Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

MME. Polska - Słowacja 1-2. Lekcja organizacji

W swoim inauguracyjnym meczu na MME Polacy przegrali ze Słowacją 1-2. Znacznie jednak bardziej od porażki martwi styl, w jakim została ona poniesiona. A właściwie jego brak.

Mocny początek

Cechą charakterystyczną dla polskiej myśli szkoleniowej staje się bardzo mocne i agresywne wejście w mecz, połączone z wyższym pressingiem i atakowaniem większą liczbą graczy. W tym meczu przyniosło to szybki efekt. O ile jednak kadrze Nawałki, nawet w przypadku zdobycia prowadzenia, udaje się utrzymać to tempo przez kilkadziesiąt minut, tak w tym spotkaniu entuzjazm podopiecznych trenera Dorny szybko opadł. Nieco pomogli w tym też Słowacy, którzy zamiast dawać Polakom wiele okazji do pressingu i kontr, zdecydowali się nieco uspokoić mecz i, mimo wyniku, oddać rywalom nieco bardziej inicjatywę, zmuszając do ataku pozycyjnego. Wtedy też zaczęły być widoczne pierwsze niedostatki w grze biało-czerwonych.

Słowacja dociera na mecz

Goście dość szybko przeorganizowali nieco swoją grę defensywną, przesuwając profilaktycznie nieco głębiej linię pomocy. Napastnik i sytuacyjnie jeden z pomocników starali się przeszkadzać rywalom w rozpoczęciu akcji, z kolei reszta zawodników ustawiała się na własnej połowie, blokując opcję podania i zapewniając przewagę na wypadek długich piłek. Dodatkowo Słowacy włączyli ostrzejszy pressing, umiejętnie osaczając rywali. Wymuszali zagrania do boku, po czym zamykali odbiorcę podania albo na skrzydle, albo w półprzestrzeni. O tym, jak ciężko Polakom było skonstruować cokolwiek środkiem, niech świadczy fakt, że tylko 12 akcji udało się przeprowadzić tamtędy.

Dziury w środku

Brało się to z dużych problemów w organizowaniu ataku pozycyjnego. Na tle Słowaków wyglądaliśmy w tym elemencie gry na zespół gorszy o dwie klasy. Ruchy naszych zawodników często były chaotyczne i rzadko robiły miejsce. Gdy jeden z pomocników podchodził bliżej obrony, by wyprowadzić atak krótszą piłką, przeciwnicy szybciej przesuwali swoje linie, niż partnerzy wychodzili do rozegrania, przez co rywale łatwo blokowali nieliczne opcje rozegrania. Wszystko to przeplatało się z dużym chaosem w ustawianiu się naszych zawodników, co najlepiej było widoczne przy straconych bramkach. Przy pierwszej luka w półprzestrzeni była kosmiczna i łatwo dał się w nią wciągnąć Dawidowicz, tworząc z kolei krater w centrum pola, co wykorzystał Mihalik. Przy drugiej z kolei z nieznanych powodów defensywa dążyła do wybicia piłki z linii bramkowej, zamiast w ogóle nie dopuszczać do strzału.

Momenty były

Choć generalnie Polacy zagrali słabo, kilka elementów w ich grze mogło się podobać. Dobrej formy nie stracił Frankowski, który często napędzał ataki Polaków, będąc też przy tym bardzo aktywnym w defensywie (8 prób odbioru, najwięcej na boisku). Dobrze dopracowana jest też gra bezpośrednia. Nasi reprezentanci mieli stosunkowo dobrą celność długich piłek (70%), w czym brylowali Jach i Wrąbel. W starciach w powietrzu dobrze radził sobie Stępiński, wygrywając 56% pojedynków. Problemy zaczynały się jednak już w momencie, kiedy piłka była dostarczona na połowę rywala. Wyjście na pozycję szwankowało, piłkarze byli zbyt daleko od siebie. Przez to nawet, gdy długie zgranie się powiodło, napastnik nie miał co z nim zrobić. I przez to Stępiński zagrał celnie tylko 59% podań.

Co dalej?

Paradoksalnie w kolejnych starciach Polacy mogą mieć nieco łatwiej, bo w nich będą już stroną zdecydowanie bardziej nastawioną na kontry. W takich okolicznościach gra precyzyjnymi długimi piłkami może przynieść więcej korzyści. Problem w tym, że na ten moment wydawało się to jedynym, co funkcjonowało i jeśli rywalom uda się strzelić bramkę i zmusić nas do ataku pozycyjnego, nie będzie zbyt różowo. W kadrze jednak na pewno jest większy potencjał niż to, co zaprezentowano ze Słowacją. Nie tylko pod względem personalnym, ale i organizacji gry, co ta drużyna już pokazywała. Trener Dorna ma jednak tylko trzy dni, by przypomnieć piłkarzom, jak się konstruowało ataki.