Mateusz Borek o komentowaniu z Tomaszem Hajtą: To jest show! Kibice się nie nudzą

- Nie planujemy tego, co powiemy w trakcie meczu. Czasami przed wejściem na żywo proszę tylko Tomka o kilka minut koncentracji. Wtedy czytam mu nazwiska piłkarzy obu drużyn, a on na głos poprawnie je powtarza. Później w praniu różnie z tym bywa i czasami Cibicki jest Sibikiem albo Tsibickim - mówi Mateusz Borek, komentator Polsatu.

Damian Bąbol: Coraz częściej jesteś bohaterem memów.

Mateusz Borek: Luz. Pełen dystans. Dopóki pewne granice nie są przekraczane, nikt złośliwie nie przekręca mojego nazwiska, to zapraszam do zabawy.

Ale internauci większą uwagę poświęcają Tomaszowi Hajcie. On stał się niemal celebrytą.

- Z Tomkiem znamy się już wiele lat. Zawsze się wyróżniał. Lubił dużo mówić. Pamiętam, że usta mu się praktycznie nie zamykały zarówno na boisku, jak i poza nim. Kiedy jeździłem do niego na treningi za czasów gry w Schalke, od razu wiedziałem, że drużyna wychodzi z szatni, bo słychać było donośny głos Tomka. Taki już jest, mówi dużo i zawsze to, co myśli. Jest przy tym naturalny i to jest najważniejsze.

„Trzeba grać z jajem, na gazie”, „Graj piłkę taką, jaką ty byś chciał dostać”, „Dawaj, ustawiaj tę piłkę”, „Pociągnij, weź przytrzymaj, nie holuj”. Tomasz Hajto ma dość niespotykany styl komentowania...

- Ale autentyczny, pełen pasji, merytoryki wynikającej z wieloletniego doświadczenia. To facet, który rozegrał ponad 60 meczów w reprezentacji, grał na mistrzostwach świata, w Lidze Mistrzów, walczył o mistrzostwo w jednej z najsilniejszych lig na świecie. Jego komentarz nie nudzi. Przeciwnie, wzbudza emocje i przykuwa uwagę fanów.

Kibice, którzy od święta oglądają piłkę nożną w telewizji, mogą nie rozumieć tego żargonu.

- Ale przynajmniej dobrze się bawią. Nie zapominajmy, że w tym wszystkim najważniejsze jest show, sprzedawanie emocji. Razem z Tomkiem radzimy sobie z tym całkiem nieźle. W przeciwieństwie do niektórych komentatorów w naszym kraju nie tulimy kibica do snu przed telewizorem, on razem z nami przeżywa emocje. Kiedy nasz zawodnik popełnia proste błędy, które nie powinny mu się przydarzać, to nie owijamy w bawełnę, tylko podobnie jak kibic też się tym denerwujemy. 

Przyzwyczailiście się, że internet żyje waszymi komentarzami długo po meczu?

- Od ostatniego spotkania, które skomentowałem z Tomkiem, minął już ponad tydzień, a wciąż w internecie napotykam na różne materiały, galerie z memami, przeróbki na YouTube z naszym udziałem. O czym to świadczy? Że jesteśmy wyraziści i wzbudzamy emocje. Gorzej, jakby ludzie nie dostrzegali naszej pracy. Finał mistrzostw Europy U-21 skomentowałem z Czesławem Michniewiczem, który jak zwykle był fantastycznie przygotowany. Zasypywał widzów ciekawymi statystykami, spostrzeżeniami i językowym luzem. Mimo to dostałem informacje, że na Facebooku ludzie pozakładali specjalne grupy i domagali się powrotu Tomka Hajty. Do wszystkiego trzeba mieć luz i wierz mi, że Tomek też ma do tego dystans.

Chyba nie do końca...

- Dlaczego?

Bardzo nerwowo zareagował na uszczypliwego tweeta Zbigniewa Bońka, który przypomniał mu nieudany mecz z Portugalią i trzy gole Paulety.

- Wiemy, jaki jest prezes. Lubi robić sobie żarty, ale z żartami jest tak, że najlepsze są na raz. Kiedy się je zbyt często powtarza, to z reakcjami też bywa różnie. Tomek poczuł się nieco dotknięty i trochę mu się nie dziwię. Ciągle wypomina mu się ten mecz, w którym rzeczywiście zagrał słabo, podobnie jak Tomasz Wałdoch i cała reprezentacja. Mało kto wie, że w tym meczu Hajto nie powinien grać. Zgłaszał kontuzję selekcjonerowi Jerzemu Engelowi, ale w pierwszym meczu z Koreą urazu doznał Jacek Bąk i dużego manewru nie było. Ten mecz ciągnie się za Tomkiem już od dawna. Długo był obiektem żartów również w kadrze. Na jednym ze zgrupowań, chyba za czasów selekcjonera Zbigniewa Bońka, do pokoju zapukał kurier z przesyłką, w której była koszulka PSG z nazwiskiem Pauleta. Nadawcą był Jacek Bąk, wówczas zawodnik Lens, który po ligowym meczu zamienił się koszulką z Portugalczykiem. Wtedy to było naprawdę zabawne, świeże i ze smakiem. Po kilkunastu latach wracanie do tamtego nieudanego meczu to już trochę odgrzewane kotlety.

