Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Legia, czyli zmartwienie nowego prezesa. Dariusz Mioduski: Muszę zasypać dziurę w budżecie

- Nie mam wyjścia, muszę zasypać dziurę w budżecie z własnych środków. I zrobię to - zapowiada Dariusz Mioduski, prezes i właściciel Legii Warszawa.

Mioduski o zasypaniu dziury w budżecie mówił jeszcze przed pierwszym meczem z Sheriffem Tyraspol. Twierdził przy tym jednak, że jest spokojny o awans. Pewny, że Legia upora się z mistrzem Mołdawi i zagra w Lidze Europy. Nie uporała. Po dwóch remisach (1:1 u siebie, 0:0 na wyjeździe) odpadła w IV rundzie eliminacji i jesienią - po raz pierwszy od pięciu lat! - nie zagra w pucharach.

Sukces, który stał się obowiązkiem


Do 2013 roku stołeczny klub traktował grę w fazie grupowej LE jako sukces. Potem jako obowiązek. Już trzy lata temu Mioduski mówił, że budżet klubu zakłada, iż drużyna będzie zarabiała na siebie w LE. - Zdajemy sobie sprawę, że to duże ryzyko, ale musimy je podjąć, by się rozwijać. Wzmacniamy zespół, wydajemy pieniądze na nowych graczy, koszty rosną, trzeba je czymś pokrywać - tłumaczył wtedy.

Teraz też nie zakładał innego scenariusza niż awans. - Musimy awansować, nie boję się o to. Przejdziemy Sheriffa - mówił przed pierwszym meczem. - A jeśli nie przejdziecie - dopytywaliśmy wtedy. - To będzie trzeba dorzucić pieniądze i jechać dalej. Gwarantuję stabilizację. I nie potrzebuję do tego żadnych inwestorów - usłyszeliśmy.

Dziurę w budżecie Legii widać było już przed dwumeczem z Sheriffem. A wszystko przez brak awansu do play-off eliminacji do Ligi Mistrzów, który gwarantował przynajmniej trzy miliony euro. Brak awansu do fazy grupowej LE sprawił jednak, że rozrosła się ona do niebotycznych rozmiarów. W klubie brakuje kolejnych trzech milionów euro. Czyli brakuje pieniędzy od UEFA, które Legia od kilku lat planuje w swoim budżecie.

Dramatu nie ma, ale pieniędzy też nie


Mioduski w ostatnich miesiącach pieniędzy głównie się pozbywa. Najpierw, by odkupić 40 proc. udziałów od Bogusława Leśnodorskiego i Macieja Wandzla, wyłożył z własnej kieszeni 38 milionów złotych (byłych wspólników mógł spłacić do końca roku, ale postanowił, że zrobi to szybciej). A teraz musi doinwestować klub, co zapowiada, że zrobi z własnych środków.

- Nie mam innego wyjścia. Nie zrezygnuję z projektu ośrodka i akademii w Książenicach oraz boisk treningowych przy ulicy Łazienkowskiej. Kilka innych projektów być może będzie miało niewielkie opóźnienie - mam tu na myśli np. przebudowę sieci informatycznej czy wydatki na skauting - ale ogólnego dramatu nie będzie - podkreślił.

Dramatu może nie będzie, ale pieniędzy w klubie też nie ma. Sezon 2015/16 Legia skończyła z 17 milionami złotych straty. W poprzednich rozgrywkach dostała 100 milionów złotych ekstra za LM. Od kilku miesięcy słyszymy jednak, że z tych pieniędzy nie zostało nic, co można byłoby teraz przeznaczyć na inwestycje czy wzmocnienia zespołu.

