Fredrik Ljungberg dla Gazety: Będziemy mistrzami

Żeby osiągnąć sukces w Premier League, trzeba myśleć o futbolu non stop. Koncentrować się na nim od pierwszej do ostatniej minuty sezonu. My tego nie potrafiliśmy, dlatego nie obroniliśmy tytułu, a mistrzem został Manchester United. Tym razem będzie inaczej - mówi ofensywny pomocnik Arsenalu i reprezentacji Szwecji Fredrik Ljungberg.

Michał Pol: Czy może mi Pan wytłumaczyć, co się stało w ubiegłym sezonie, że Arsenal stracił w końcówce osiem punktów przewagi nad Manchesterem United i zamiast obronić tytuł, podarował go "Czerwonym Diabłom"?

Fredrik Ljungberg: "Co się stało" to dobre pytanie. Nie umiem tego wyjaśnić, bo nie znam przyczyn. Gdybyśmy wiedzieli, co idzie nie tak, próbowalibyśmy to zmieniać. Ale byliśmy bezradni. Mogę tylko opowiadać, jak bardzo rozczarowany był każdy z nas tym, co się stało. Był przecież taki moment, że właściwie gratulowano nam już obrony tytułu. A potem przyszła ta końcówka sezonu, kiedy przegrywaliśmy nawet z drużynami z dołu tabeli broniącymi się przed spadkiem.

Na spotkaniach przed nowym sezonem mówiliśmy sobie, że widocznie za mało wtedy walczyliśmy. Kiedy tylko obejmowaliśmy prowadzenie 1:0, natychmiast odpuszczaliśmy. Wrzucaliśmy luz, co potem źle się kończyło. Kiedy rywale zaczynali strzelać gole, nie mogliśmy z tego luzu wrócić znów do meczu. Głowy zostawały gdzie indziej. Strasznie dużo punktów straciliśmy w ten sposób. Mogę tylko obiecać, że tym razem będziemy skoncentrowani do ostatniego gwizdka sezonu. Żaden z nas nie chce już nigdy w życiu przeżyć czegoś takiego. Żeby osiągnąć sukces w Premier League, trzeba myśleć o futbolu non stop.

Mówi się, że niemoc Arsenalu to wina Waszej psychiki: za bardzo ulegacie presji, dajecie się jej przytłoczyć. Kiedy w meczu zaczyna iść źle - ulegacie zniechęceniu. Zgadza się Pan z taką diagnozą?

- Nie. My chętnie gramy pod presją, sami jej szukamy. Co to znaczy, że się boimy presji? Przecież jesteśmy jej poddawani niemal w każdym spotkaniu i jednak wywalczyliśmy wicemistrzostwo i Puchar Anglii. Końcówkę sezonu mieliśmy fatalną zapewne z wielu różnych powodów. Natomiast kiedy sezon dobiegł końca, każdy z nas był tak strasznie sfrustrowany, że żałował, iż zaczęły się wakacje. Każdy chętnie by je poświęcił, byle tylko natychmiast podjąć walkę i zrewanżować się.

Latem Arsenal prawie nie dokonał wzmocnień - jedynie weterana Davida Seamana zastąpił bramkarz Borussii Dortmund Jens Lehmann. Wszystkie pieniądze idą na nowy stadion. Mówi się, że przez to ciężko będzie Wam wygrać rywalizację z MU.

- Nie mnie rozstrzygać, czy to rozsądne czy nie. Taka jest polityka klubu, ja mam w nim inne zadania i z nich będę się wywiązywał. Lepiej niech każdy robi swoje. Nie wiem, czy Arsenal potrzebował wielu wzmocnień. Uważam, że potencjał naszej drużyny jest bardzo duży, a na pewno porównywalny z MU. Jeżeli uda nam się tylko uniknąć kontuzji najważniejszych zawodników, na pewno będziemy liczyć się w walce o tytuł do końca.

Dlaczego tak słabo idzie Wam w Lidze Mistrzów?

- To również ciężko wytłumaczyć. Najgorsze jest to, że nie umiemy utrzymać w europejskich rozgrywkach stabilnego poziomu. Potrafimy na przykład wygrać z Romą na Stadionie Olimpijskim w Rzymie 3:0, a potem u siebie męczymy się z nią, choć grała w dziesiątkę. To kwestia ustabilizowania poziomu.

Wolałby Pan zdobyć kolejny tytuł mistrza Anglii czy wreszcie triumfować w Champions League?

- Nie, nie umiałbym wybrać. Myślę jednak, że i dla nas zawodników, i dla fanów najważniejsze jest to, żebyśmy byli drużyną numer jeden w Anglii. To zaświadczy o naszej wartości, a nagrodą za to powinna być właśnie Liga Mistrzów. Prawdą jest, że większość piłkarzy Arsenalu pochodzi z Europy i bardzo chcieliby pokazać się w Champions League. Będziemy próbować.

Co Pan sądzi o fenomenie Chelsea. Czy za te 180 mln euro wydane na wzmocnienia rosyjski właściciel "The Blues" Roman Abramowicz może sobie kupić tytuł mistrza Anglii?

- Jedno jest pewne: ściągnął do zespołu wielu świetnych zawodników, kilku klasy światowej i Chelsea bez wątpienia będzie lepszym, silniejszym zespołem niż była. Ale te wszystkie gwiazdy muszą się jeszcze nauczyć współpracować ze sobą. Muszą się zgrać, nauczyć na pamięć swoich zwyczajów, ulubionych zagrań, trików, słabych stron. Dopiero wtedy to wszystko będzie działać. A na to potrzeba czasu, to nie stanie się z dnia na dzień czy nawet z miesiąca na miesiąc.

