Polak w greckim raju. Były piłkarz został prężnym biznesmenem na Zakinthos

Grecka wyspa Zakinthos przez wielu nazywana jest rajem. Otoczona ciepłymi wodami Morza Jońskiego przyciąga rocznie blisko milion turystów. Właśnie na Zakinthos swoje królestwo stworzył Maciej Nuckowski, właściciel polskiego biura podróży, a w przeszłości solidny ligowy napastnik. Jego życie po życiu piłkarskim przypomina bajkę. Mieszka i zarabia tam, gdzie wielu byłych futbolistów chciałoby wybrać się na wakacje.

„Witam! O 19 Szef ma umówiony wywiad z France Football, o 20 spotyka się z The New York Times. Później spróbujemy znaleźć czas dla pana” – żartobliwa wiadomość, którą otrzymuję w słoneczne popołudnie na Zakinthos wzbudza mój uśmiech. To Zuzanna, jedna z pracownic biura podróży, które na kilku greckich wyspach organizuje krajoznawcze wycieczki. Na Zakinthos mam poznać szefa firmy. Nie byłoby w niej nic szczególnego - podobnych biur na zachód od Peloponezu działa jeszcze kilka - gdyby nie fakt, że właścicielem interesu jest Maciej Nuckowski, były piłkarz, młodzieżowy reprezentant Polski, który w dawnej 1 lidze, czyli Ekstraklasie, zadebiutował jako 16-latek.

Spotykamy się w greckiej tawernie, jaką wielokrotnie mógłby odwiedzać Alexis Zorba, ponad 50 lat temu brawurowo zagrany przez Anthony’ego Quinna. Białe stoliki, błękitne krzesła, dookoła porozkładane bez ładu owoce będące częścią dekoracji. – Alkohol? Nie piję. Aby dostać się do trzeciej ligi greckiej trzeba być abstynentem. Na tym oparłem mój sukces – żartuje w rozmowie ze Sport.pl Nuckowski, gdy uśmiechnięta kelnerka pyta czym chcemy zaspokoić pragnienie.

Czas jednak płynie nieubłaganie. 25 lat temu Nuckowski uznawany był za jeden z największych talentów nad Wisłą. Rozpoczynał pogoń za legendą ojca, który w rodzinnej Bydgoszczy wprowadzał w piłkarski świat Zbigniewa Bońka. Ale kontuzje i pech, a może szczęście, sprawiły, że Nuckowski, w przeszłości zawodnik m.in. Zawiszy, Zagłębia Lubin i Polonii Warszawa, zamiast piłkarską legendą stał się prężnym biznesmenem, który swoją działalność planuje rozszerzać na kolejne greckie wyspy.

Ćytery miód po dwanace

Gdyby w języku greckim, którym włada płynnie, przedstawił się jako Makis Nuckis, uwierzyłbym. Opalony, uśmiechnięty, z zarostem, w modnej różowej koszuli – wygląda raczej jak chłopak z Santorini, niż jak emigrant z oddalonej od Zakinthos o ponad dwa tysiące km Bydgoszczy. Nuckowski jako jeden z nielicznych ludzi Magic Tours, bo tak nazywa się jego biuro, mieszka na wyspie przez cały rok. Towarzyszy mu żona Joanna, serce i mózg firmy, a także córka Marika. Poza nimi jeszcze dwie Polki, przewodniczki, które związały się z miejscowymi. Przy białym winie, o którym przez kilka minut namiętnie dyskutował z obsługą tawerny, Nuckowski opowiada o początkach przygody, które okazały się niemniej brutalne, niż piłkarski świat. Nie chce tego przyznać, ale Zakinthos, jak niemal każda z południowych wysp – Korsyka, Sycylia czy Kreta – kontrolowana jest przez lokalne mafie. – To hermetyczne miejsce. Mi pomogła pani prezes małego klubu w którym grałem. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale zacytuję Jorgosa Karangunisa, mistrza Europy, byłego piłkarza Interu i Benfiki Lizbona. Kiedy w Suwałkach, gdzie pomagałem przy organizacji turnieju, dziennikarz zapytał go o Euro 2004, ze skrzywioną miną odpowiedział: „łatwo nie było” – opowiada Nuckowski.

Dziś na wyspie zna każdego i każdy zna jego oraz pracowników Magic Tours. Tu znajoma winiarnia, tam znajomy producent oliwy, kawałek dalej znajoma tawerna a na potężnym klifie znajomy Grek zwany Robinsonem, który sprzedaje pyszny pomarańczowy miód, zachęcając turystów krzycząc po polsku: „Ale promocja! Lesza niż w Biedronce! Dwa miód po siedem, cy po dzesięć, ćytery miód po dwanace!”. Biuro Nuckowskiego w sezonie obsługuje kilkadziesiąt tysięcy Polaków. – Jesteśmy tu od sześciu lat. Firma daje pracę ponad czterdziestu rodakom, dodatkowo miejscowym Grekom. Szanujemy ich, wiemy, że wciąż jesteśmy tu gośćmi i robimy wszystko, aby żyć z nimi w symbiozie – mówi.

Rywalizacja o względy turystów nie może jednak dziwić, bo Zakinthos to jedna z najpiękniejszych Wysp Jońskich. Ten skrawek lądu, przez pewnych siebie mieszkańców sąsiedniej Kefaloni nazywany „prowincją”, stał się jednym z najczęściej wybieranych przez Polaków wakacyjnych kierunków. W ubiegłym roku turyści z naszego kraju byli drugą - po Anglikach - najliczniejszą urlopową nacją na Zakinthos. Co przyciąga? Może moda; może wyjątkowy urok, tworzony przez miejsca, jak znana na całym świecie Zatoka Wraku czy Błękitne Groty; może olbrzymie zróżnicowanie zaledwie 400 km² wyspy. – To raj na ziemi. Pamiętam do dziś, gdy zadzwonił mój menadżer i poinformował, że ma dla mnie ofertę z APS Zákynthos. To była trzecia liga. I szczerze? Wtedy nie wyobrażałem sobie, że mógłbym zejść tak nisko. Ale agent nalegał, prosił, abym pojechał, poznał ludzi, zobaczył miejsce. Wtedy nie było tu Polaków. Zobaczyłem wyspę i pomyślałem, że może i można tu żyć, ale grać w piłkę? Zabrałem nogi za pas i za chwilę podpisałem umowę z Izraelu – opowiada z rozbawieniem. Zanim Zakinthos uczynił swoim domem, jeszcze tysiące błękitnych fal Morza Jońskiego rozbiło się o falochrony portu Agios Nikolaos.

Kupiona wiosna cudów

Nuckowski pochodzi z Bydgoszczy, ale z pewnością nie jest piłkarskim symbolem tego miasta. Przecież w jednej z dwóch stolic województwa kujawsko-pomorskiego urodził i wychował się Zbigniew Boniek, tam swoje kariery zaczynali Stefan Majewski i Henryk Miłoszewicz. A także Bogdan Nuckowski, jeden z najlepszych piłkarzy w historii Zawiszy, który do seniorskiej piłki wprowadzał młodego Bońka. Nuckowski junior do pewnego momentu szedł drogą ojca, która wiodła nawet dalej, prosto na piłkarskie szczyty – przynajmniej w naszym kraju. Jako 16-letni chłopak zadebiutował w 1 lidze – i nie był to epizod, bo w sezonie 1992/93 pojawił się na murawie aż szesnastokrotnie. Przed wejściem w pełnoletniość miał na koncie 24 ligowe spotkania. I to w czasach przed narodową paranoją, która każe stawiać na młodych tylko dlatego, że są młodzi. Pociąg, którym jechał po złote runo, wyhamował niedługo później. Zawisza spadł na zaplecze ekstraklasy, a Nuckowski wylądował w amatorskim niemieckim BSC Sendling München.

Wrócił jednak do poważnej piłki. Albo jak kto woli - ligowej. Trafił do Zagłębia Lubin, później do Groclinu Dyskoboli Grodzisk Wielkopolski. – Byłem niezłym, dobrze rokującym defensywnym napastnikiem – ironizuje i dodaje: „W pewnym momencie do Polski dotarło prawo Bosmana. Współpracowałem z Jarkiem Kołakowskim, który w 2001 roku pilotował mój transfer z Groclinu do Legii Warszawa. Dragomir Okuka chciał dać za mnie Moussę Yahayę. Ale Drzymała powiedział „nie”. A później zaczęło się pasmo kontuzji, pierwsze było zerwanie więzadeł krzyżowych w meczu z GKS-em Katowice. Za młodu trenowałem u Leszka Jezierskiego. Później organizm mi oddał. Inna sprawa, że byłem też w kiepskiej formie psychofizycznej. Drzymała płacił dobre pieniądze, ale i dużo wymagał. Ja presji nie wytrzymywałem. W końcu zdecydowałem się rozwiązać kontrakt, zrzekając siędwóch ostatnich pensji – wspomina.