Gdzie się podziały te pieniądze? Zostały wydane, w dużej mierze na poprzednie zobowiązania - słyszymy. - Ryzyko, które podjął poprzedni zarząd, było zbyt duże. Gdybyśmy nie awansowali do LM - konsekwencje byłyby jeszcze bardziej opłakane. To wielka szkoda, że mimo gry w poprzednim sezonie w LM, musimy teraz martwić się o przykrycie luki w budżecie i środki na inwestycje - tłumaczy Mioduski.

Piłkarze, którzy są niepotrzebni...


Budżet Legii jest w tej chwili rozdmuchany zbyt szeroką kadrą i wysokimi kontraktami. Szukanie oszczędności w tym wypadku jest trudne, a w zasadzie - jak twierdzi prezes - praktycznie niemożliwe. - Naszym problemem jest zbyt duża liczba zawodników sprowadzonych w ostatnich dwóch latach, którzy dziś są bezproduktywni dla pierwszego zespołu. Wydajemy na nich około ośmiu milionów złotych rocznie, choć nie ma z nich żadnego pożytku dla drużyny - wyjaśnił Mioduski.

I od razu sam wskazał nazwiska zbędnych graczy: - Nie jest tajemnicą ani zaskoczeniem, że Steeven Langil czy Michał Masłowski nie mają przyszłości w Legii. Oni są tego świadomi. Z Langilem już rozwiązaliśmy kontrakt. Z Masłowskim jeszcze nie wiem, co zrobimy. Kilka miesięcy temu rozmawialiśmy o zakończeniu współpracy, ale chciał otrzymać większość pieniędzy z umowy (wygasa w czerwcu 2019 r.), nie dwie czy trzy pensje.

- Dlatego przestaliśmy rozmawiać, ale niewykluczone, że do tych rozmów wrócimy. Pytanie, co z jego ambicjami. Czy będzie chciał otrzymywać pieniądze, ale nie grać, czy jednak ma nadzieję na regularne występy w innym klubie - zastanawiał się prezes nad Masłowskim. Także nad Tomaszem Jodłowcem, który co prawda ostatnio wrócił do składu, ale jeszcze kilkanaście dni temu był na wylocie. W Legii jedynym, nad czym się zastanawiano, to jak rozwiązać z nim kontrakt (Jodłowiec zarabia ok. 100 tys. złotych miesięcznie, jego umowa wygasa w czerwcu przyszłego roku).

... i trener, który akurat potrzebny jest


Podczas niedawnego spotkania z dziennikarzami Mioduski zapewnił, że - choćby nie wiadomo co się wydarzyło, czyli np. zespół nie awansował do fazy grupowej LE - nie ma opcji, żeby zwolnił Jacka Magierę. Wcześniej zasugerował to również na swoim Twitterze, gdzie napisał, że Magiera może czuć się bezpieczny i liczyć na jego wsparcie.

- Zrobiłem to bardziej dla kibiców, niż dla Jacka. On wie, co myślę o nim i jego pracy. Zresztą szykuję dla niego nowy kontrakt. Dostanie ofertę, która zapewni mu spokój - zapowiedział prezes, dodając, że zwolnienie Magiery to byłaby najgorsza rzecz, jaką mógłby teraz zrobić.

Fani w mediach społecznościowych używają hasztagu #MocnoMagiera, dając wyraz poparcia dla zasłużonego trenera. Wydaje się, że Mioduski akcję popiera. I jeśli wywoła w klubie trzęsienie ziemi, to tymi, którzy je najmocniej odczują, będą piłkarze. "Nie ma żadnej wymówki dla tego co się stało. Muszę ochłonąć. Krytyka uzasadniona. Też bardzo to przeżywam, ale wyjdziemy z tego silniejsi" - napisał w czwartek wieczorem na swoim Twitterze.

W piątek rano Legia z Magierą wróci do Polski. Czasu na to, by ochłonąć, za bardzo nie ma, bo w niedzielę do Warszawy przyjeżdża Zagłębie Lubin - lider ekstraklasy, do którego mistrzowie Polski tracą w tej chwili cztery punkty. Początek meczu o 18.