Mateusz Borek: Luz. Pełen dystans. Dopóki pewne granice nie są przekraczane, nikt złośliwie nie przekręca mojego nazwiska, to zapraszam do zabawy.
- Z Tomkiem znamy się już wiele lat. Zawsze się wyróżniał. Lubił dużo mówić. Pamiętam, że usta mu się praktycznie nie zamykały zarówno na boisku, jak i poza nim. Kiedy jeździłem do niego na treningi za czasów gry w Schalke, od razu wiedziałem, że drużyna wychodzi z szatni, bo słychać było donośny głos Tomka. Taki już jest, mówi dużo i zawsze to, co myśli. Jest przy tym naturalny i to jest najważniejsze.
- Ale autentyczny, pełen pasji, merytoryki wynikającej z wieloletniego doświadczenia. To facet, który rozegrał ponad 60 meczów w reprezentacji, grał na mistrzostwach świata, w Lidze Mistrzów, walczył o mistrzostwo w jednej z najsilniejszych lig na świecie. Jego komentarz nie nudzi. Przeciwnie, wzbudza emocje i przykuwa uwagę fanów.
- Ale przynajmniej dobrze się bawią. Nie zapominajmy, że w tym wszystkim najważniejsze jest show, sprzedawanie emocji. Razem z Tomkiem radzimy sobie z tym całkiem nieźle. W przeciwieństwie do niektórych komentatorów w naszym kraju nie tulimy kibica do snu przed telewizorem, on razem z nami przeżywa emocje. Kiedy nasz zawodnik popełnia proste błędy, które nie powinny mu się przydarzać, to nie owijamy w bawełnę, tylko podobnie jak kibic też się tym denerwujemy.
- Od ostatniego spotkania, które skomentowałem z Tomkiem, minął już ponad tydzień, a wciąż w internecie napotykam na różne materiały, galerie z memami, przeróbki na YouTube z naszym udziałem. O czym to świadczy? Że jesteśmy wyraziści i wzbudzamy emocje. Gorzej, jakby ludzie nie dostrzegali naszej pracy. Finał mistrzostw Europy U-21 skomentowałem z Czesławem Michniewiczem, który jak zwykle był fantastycznie przygotowany. Zasypywał widzów ciekawymi statystykami, spostrzeżeniami i językowym luzem. Mimo to dostałem informacje, że na Facebooku ludzie pozakładali specjalne grupy i domagali się powrotu Tomka Hajty. Do wszystkiego trzeba mieć luz i wierz mi, że Tomek też ma do tego dystans.
- Dlaczego?
- Wiemy, jaki jest prezes. Lubi robić sobie żarty, ale z żartami jest tak, że najlepsze są na raz. Kiedy się je zbyt często powtarza, to z reakcjami też bywa różnie. Tomek poczuł się nieco dotknięty i trochę mu się nie dziwię. Ciągle wypomina mu się ten mecz, w którym rzeczywiście zagrał słabo, podobnie jak Tomasz Wałdoch i cała reprezentacja. Mało kto wie, że w tym meczu Hajto nie powinien grać. Zgłaszał kontuzję selekcjonerowi Jerzemu Engelowi, ale w pierwszym meczu z Koreą urazu doznał Jacek Bąk i dużego manewru nie było. Ten mecz ciągnie się za Tomkiem już od dawna. Długo był obiektem żartów również w kadrze. Na jednym ze zgrupowań, chyba za czasów selekcjonera Zbigniewa Bońka, do pokoju zapukał kurier z przesyłką, w której była koszulka PSG z nazwiskiem Pauleta. Nadawcą był Jacek Bąk, wówczas zawodnik Lens, który po ligowym meczu zamienił się koszulką z Portugalczykiem. Wtedy to było naprawdę zabawne, świeże i ze smakiem. Po kilkunastu latach wracanie do tamtego nieudanego meczu to już trochę odgrzewane kotlety.
- No tak, ale jak Dawidowicz zagrał? Bardzo słabo. Był zagubiony, źle się ustawiał, tracił piłki. To nie jest tak, że zawsze zgadzam się z Tomkiem w ocenach poszczególnych graczy, ale w tym wypadku krytyka była zasłużona. Pewnie dałoby się ją skrócić, zamknąć w kilku krótszych zdaniach, ale Tomek się rozpędził.
- To słowa Tomka, pod którymi się nie do końca podpisuję. Widziałem Pawła w zdecydowanie lepszej dyspozycji. To piłkarz, który ma ogromny potencjał. Nazwałem go polskim Matsem Hummelsem i nie chciałbym się z tych słów wycofywać. Jest teraz w trudnej sytuacji. Benfica Lizbona nie zamierza na niego stawiać. Paweł musi teraz obrać właściwy kierunek. Przed nim jedna z ważniejszych decyzji w karierze.
- Niech przechodzą. Nie mamy zamiaru się na to obrażać. Nie planujemy tego, co powiemy w trakcie meczu. Czasami przed wejściem na żywo proszę tylko Tomka o kilka minut koncentracji. Wtedy czytam nazwiska piłkarzy obu drużyn, a on na głos poprawnie je powtarza. W praniu różnie to jednak wychodzi i czasami Cibicki jest Sibikiem albo Tsibickim.
- Wymierzona w chamskim, złośliwym, nie popartym żadnymi poważnymi argumentami stylu, sprawia, że też ciśnienie mi się podnosi i czasem potrafię odeprzeć atak w mniej elegancki sposób. Natomiast wierz mi, że do inteligentnego humoru, w którym odgrywam jakąś rolę, też potrafię się uśmiechnąć, coś udostępnić na swoim profilu. Z krytyką już dawno nauczyłem się żyć. Tak naprawdę zmierzałem się z nią od najmłodszych lat. Krytycznie oceniany byłem w szkole muzycznej, później na studiach, wreszcie w dziennikarstwie. Długo nazywali mnie „żelusiem” w błyszczących garniturach. Teraz, kiedy inni dziennikarze nakładają żel na włosy, ja chodzę w krótszych, suchych i niestety coraz bardziej siwych. Zawsze na przekór (śmiech). Tomek też ma grubą skórę. Tyle lat na boisku w poważnej piłce niesamowicie wzmacnia charakter.
- Takie koleje losu. Od 2018 r. w telewizji Polsat będzie można oglądać rozgrywki Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy. Szykuje się fajna zabawa zarówno dla mnie, jak i dla kibiców.
- Ale cały czas byłem gdzieś blisko. Jeśli nie komentowałem albo telewizja nie wysyłała mnie na mecze, to sam kupowałem bilety i leciałem na finał Ligi Mistrzów. Wychodzę z założenia, że zarabiam też po to, żeby w siebie inwestować.
- Darek to legenda i należy mu się szacunek. Nasze style się różnią, ale ocenę zostawmy widzom. Kiedyś się mocno poróżniliśmy, emocje wzięły górę, ale przeprosiłem. Tak zostałem wychowany. Liczę, że Darek skomentuje wspaniały mundial z udziałem naszej kadry. Ja też się tam wybieram, ale w nieco innej roli.
- Bzdura. Mamy fajną, solidną reprezentację z mądrym trenerem. Nie doszukiwałbym się w naszej roli jakichś niepotrzebnych ideologii. Dla kibica i tak najważniejsze jest widowisko sportowe, a my tylko pomagamy przeżywać jak największe emocje.
- O to musisz pytać Mariana Kmitę i Zygmunta Solorza.
- Jak to mówił naczelnik Mieczysław Klonisz w filmie „Kiler”: „Wiem, ale nie powiem” (śmiech).