Jako zawodnik grodziskiego klubu mimowolnie brał udział w jednym z najbardziej haniebnych przypadków kupienia utrzymania w lidze polskiej. Jesienią 1999 roku piłkarze Groclinu zdobyli w ekstraklasie tylko pięć punktów. Wiosną - już z Nuckowskim w składzie - zaczęli wygrywać, od 1 kwietnia triumfując w dziewięciu kolejnych spotkaniach. W ten oto sposób zapewnili sobie ligowy byt. Pytam więc czy Nuckowski wiedział o tym, że mecze były ustawione. – A jakżeby inaczej. Za te pieniądze kupiłem jacht, haha. A mówiąc szczerze - nie miałem bladego pojęcia – zapewnia, choć bez widocznej wcześniej pewności siebie. – Odpowiedzi na takie pytania nie są poza tym proste. Patrzcie na przypadek Łukasza Piszczka. Dobry facet, ale był w złym miejscu i w złym czasie. My, zawodnicy, utrzymanie odebraliśmy jako sukces – mówi i twierdzi, że choć niektórzy koledzy domyślali się, to pewności nie miał nikt: „W lidze działy się różne rzeczy, ale my naprawdę walczyliśmy o utrzymanie. Jeśli coś było załatwione to z sędziami, ponad naszymi głowami”.

Studia made in Greece

Gdy Nuckowski po raz pierwszy postawił nogę na Zakinthos, nie miał pojęcia, że na wyspie funkcjonuje blisko trzydzieści zespołów piłkarskich. – W Grecji futbol to religia – mówi z pełną powagą. Przekonał się o tym, kiedy kilka miesięcy po wyjeździe do izraelskiego Hapoelu Bnei Lod rozdzwoniły się telefony z kierunkowym +30. – Prezes APS nie dawał mi spokoju. Kilka miesięcy wcześniej trenowałem z nimi dwa dni, ale musiałem zrobić wrażenie, skoro ciągle podbijali ofertę. W końcu porozmawiałem z żoną i wspólne podjęliśmy decyzję, że zaryzykujemy – opisuje. Umowa spisana na białej kartce w ateńskim hotelu okazała się biletem w jedną stronę - i piłkarską, i życiową. – Okazało się, że poziom trzeciej ligi nie był taki słaby. Wielu Polaków nie dawało rady – mówi.

Kiedy pytam, czy otrzymał od Greków należne mu pieniądze, śmieje się: „Przez pięć lat chyba tylko jeden klub zapłacił mi tyle, ile zadeklarował. Tu wielu prezesów obiecuje tak, jak kiedyś Widzew i tak samo płaci. Kilka spraw o należności mam wygranych, ale co z tego? Wolałem sobie wytłumaczyć to tak, że ten czas to zagraniczne studia, inwestycja w przyszłość, w to, aby mieszkać i zarabiać w tym kraju. Trochę kasy przepadło, ale wiele nie straciłem. Zostałem tu, bo nikt, kto nie musi, nie opuszcza Grecji. A ja dodatkowo za darmo zdobyłem doświadczenie, które teraz wykorzystuję w pracy”.

Przeprowadzka do raju okazała się jednak początkiem piłkarskiego końca. Nuckowski kopał jeszcze w kilku greckich klubach, w międzyczasie na chwilę został dyrektorem sportowym w Panachaiki Patras, pomagał też pierwszemu trenerowi jako asystent. – Zadzwonił do mnie Alexios Kougias, grecki prawnik, milioner, dziś właściciel AE Larisy. Grał u niego Arek Malarz. To taki Józef Wojciechowski, ale razy trzy. Facet chciał wyczyścić kiedyś grecki futbol. I mówi: „Maciek, skończ już grać i chodź do mnie. Ale nie chcę twoich nóg. Chcę głowy”. Górka na koncie malała, perspektyw na wielki futbol nie było, więc pomyślałem, że to dla mnie duża szansa – analizuje, popijając lampkę orzeźwiającego verde. Po trzech miesiącach Kougias miał zaproponować Nuckowskiemu posadę głównego trenera. Ale Polak odmówił. Chwilę później wyleciał razem ze szkoleniowcem, któremu pomagał. Postanowił więc wrócić do raju.

