Serce nie sługa, czyli dlaczego kibice zwycięskich drużyn są nieszczęśliwi

Kibicowanie rzadko wynagradza. Nick Hornby w "Futbolowej gorączce" słusznie zauważył, że kibic przez zdecydowaną większość swojego czasu jest jednostką głęboko nieszczęśliwą. To prawda, to nawet łatwe do wyjaśnienia. Przecież drużyna, której się kibicuje albo przegrywa, albo nie wygrywa, albo wygrywa, ale przecież w każdej chwili może prowadzenie stracić.

Jedno z najokropniejszych moich doświadczeń kibicowskich to mecz Valencia - Deportivo La Coruna w kwietniu 2002 r. Mecz lidera z wiceliderem, mecz, w którym zwycięstwo dałoby Valencii praktycznie pewne mistrzostwo Hiszpanii. Mecz, w którym od 69. minuty Valencia (czy już pisałem, że ją lubię?) prowadziła po samobóju boiskowego zbója Aldo Duschera. Czy może być większa radość?

Źle. Czy może być większa tortura? Ból brzucha, który mnie po tej bramce dopadł, pamiętam do dziś. Nie wiem, czy przed obroną pracy magisterskiej bolało tak samo, czy jednak mniej, ale rozumiecie skalę. W końcu zlitował się nade mną współlokator, z którym oglądałem mecz. Spojrzał w moją zieloną z przerażenia twarz i powiedział: "Spójrz na boisko. Pięć minut do końca, tamci nawet nie mają piłki". Oczywiście uspokoiłem się dopiero po meczu.

Przeżywasz, czyli cierpisz

Co ciekawe, radości po zdobytym tytule nie pamiętam. Nie pamiętam też radości po tytule dwa lata później. Za to dobrze pamiętam - wciąż, 16 lat później - gorycz bycia wykopanym z Ligi Mistrzów genialnym kopnięciem Rivaldo na trzy minuty przed końcem ostatniego meczu sezon wcześniej. Pamiętam poczucie, że coś się kończy po tym, jak klub w 2004 roku opuszczał trener Rafa Benitez. Faktycznie, od tego czasu jedynym trofeum był Puchar Króla zdobyty w 2008 roku - mroczny czas Ronalda Koemana, kiedy realnie bałem się, że klub spadnie.

Tu się na moment zatrzymam, bo ktoś mógłby zapytać, jak się zostaje kibicem Valencii w Polsce? Odpowiem od razu na pytanie ogólniejsze: jak się zostaje kibicem? Nie wiem. Ulubionych sportowców się przecież nie wybiera, to zawsze oni wybierają. Po prostu, oglądasz i przeżywasz. Przeżywasz, czyli cierpisz.

Choć ja - będę uczciwy - kibicem Valencii już dziś się nie czuję. Już nie ta skala doznań. Czy, precyzyjniej, nie ta skala cierpień. Dlatego nie uważam się tak naprawdę za kibica żadnej drużyny, którą lubię. Tak, dobrze rozumiecie, uważam, że na miano kibica nie zasługuję, skoro za rzadko i za mało cierpię.

Idzie, to przestanie

Strach o to, co się zdarzy - oczywiście złego - jest dla mnie immanentną cechą kibica. I wiem, że nie jestem w tym odosobniony. Znakomity blog o Legii Warszawa Bohdana Pękackiego ma motto: "Lata udręki, przerywane krótkimi okresami nieuzasadnionej nadziei". Inny mój znajomy, kibic Legii, cierpiał za każdym razem, kiedy wybierał się na stadion.

I nie mówię przecież o czasach złych, wtedy bowiem wszystko znosi się z ponurą rezygnacją. Wiadomo, kiedy nie idzie, to wszystkie elementy wszechświata są na swoim miejscu. Jest on może nieprzyjazny, ale zrozumiały. Ale kiedy idzie, wtedy dopiero robi się niebezpiecznie. Bo skoro idzie, to przecież zaraz przestanie.

I zawsze przestaje. Tak, jak rozpadła się Valencia Beniteza, rozpadają się wszystkie, nawet największe drużyny. Z tych, które sam mogłem oglądać: Milan Arrigo Sacchiego wprawdzie stał się potem Milanem Fabio Capello, ale po nim przyszedł koszmar Oscara Tabareza. A po erze Carlo Ancelottiego przyszły długie lata chaosu i przeciętniactwa. Manchester United, któremu Alex Ferguson gwarantował wieczne panowanie również się rozpadł. Rozpadł się Dream Team Johana Cruyffa w Barcelonie czy galaktyczny Real. Niepokonani z Arsenalu zostali pokonani i na trofeum czekali dziesięć lat. Rozpadła się Barcelona Guardioli. Każdy ten upadek był wielokrotnie przewidziany. Każdy był boleśnie przecierpiany. I to zanim się jeszcze wydarzył.

Drugi, znaczy przegrany

Bo przecież upadek jest tuż za progiem. W końcu wystarczy nie wygrać, żeby upaść na samo dno. Jeśli jest się kibicem Barcelony, wystarczy skończyć sezon na drugim miejscu - za Realem Madryt - żeby było najgorzej. Jeśli jest się kibicem Realu - analogicznie. Nawet jeśli jest się kibicem istnego hegemona, jak Bayern Monachium w Niemczech, zawsze zdarzy się jakaś Borussia Dortmund. A przede wszystkim, zawsze zdarzy się jakaś Liga Mistrzów, z której można odpaść, ba, z której można odpaść w sposób spektakularny i wyjątkowo nieprzyjemny.

A przecież jeszcze nawet nie dotknąłem futbolu reprezentacyjnego. Który z jednej strony, dzieje się rzadziej, ale z drugiej, nierzadko przez to mocniej. W lidze możesz się odkuć już za rok, z przerąbanym mundialem zmagasz się przez cztery lata. No, dwa, do Euro. O ile na nim zagrasz, bo przecież wcześniej eliminacje. Ot, za niecały miesiąc wyjazd do Czarnogóry, strach się bać. Krótko mówiąc, w piłce reprezentacyjnej jest tak samo: po każdych zwycięskich karnych ze Szwajcarią przychodzą te z Portugalią.

Zobacz wideo