W Nicei miłość od pierwszego wejrzenia zdarza się z regularnością fal rozbijających się o mury portu Lympia. I choć nie brakuje tu pięknych kobiet, to jako pierwsze uwodzi miasto. Kuszą wąskie uliczki i wszechobecne palmy, wabi gwar wieczornej Francji. W Nicei zakochał się kiedyś Sławomir Mrożek, wybitny prozaik, który tam właśnie spędził swoje ostatnie lata i tam zmarł. Jeszcze niedawno nadmorski kurort kojarzył się dwojako. Albo dobrze, wszakże wakacje tam to rarytas, albo dramatycznie – z ubiegłorocznym zamachem terrorystycznym, gdy szaleniec w ciężarówce zamordował blisko sto osób.
Półmilionowe miasto nabrało jednak nowych odcieni. Niespodziewanie dołączyło do ośrodków których przedstawiciele bili się zaciekle o futbolowe panowanie nad Sekwaną. Symbolem szaleństwa klubu jest równie nieobliczany na boisku, co poza nim, Mario Balotelli. W tym szaleństwie znalazła się jednak metoda. Na finiszu OGC pokonało 3:1 milionerów z Paryża, a na mecie – zajęło w lidze trzecie miejsce, premiowane grą w eliminacjach Ligi Mistrzów. W klubie wciąż marzą, aby niedługo powalczyć z sąsiadem z Monako nawet o mistrzostwo. Nierealne? A kto rok temu uwierzyłby, że piłkarze Luciane Favre przez wiele tygodni będą liderami Ligue1; że zostawią w tyle Olympique Marsylia i Lyon? Na Lazurowym Wybrzeżu – jak słyszę kilkukrotnie – niemożliwe nie istnieje.
Odwiedziliśmy klub, który przez miesiące budził podziw u największych; klub, który rzucił wyzwanie wartemu setki milionów euro paryskiemu projektowi katarskich szejków. I klub, który do końca walczył o championnat de France, piłkarskie mistrzostwo Francji.
Odnalezienie się w centrum treningowym Nicei to niełatwa sztuka. Wokół piłkarki żeńskiej sekcji mieszają się z ich kolegami z różnych grup wiekowych i wszechobecnymi tam robotnikami w białych kaskach. Bo ośrodek OGC to dziś wielki plac budowy. Klub ma do dyspozycji zaledwie dwa boiska treningowe, które już latem przyszłego roku zostaną zastąpione pachnącym nowością kompleksem, nieustępującym tym w Marsylii i Lyonie.
Baza trzeciego klubu Ligue1 nie rzuca na kolana. Podobną może pochwalić się wiele polskich klubów. Poza boiskami – niewielki budynek, składający się z kilku pomieszczeń, na nim szara elewacja, gdzieniegdzie wiszą emblematy z logiem OGC. Idąc do pokoju trenera, najpierw należy przejść przez dwa inne pokoiki, gdzie urzędują pracownicy biurowi. – Przez wiele lat mieliśmy kłopoty z bazą, ale już niedługo wszystko będzie na najwyższym poziomie. Jeżeli nic się nie opóźni, budowa zostanie ukończona w sierpniu 2018 roku – zapewnia Sport.pl Nicolas Bernard z biura prasowego, który oprowadza nas po centrum treningowym, i dodaje: „Wszystko zmieniło się, gdy w 2011 roku pojawił się nowy prezydent, Jean-Pierre Rivère. Pod jego rządami OGC przeszło transformację”.
Rivère ma wygląd typowego Francuza. Wysoki, z bujną siwizną, ubrany prosto, ale z dużym smakiem. Podczas treningu stoi przy linii bocznej boiska, rozmawiając z kilkoma pracownikami klubu. Później wita się z każdym schodzącym do szatni piłkarzem. Gdy dowiaduje się, że przyjechaliśmy, aby spotkać się z Lucienem Favre, przekłada ich spotkanie o pół godziny, abyśmy mieli więcej czas na rozmowę. Prezydent traktowany jest tu niemal z nabożeństwem. A jednak on sam przypomina raczej uśmiechniętego kolegę, który osiągnął sukces, aniżeli surowego bossa. Uśmiech – to w ogóle coś, co nie znika z twarzy ludzi Nicei. Pozytywną energią zaraża także trener Favre, który z każdym z kibiców, czekających na swoich bohaterów z kartkami i aparatami, zamienia kilka zdań.
Jeżeli jakiś okres w historii klubu wspominany jest z sentymentem, to z pewnością są to złote dla Nicei lata 50. To właśnie wtedy Les Aiglons czterokrotnie byli najlepsi w lidze, wkładając do szafy z trofeami także dwa Puchary Francji. Ostatnio jednak takie sukcesy fani mogli oglądać wyłącznie w zakurzonych kronikach. Nie tak dawno, bo sześć lat temu, Nicea zajmowała w Ligue1 17 miejsce, a w czerwono-czarnej koszulce szalał Danijel Ljuboja. Później bywało różnie. Zazwyczaj – przeciętnie. W sezonie 2013/14 klub znów ledwo się utrzymał, rok później swoje miejsce odnalazł w środku stawki, ale już kilkanaście miesięcy temu – cieszył się z czwartego miejsca i awansu do Ligi Europy. Dopiero jednak przyjście Favre pozwoliło OGC, czyli Klubowi Gimnastycznemu, wejść na wyższy, nieosiągalny od dekad poziom.
