Michał Listkiewicz: - No, to my jesteśmy trochę z przodu, przed Polską (śmiech), ale rzeczywiście w dwóch meczach każdej kolejki VAR od pół roku funkcjonuje u nas offline. To znaczy uczymy się go, nie ma on wpływu na grę. Na razie nie mam co do niego zastrzeżeń. Na początku może nieco za długo trwała współpraca sędziego analizującego video z technikiem, który obsługiwał system, ale po miesiącu się zgrali i teraz komunikują się w oka mgnieniu.
- Tak. W tych dwóch meczach kolejki jest wyznaczony przez nas człowiek, który z systemu się szkoli. Pod stadion podjeżdża wóz transmisyjny, który otrzymuje sygnał ze spotkania. Mamy do dyspozycji jedno takie auto. Robimy to u nas tylko na dwóch meczach w sobotę i niedzielę ze względu na dodatkowe koszty, ale i barierę technologiczną. W Czechach w każdej kolejce telewizja transmituje góra trzy spotkania.
- Podstawienie takiego dodatkowego wozu z obsługą to dla nas koszt około 15 tysięcy złotych za mecz. Czyli w całym sezonie wychodzi kilkaset tysięcy złotych.
-Kończymy etap szkolenia ludzi. Mamy ich ośmiu. Potrzeba na różne wypadki jeszcze ze dwóch. Od nowego sezonu przejdziemy już na działanie sytemu online, ale nadal tylko w dwóch meczach w kolejce. Powiedzmy, że tych najważniejszych. Docelowo myślę, że przy obsłudze samego VARu będzie trzech ludzi, dwóch sędziów głównych i asystent. Dwóch, bo jeśli sytuacja jest do zanalizowania, a gra idzie dalej, to ktoś musi patrzeć co się tam dzieje. Asystent powinien być natomiast specjalistą od spalonych. Sędziowie główni często w tym względzie są tacy sobie…
-Ale i tak 95% rozgrywanych na Starym Kontynencie spotkań to będą „zwykłe” mecze. Na VAR nie będzie stać na razie biedniejszych lig nawet w ich najwyższej klasie. To trochę tak jak goal-line, która funkcjonuje na mistrzowskich imprezach. Na mundialu nie będziemy mieli już sporów między Anglikami i Niemcami o nieuznaną bramkę, ale w niższych ligach będą one zawsze. To jest super! Powiem szczerze, że lubię mecze niższych klas, bo tam jest więcej autentyczności w grze i w sędziowaniu.
- Ciągle będę zwolennikiem tej romantycznej wersji futbolu. Jak będziemy wszystko z aptekarską dokładnością analizować to ja sobie pójdę na 7. ligę i zobaczę starą dobrą piłkę. Z błędami sędziów, z dyskusją po meczu wśród kibiców czy był karny czy go nie było. Trochę żartuje, ale zwracam uwagę, że trzeba do tego podchodzić z głową. Z drugiej strony akceptuję, że gdy gra idzie o wielkie tytuły i pieniądze, a futbol jest bardziej biznesem to trzeba podpierać się nowymi technologiami.
- Cieszę się, że PZPN przyspieszył ten proces, bo to świadczy, że nasza liga jest mocna finansowo i rozwinięta technologicznie. Tylko pozostaje pytanie czy tak szybko uda się wykształcić ludzi, tzw. VAR-owców, bo to bardzo odpowiedzialna funkcja. Jeśli zdarzy się jakiś nadpobudliwy to zepsuje zabawę. Coraz częściej m.in. w polskiej lidze widzę, że nie bardzo wiadomo kto na boisku podejmuje decyzje. Siedząc na trybunach, jako fachowiec, zdaję sobie czasem sprawę, że nie była ona podjęta przez głównego, ale np. asystenta czy technicznego. Fajnie kiedyś powiedział zresztą Zbyszek Boniek. Obyśmy nie dożyli czasów, gdy po boisku biega przystojny, wysportowany młodzian, który nie bardzo o futbolu ma pojęcie, a decyzję podejmuje za niego gruby pan siedzący w fotelu na wozie.
- Musi korzystać z dobrodziejstw nowych technologii, tylko wtedy gdy będzie to absolutnie konieczne. FIFA jasno te sytuacje określa, to wątpliwości przy bramce, rzucie karnym, wykluczeniu zawodnika. Przy tym zostańmy, żeby nie dojść do absurdów. Czasem trenerzy kłócą się, że stracili gola bo trzy zagrania wcześniej zamiast wznowienia od bramki, sędzia podyktował róg dla przeciwnika, albo że aut był nie w tę stronę.
- Bo w piłce są rzeczy podlegające osobistej ocenie. Takie zagranie ręką w polu karnym - trzech sędziów powie, że jest jedenastka, dwóch, że nie było celowości i karnego nie ma. Wideo tu nie pomoże. Najważniejsza zawsze będzie czyjaś ocena i czynnik ludzki.