„Magic” nie magiczny

Na wyspie bydgoszczanin tworzył od podstaw piłkarską akademię. Wszystko odmienił przyjazd jego brata, Rafał, który na Zakinthos przywiózł chłopców ze swojej poznańskiej szkółki. Start nowego życia - jak to często bywa - zrodził się z przypadku. – Z dziećmi przyjechali rodzice, którym się nudziło. Poprosili o zorganizowanie wycieczki. To zorganizowałem - starym, zdezelowanym autobusem. Byłem pilotem, chociaż nie miałem żadnego kursu czy szkolenia. Ale jakoś poszło – wspomina z dumą. Po tym, jak był piłkarzem, dyrektorem, asystentem trenera (przez chwilę pomagał też Piotrowi Stokowcowi w Polonii), a także menadżerem (sprowadził do Grecji m.in. Stefano Napoleoniego z Widzewa Łódź) zdecydował, że swoją przyszłość zwiąże z branżą turystyczną. Zielone boisko zamienił na zieloną wyspę.

Nuckowski firmę nazwał Zante Magic Tours. Zante – bo tak nazywali Zakinthos obecni tu przez ponad 300 lat Wenecjanie. Magic – bo tak mówili na niego Szkoci, gdy grał w Ross County. – W tamtym czasie w Szkocji było dwóch „Magiców”. Żurawski, który faktycznie był magiczny i Nuckowski - którego imienia nikt nie potrafił wymówić. Więc mówili „Magic” – śmieje się sam z siebie. Jak czytam w kolorowym folderze, Magic Tours oferuje dziś kilka wypraw – po północy i południu Zakinthos, po Kefalonii, Korfu, Olimpie. Biuro zaczyna działać także na rynku ateńskim. Oferta skierowana jest wyłącznie dla Polaków. – Nie zapomnę, jak Niemcy poprosili o anglojęzyczne ulotki wycieczek o których słyszeli na wyspie. Ich miny, kiedy dowiedzieli się, że jeśli chcą posłuchać przewodników, to muszą nauczyć się polskiego, były bezcenne – żartuje i dodaje: „Zawsze dajemy turystom ankiety. I oni oceniają nasze usługi. Miło czytało się opinie jednej pani, która napisała, że jest dumna z Polaków, którzy za granicą robią taką robotę. Bo my postanowiliśmy wyznaczyć tu standardy. Czy mieliśmy szczęście? Szczęście jest wtedy, gdy przygotowanie spotka się z okazją. A więc tak, mieliśmy”.

Kiedy tuż po godz. 23 do Nuckowskiego dzwoni kierowca, mający odwieść mnie do hotelu, mówi: „Za kwadrans musimy się zbierać”, po czym przez kolejne 45 minut opowiada swoją historię. Kierowca oczywiście czeka. Nuckowski żyje jak prawdziwy Grek i mówi wprost: „Ktoś, kto nie jest w stanie zaakceptować tego, jak funkcjonuje ten kraj, nie wytrzyma tu nawet roku. Zwariuje. Nieprzypadkowo ulubionym słowem Greków jest ávrio, czyli jutro. My jednak do greckiego luzu dokładamy polską solidność”. Chętnych na tą mieszankę nie brakuje. Z usług biura Nuckowskiego skorzystali już m.in. Mateusz Borek, Wojciech Kowalewski, Maciej Iwański czy Michał Żewłakow. – Ale największym komplementem jaki usłyszałem były dla mnie słowa Jorgosa Karangunisa, legendy greckiej piłki, który po tym, jak oprowadziłem go po wyspie, powiedział: „Musiałem poznać Polaka, żebym ja, Grek, dowiedział się, jakie cudo mamy od nosem”.

Zobacz wideo
Copyright © Agora SA