Poza tym, kiedy kupuje się tylu dobrych piłkarzy, a w zespole jest jeszcze drugie tyle wcale nie gorszych, część z nich trzeba posadzić na ławce, a jeszcze innych na trybunach. Przewiduję więc, że poziom frustracji w Chelsea znacznie pójdzie w górę i menedżer będzie miał naprawdę trudne zadanie, by utrzymać to wszystko w kupie. Mimo to uważam, że Chelsea stała się bardzo silnym zespołem, bez wątpienia jest jednym z kandydatów do tytułu.

Pan nie dostał propozycji od Romana Abramowicza?

- Ha, ha, ha. Gram w Arsenalu i jestem z tego powodu szczęśliwy.

David Seaman to legenda "Kanonierów" - w ciągu 13 lat rozegrał w barwach Arsenalu tysiąc spotkań. Jak Pan i koledzy czuliście się, grając przeciwko niemu w spotkaniu z Manchesterem City?

- Bardzo dziwnie. Dla wielu z nas było to bardzo szczególne i trudne spotkanie. Ja osobiście podziwiałem go od lat, i to nie tylko jako zawodnika-profesjonalistę, ale również jako człowieka. To wspaniała osobowość. Ale ponieważ i my jesteśmy profesjonalistami trzeba było wyjść na boisko i grać jak gdyby nigdy nic. Dużo rozmawiałem z Davidem przed mistrzostwami świata, bo obaj wiedzieliśmy, że dojdzie do meczu Szwecja - Anglia. W żartach przygotowałem go na to, że strzelę mu gola. Nie udało się na mundialu, pokonałem go dopiero w meczu z Manchesterem City. Mam nadzieję, że zniósł to jak mężczyzna.

A jaki jest jego następca?

- Bardzo żałowaliśmy odejścia Seamana, ale kiedy przybył Jens Lehmann, wszyscy się ucieszyliśmy. Okazał się doświadczonym profesjonalistą. Ani razu nie okazał strachu, jest bardzo waleczny. Już w pierwszych meczach swoimi stanowczymi interwencjami dodał nam pewności siebie.

W Premier League występuje tylko jeden Polak - bramkarz Liverpoolu Jerzy Dudek. Pamięta Pan, ile razy go pokonał w ostatnich sezonach?

- Nie pamiętam, chyba ze trzy. Ale i tak uważam, że to jeden z najlepszych bramkarzy na Wyspach. W poprzednim sezonie ostro go krytykowano, stracił nawet miejsce w składzie, co uznałem za wielką niesprawiedliwość. Sezon wcześniej to niemal on jeden swoją postawą wygrał dla Liverpoolu tytuł wicemistrza Anglii. Bronił świetnie i bez dwóch zdań był najlepszym bramkarzem Premier League, dlatego potem postawa "The Reds" była nie fair.

Z polskich piłkarzy powinien Pan jeszcze znać Igora Sypniewskiego...

- Owszem, wiele o nim słyszałem. Gra w mojej starej drużynie, Halmstad, której losy nadal mnie obchodzą - co tydzień sprawdzam, jak im idzie w lidze. Polak to niezły zawodnik i stał się kimś bardzo ważnym dla zespołu. Chyba powinienem mu za to podziękować.

Mistrzostwa świata w Japoni i Korei to według Pana sukces reprezentacji Szwecji czy rozczarowanie?

- Dla mnie były rozczarowaniem - dzień przed rozpoczęciem turnieju doznałem kontuzji. Zagrałem tylko w dwóch spotkaniach, i to w wielkim bólu. Ponieważ rozegrałem wcześniej naprawdę bardzo dobry sezon, moje oczekiwanie były zupełnie inne, a zawód tym większy. Szybko jednak doszedłem do siebie. Nie wolno rozpamiętywać rozczarowań. Futbol to w końcu jedno wielkie pasmo kontuzji.

Co do występu na mundialu reprezentacji Szwecji odczucia są mieszane. Wygraliśmy wprawdzie grupę śmierci z takimi drużynami jak Argentyna, Anglia i Nigeria - to było wspaniałe i byliśmy z siebie dumni. Później jednak z Senegalem zagraliśmy źle, o wiele poniżej naszych możliwości. Senegal to nie był przeciwnik nie do pokonania, to nie była Brazylia. Powinniśmy awansować do ćwierćfinału.

W ostatnich latach jest coś takiego w reprezentacji Szwecji, że eliminacje - jak te do Euro 2004 przechodzi jak burza - ale później w turnieju idzie jej średnio - jak w poprzednich mistrzostwach Europy...

- Problem polega na tym, że w eliminacjach gramy dobrze przeciwko wszystkim, natomiast w turnieju tylko przeciwko wielkim drużynom, takim, w konfrontacji z którymi to nie my jesteśmy faworytem. Dlatego dobrze grało nam się z Anglią czy Argentyną. Na Euro 2000, jak pamiętam, ciężko było nam się mobilizować przeciwko teoretycznie słabszym rywalom - przynajmniej na papierze - jak Belgia czy Turcja, w których występowało mało znanych piłkarzy. To była nasza słabość, nasi obaj trenerzy wiedzą o niej i wszyscy pracujemy, żeby to zmienić. Myślę, że nasz poziom rośnie i Euro 2004 będzie w naszym wykonaniu lepsze. Już jesteśmy dość zgrani, jeśli jeszcze wszyscy zawodnicy będą na co dzień grać w swoich klubach, powinno być dobrze.