

- Nie kupuję ich tak często jak kiedyś i tak drogich. Nie mam już tyle pieniędzy (śmiech). Zawsze uwielbiałem francuskie. Są zdecydowanie najlepsze. Niedługo w Polsce może być podobnie. Klimat tak szybko się zmienia, że za 20 lat w naszym kraju będziemy produkować też doskonałe wina. Poza tym gustuję w węgierskich i słoweńskich. Naprawdę polecam.

Otworzy pan kiedyś swoją winiarnię?

- Niedawno wyremontowałem mały domek w Bieszczadach. Mam tam stawik, gdzie będę łowił ryby. Chciałbym też mieć swoją winiarnię i wędzarnię. Zamierzam prowadzić życie wiejskiego gospodarza. Ale to jeszcze parę lat, jak już uroda całkowicie minie. Wtedy się pakuję i wyjeżdżam z Warszawy na wieś (śmiech).

Odłożył pan trochę pieniędzy na piłkarską emeryturę?

- Zawsze lubiłem żyć szeroko i na bogato. Sporo wydałem, sporo przegrałem w kasynie. To takie miejsce, w którym wygrać możesz, a przegrać musisz. Wyszedłem z tego wiele lat temu. Z dużą pomocą rodziny. Kiedy w młodym wieku przegrywasz duże sumy, to nie jest dobrze. Ale dałem sobie radę. Sporo straciłem w głupi sposób, sporo też przebalowałem. Zdarzały się imprezy, na które leciało się helikopterem na drugi koniec Polski. Nikomu jednak krzywdy nie zrobiłem, nikogo nie oszukałem. To co przebimbałem, to moje. Życie ułożyłem, tak jak chciałem. Mogę teraz robić to co chcę, a nie co muszę. Podsumowując, jak na zwykłego chłopaka z bloku na Widzewie, to dużo przeżyłem i osiągnąłem. Czuję się szczęśliwym człowiekiem.

Zobacz wideo