Favre w pamięci polskich kibiców powinien mieć miejsce szczególne, bo to właśnie on w 2007 roku wymyślił, że polski napastnik z Goczałkowic, powracający do Berlina z wypożyczenia do Zagłębia Lubin, zostanie prawym obrońcą. – Favre to trener, któremu przez tą jedną decyzję zawdzięczam najwięcej w życiu – mówił niedawno w „Wywiadówce Staszewskiego” Łukasz Piszczek. Bo to właśnie z niego Szwajcar uczynił mimowolnie defensora stołecznej Herthy. Teraz 59-latek skutecznie rządzi w Nicei.
Trener gościł nas w swoim gabinecie. Okno wychodzi na boisko treningowe, po lewej stronie wisi olbrzymia biała tablica z magnesami, które mają swoje numerki. To tu Szwajcar analizuje zawiłości taktyczne. Na biurku leży supernowoczesny laptop, który otrzymał od zarządu ligi, w prezencie za nominację do grona najlepszych trenerów zakończonego już sezonu. – Zobacz jaki cieniutki! – ekscytuje się, chwilę później dopytując o polskich piłkarzy. – Rybus odejdzie z Lyonu? Myślisz, że Glik zostanie w Monaco? A co z tym Stępińskim? Podobał mi się – rzuca nazwiskami. Pamięć ma świetną. Wraca na przykład do czasów, gdy odwiedzał Polskę. Jako zawodnik – w 1982 roku, gdy Śląsk Wrocław mierzył się z Servette Genewa w II rundzie Pucharu UEFA i ponad dwadzieścia lat później, już jako szkoleniowiec. Wówczas jego FC Zürich wyeliminował Legię Warszawa z Pucharu UEFA. Również w II rundzie. – Z pierwszego meczu pamiętam przede wszystkim wszechobecne symbole „Solidarności” i godzinę policyjną. Z tego drugiego – trudną przeprawę w Warszawie. Tak się składa, że do Polaków zawsze miałem szczęście – puszcza oko. Wywiad z Favre będzie można przeczytać już w poniedziałek w rozmowie Sebastiana Staszewskiego z cyklu „Wywiadówka Staszewskiego”.
Polskich wątków piłkarskich w Nicei próżno szukać. Tu pierwsze poważne szlify zbierał niedoszły reprezentant Polski, dziś piłkarz Borussii Mönchengladbach, Timothée Kolodziejczak. I to właściwie jedyny poważny akcent z bielą i czerwienią w tle. Nad Morzem Śródziemnym grali co prawda z powodzeniem Piotr Świerczewski, czy Jacek Ziober, ale w Nicei krótki i nieudany epizod zaliczył tylko jeden rodak – Andrzej Kubica. W sezonie 1996/97 zdobył nawet Puchar Francji, ale dwie bramki strzelone w 13 meczach nie wystarczyły, aby napastnik z Będzina zadomowił się we Francji. Dodać można jeszcze Niceę jako miejsce pierwszej polskiej wygranej na mistrzostwach Europy – to właśnie na Allianz Rivierze podopieczni Adama Nawałki pokonali w czerwcu 1:0 Irlandię Północną.
W rozmowie z Favre zauważam, że we wszystkich czołowych francuskich klubach: Monaco, PSG, Olympique Lyon i Girondins Bordeaux, grają Polacy. Tylko nie w Nicei. Szkoleniowiec, który w przeszłości pracował z Piszczkiem, ale także Arturem Wichniarkiem, odpowiada z poważną miną: „U nas wszystkie miejsca na razie są zajęte, ale będę pamiętał o twojej sugestii. Bardzo cenię i szanuje polskich piłkarzy. Chociaż mam do nich pewien żal. Bo to przecież oni odprawili Szwajcarię z Euro 2016!”.
Zamiast Polaków, Favre w składzie ma kilku poważnych piłkarzy. Byłego kolegę Roberta Lewandowskiego z Bayernu Monachium Dantego, wypożyczonego z Dynama Kijów reprezentanta Maroka Younèsa Belhanda i największą gwiazdę OGC – Mario Balotellego. Włoch, który przez lata częściej niż na murawie, szokował poza nią, u Szwajcara znalazł swoją przystań. Tylko w tym sezonie chłopak z Palermo do siatki trafił piętnastokrotnie, co jest jego rekordem (do tej pory Super Mario najlepiej spisywał się w sez. 2013/14, w którym strzelił dla AC Milan 14 goli). – Nie powiem, że praca z Mario należy do szczególnie trudnych. Trzeba z nim dużo rozmawiać, poświęcać mu czas i uwagę, ale to szalenie inteligentny facet, który wszystko łapie w mig – zapewnia Sport.pl Favre.
Już niedługo w Nicei może nie być jednak ani tego pierwszego, ani drugiego. Umowa Balotellego z klubem wygasa z końcem czerwca, a po piłkarza ustawiła się już kolejka chętnych. Do Favre odezwali się natomiast działacze Borussii Dortmund, którzy chcieliby, aby szkoleniowiec zastąpił w BVB Thomasa Tuchela. Niezależnie od tego, czy dwie największe osobowości opuszczą Allianz Rivierę i tak zapisały się już w historii klubu, skutecznie rzucając wyzwanie większym i bogatszym. A może obaj zostaną, aby zrobić skok na Ligę Mistrzów? Przecież jak mawiają w Nicei: „Tu wszystko może się zdarzyć”?