To poniekąd odpowiedź na ostrą krytykę Pawła Dawidowicza, nad którym Hajto wręcz się pastwił przez dobrych kilkanaście minut podczas meczu ze Szwecją.

 - No tak, ale jak Dawidowicz zagrał? Bardzo słabo. Był zagubiony, źle się ustawiał, tracił piłki. To nie jest tak, że zawsze zgadzam się z Tomkiem w ocenach poszczególnych graczy, ale w tym wypadku krytyka była zasłużona. Pewnie dałoby się ją skrócić, zamknąć w kilku krótszych zdaniach, ale Tomek się rozpędził.

„Ten chłopak ma 20 lat i ja jeszcze jego formy nie widziałem”.

- To słowa Tomka, pod którymi się nie do końca podpisuję. Widziałem Pawła w zdecydowanie lepszej dyspozycji. To piłkarz, który ma ogromny potencjał. Nazwałem go polskim Matsem Hummelsem i nie chciałbym się z tych słów wycofywać. Jest teraz w trudnej sytuacji. Benfica Lizbona nie zamierza na niego stawiać. Paweł musi teraz obrać właściwy kierunek. Przed nim jedna z ważniejszych decyzji w karierze.

Hajto: „Tam jest już Sibik”, Borek: „Cibicki. Sibik to w Korei”, Hajto: „Tsibicki, przepraszam”, Borek: „Cibicki...”. Te cytaty pewnie przejdą do historii.

- Niech przechodzą. Nie mamy zamiaru się na to obrażać. Nie planujemy tego, co powiemy w trakcie meczu. Czasami przed wejściem na żywo proszę tylko Tomka o kilka minut koncentracji. Wtedy czytam nazwiska piłkarzy obu drużyn, a on na głos poprawnie je powtarza. W praniu różnie to jednak wychodzi i czasami Cibicki jest Sibikiem albo Tsibickim.

Krytyka wkurza?

- Wymierzona w chamskim, złośliwym, nie popartym żadnymi poważnymi argumentami stylu, sprawia, że też ciśnienie mi się podnosi i czasem potrafię odeprzeć atak w mniej elegancki sposób. Natomiast wierz mi, że do inteligentnego humoru, w którym odgrywam jakąś rolę, też potrafię się uśmiechnąć, coś udostępnić na swoim profilu. Z krytyką już dawno nauczyłem się żyć. Tak naprawdę zmierzałem się z nią od najmłodszych lat. Krytycznie oceniany byłem w szkole muzycznej, później na studiach, wreszcie w dziennikarstwie. Długo nazywali mnie „żelusiem” w błyszczących garniturach. Teraz, kiedy inni dziennikarze nakładają żel na włosy, ja chodzę w krótszych, suchych i niestety coraz bardziej siwych. Zawsze na przekór (śmiech). Tomek też ma grubą skórę. Tyle lat na boisku w poważnej piłce niesamowicie wzmacnia charakter.

Znów wracasz do Ligi Mistrzów.

- Takie koleje losu. Od 2018 r. w telewizji Polsat będzie można oglądać rozgrywki Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy. Szykuje się fajna zabawa zarówno dla mnie, jak i dla kibiców.

Przez ostatnie lata mało było w Polsacie klubowej piłki ma najwyższym poziomie.

- Ale cały czas byłem gdzieś blisko. Jeśli nie komentowałem albo telewizja nie wysyłała mnie na mecze, to sam kupowałem bilety i leciałem na finał Ligi Mistrzów. Wychodzę z założenia, że zarabiam też po to, żeby w siebie inwestować. 

Tracicie za to reprezentację Polski. Kadra powoli wraca do TVP. Lubisz oglądać mecze z komentarzem Dariusza Szpakowskiego?

- Darek to legenda i należy mu się szacunek. Nasze style się różnią, ale ocenę zostawmy widzom. Kiedyś się mocno poróżniliśmy, emocje wzięły górę, ale przeprosiłem. Tak zostałem wychowany. Liczę, że Darek skomentuje wspaniały mundial z udziałem naszej kadry. Ja też się tam wybieram, ale w nieco innej roli.

Niektórzy kibice doszukują się „klątwy Szpakowskiego”. Kiedy komentuje ważne turnieje z naszym udziałem, to najczęściej emocje kończą się na fazie grupowej.

- Bzdura. Mamy fajną, solidną reprezentację z mądrym trenerem. Nie doszukiwałbym się w naszej roli jakichś niepotrzebnych ideologii. Dla kibica i tak najważniejsze jest widowisko sportowe, a my tylko pomagamy przeżywać jak największe emocje.

Prawa do transmisji Ligi Mistrzów i Ligi Europy to początek ekspansji Polsatu na pozyskanie kolejnych rozgrywek?

- O to musisz pytać Mariana Kmitę i Zygmunta Solorza.

Ale ty też coś pewnie wiesz?

- Jak to mówił naczelnik Mieczysław Klonisz w filmie „Kiler”: „Wiem, ale nie powiem” (śmiech).

Zobacz wideo
Więcej o: