Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Cuda nicejskie, czyli architekt opanował szalonego Mario. Sport.pl odwiedził klub, który rzucił wyzwanie potęgom

Piękne plaże i piękne kobiety, najlepsze dyskoteki i najszybsze samochody. Kto mógłby przypuszczać, że właśnie na Lazurowym Wybrzeżu swoją nową drogę odnajdzie szalony Mario Balotelli, który razem ze szwajcarskim architektem, Luciane Favre, wprowadził OGC Nice na salony. Sport.pl odwiedził klub, który rzucił wyzwanie francuskim potęgom.

W Nicei miłość od pierwszego wejrzenia zdarza się z regularnością fal rozbijających się o mury portu Lympia. I choć nie brakuje tu pięknych kobiet, to jako pierwsze uwodzi miasto. Kuszą wąskie uliczki i wszechobecne palmy, wabi gwar wieczornej Francji. W Nicei zakochał się kiedyś Sławomir Mrożek, wybitny prozaik, który tam właśnie spędził swoje ostatnie lata i tam zmarł. Jeszcze niedawno nadmorski kurort kojarzył się dwojako. Albo dobrze, wszakże wakacje tam to rarytas, albo dramatycznie – z ubiegłorocznym zamachem terrorystycznym, gdy szaleniec w ciężarówce zamordował blisko sto osób.

Półmilionowe miasto nabrało jednak nowych odcieni. Niespodziewanie dołączyło do ośrodków których przedstawiciele bili się zaciekle o futbolowe panowanie nad Sekwaną. Symbolem szaleństwa klubu jest równie nieobliczany na boisku, co poza nim, Mario Balotelli. W tym szaleństwie znalazła się jednak metoda. Na finiszu OGC pokonało 3:1 milionerów z Paryża, a na mecie – zajęło w lidze trzecie miejsce, premiowane grą w eliminacjach Ligi Mistrzów. W klubie wciąż marzą, aby niedługo powalczyć z sąsiadem z Monako nawet o mistrzostwo. Nierealne? A kto rok temu uwierzyłby, że piłkarze Luciane Favre przez wiele tygodni będą liderami Ligue1; że zostawią w tyle Olympique Marsylia i Lyon? Na Lazurowym Wybrzeżu – jak słyszę kilkukrotnie – niemożliwe nie istnieje.

Odwiedziliśmy klub, który przez miesiące budził podziw u największych; klub, który rzucił wyzwanie wartemu setki milionów euro paryskiemu projektowi katarskich szejków. I klub, który do końca walczył o championnat de France, piłkarskie mistrzostwo Francji.

W Nicei idzie nowe

Odnalezienie się w centrum treningowym Nicei to niełatwa sztuka. Wokół piłkarki żeńskiej sekcji mieszają się z ich kolegami z różnych grup wiekowych i wszechobecnymi tam robotnikami w białych kaskach. Bo ośrodek OGC to dziś wielki plac budowy. Klub ma do dyspozycji zaledwie dwa boiska treningowe, które już latem przyszłego roku zostaną zastąpione pachnącym nowością kompleksem, nieustępującym tym w Marsylii i Lyonie.

Baza trzeciego klubu Ligue1 nie rzuca na kolana. Podobną może pochwalić się wiele polskich klubów. Poza boiskami – niewielki budynek, składający się z kilku pomieszczeń, na nim szara elewacja, gdzieniegdzie wiszą emblematy z logiem OGC. Idąc do pokoju trenera, najpierw należy przejść przez dwa inne pokoiki, gdzie urzędują pracownicy biurowi. – Przez wiele lat mieliśmy kłopoty z bazą, ale już niedługo wszystko będzie na najwyższym poziomie. Jeżeli nic się nie opóźni, budowa zostanie ukończona w sierpniu 2018 roku – zapewnia Sport.pl Nicolas Bernard z biura prasowego, który oprowadza nas po centrum treningowym, i dodaje: „Wszystko zmieniło się, gdy w 2011 roku pojawił się nowy prezydent, Jean-Pierre Rivère. Pod jego rządami OGC przeszło transformację”.

Rivère ma wygląd typowego Francuza. Wysoki, z bujną siwizną, ubrany prosto, ale z dużym smakiem. Podczas treningu stoi przy linii bocznej boiska, rozmawiając z kilkoma pracownikami klubu. Później wita się z każdym schodzącym do szatni piłkarzem. Gdy dowiaduje się, że przyjechaliśmy, aby spotkać się z Lucienem Favre, przekłada ich spotkanie o pół godziny, abyśmy mieli więcej czas na rozmowę. Prezydent traktowany jest tu niemal z nabożeństwem. A jednak on sam przypomina raczej uśmiechniętego kolegę, który osiągnął sukces, aniżeli surowego bossa. Uśmiech – to w ogóle coś, co nie znika z twarzy ludzi Nicei. Pozytywną energią zaraża także trener Favre, który z każdym z kibiców, czekających na swoich bohaterów z kartkami i aparatami, zamienia kilka zdań.

Favre, co Polaków ogrywał

Jeżeli jakiś okres w historii klubu wspominany jest z sentymentem, to z pewnością są to złote dla Nicei lata 50. To właśnie wtedy Les Aiglons czterokrotnie byli najlepsi w lidze, wkładając do szafy z trofeami także dwa Puchary Francji. Ostatnio jednak takie sukcesy fani mogli oglądać wyłącznie w zakurzonych kronikach. Nie tak dawno, bo sześć lat temu, Nicea zajmowała w Ligue1 17 miejsce, a w czerwono-czarnej koszulce szalał Danijel Ljuboja. Później bywało różnie. Zazwyczaj – przeciętnie. W sezonie 2013/14 klub znów ledwo się utrzymał, rok później swoje miejsce odnalazł w środku stawki, ale już kilkanaście miesięcy temu – cieszył się z czwartego miejsca i awansu do Ligi Europy. Dopiero jednak przyjście Favre pozwoliło OGC, czyli Klubowi Gimnastycznemu, wejść na wyższy, nieosiągalny od dekad poziom.

Favre w pamięci polskich kibiców powinien mieć miejsce szczególne, bo to właśnie on w 2007 roku wymyślił, że polski napastnik z Goczałkowic, powracający do Berlina z wypożyczenia do Zagłębia Lubin, zostanie prawym obrońcą. – Favre to trener, któremu przez tą jedną decyzję zawdzięczam najwięcej w życiu – mówił niedawno w „Wywiadówce Staszewskiego” Łukasz Piszczek. Bo to właśnie z niego Szwajcar uczynił mimowolnie defensora stołecznej Herthy. Teraz 59-latek skutecznie rządzi w Nicei.

Trener gościł nas w swoim gabinecie. Okno wychodzi na boisko treningowe, po lewej stronie wisi olbrzymia biała tablica z magnesami, które mają swoje numerki. To tu Szwajcar analizuje zawiłości taktyczne. Na biurku leży supernowoczesny laptop, który otrzymał od zarządu ligi, w prezencie za nominację do grona najlepszych trenerów zakończonego już sezonu. – Zobacz jaki cieniutki! – ekscytuje się, chwilę później dopytując o polskich piłkarzy. – Rybus odejdzie z Lyonu? Myślisz, że Glik zostanie w Monaco? A co z tym Stępińskim? Podobał mi się – rzuca nazwiskami. Pamięć ma świetną. Wraca na przykład do czasów, gdy odwiedzał Polskę. Jako zawodnik – w 1982 roku, gdy Śląsk Wrocław mierzył się z Servette Genewa w II rundzie Pucharu UEFA i ponad dwadzieścia lat później, już jako szkoleniowiec. Wówczas jego FC Zürich wyeliminował Legię Warszawa z Pucharu UEFA. Również w II rundzie. – Z pierwszego meczu pamiętam przede wszystkim wszechobecne symbole „Solidarności” i godzinę policyjną. Z tego drugiego – trudną przeprawę w Warszawie. Tak się składa, że do Polaków zawsze miałem szczęście – puszcza oko. Wywiad z Favre będzie można przeczytać już w poniedziałek w rozmowie Sebastiana Staszewskiego z cyklu „Wywiadówka Staszewskiego”.

Super Grzeczny Mario

Polskich wątków piłkarskich w Nicei próżno szukać. Tu pierwsze poważne szlify zbierał niedoszły reprezentant Polski, dziś piłkarz Borussii Mönchengladbach, Timothée Kolodziejczak. I to właściwie jedyny poważny akcent z bielą i czerwienią w tle. Nad Morzem Śródziemnym grali co prawda z powodzeniem Piotr Świerczewski, czy Jacek Ziober, ale w Nicei krótki i nieudany epizod zaliczył tylko jeden rodak – Andrzej Kubica. W sezonie 1996/97 zdobył nawet Puchar Francji, ale dwie bramki strzelone w 13 meczach nie wystarczyły, aby napastnik z Będzina zadomowił się we Francji. Dodać można jeszcze Niceę jako miejsce pierwszej polskiej wygranej na mistrzostwach Europy – to właśnie na Allianz Rivierze podopieczni Adama Nawałki pokonali w czerwcu 1:0 Irlandię Północną.

W rozmowie z Favre zauważam, że we wszystkich czołowych francuskich klubach: Monaco, PSG, Olympique Lyon i Girondins Bordeaux, grają Polacy. Tylko nie w Nicei. Szkoleniowiec, który w przeszłości pracował z Piszczkiem, ale także Arturem Wichniarkiem, odpowiada z poważną miną: „U nas wszystkie miejsca na razie są zajęte, ale będę pamiętał o twojej sugestii. Bardzo cenię i szanuje polskich piłkarzy. Chociaż mam do nich pewien żal. Bo to przecież oni odprawili Szwajcarię z Euro 2016!”.

Zamiast Polaków, Favre w składzie ma kilku poważnych piłkarzy. Byłego kolegę Roberta Lewandowskiego z Bayernu Monachium Dantego, wypożyczonego z Dynama Kijów reprezentanta Maroka Younèsa Belhanda i największą gwiazdę OGC – Mario Balotellego. Włoch, który przez lata częściej niż na murawie, szokował poza nią, u Szwajcara znalazł swoją przystań. Tylko w tym sezonie chłopak z Palermo do siatki trafił piętnastokrotnie, co jest jego rekordem (do tej pory Super Mario najlepiej spisywał się w sez. 2013/14, w którym strzelił dla AC Milan 14 goli). – Nie powiem, że praca z Mario należy do szczególnie trudnych. Trzeba z nim dużo rozmawiać, poświęcać mu czas i uwagę, ale to szalenie inteligentny facet, który wszystko łapie w mig – zapewnia Sport.pl Favre.

Już niedługo w Nicei może nie być jednak ani tego pierwszego, ani drugiego. Umowa Balotellego z klubem wygasa z końcem czerwca, a po piłkarza ustawiła się już kolejka chętnych. Do Favre odezwali się natomiast działacze Borussii Dortmund, którzy chcieliby, aby szkoleniowiec zastąpił w BVB Thomasa Tuchela. Niezależnie od tego, czy dwie największe osobowości opuszczą Allianz Rivierę i tak zapisały się już w historii klubu, skutecznie rzucając wyzwanie większym i bogatszym. A może obaj zostaną, aby zrobić skok na Ligę Mistrzów? Przecież jak mawiają w Nicei: „Tu wszystko może się zdarzyć”?