Bogusław Cupiał dla Gazety: Nie tylko pieniądze rządzą piłką

Wiem, że kibice byli rozczarowani porażkami z Anderlechtem. Niech się jednak postawią w mojej sytuacji. Przeżyłem tę porażkę podwójnie, również jako właściciel klubu, który stracił 5 mln euro. Ale co zrobić, to jeszcze nie koniec świata - mówi właściciel Wisły Kraków, Bogusław Cupiał.

Michał Białoński, Tomasz Prusek, Dariusz Wołowski: Czy da się zarobić na polskim klubie bez awansu do Ligi Mistrzów?

Bogusław Cupiał: Nie. To znaczy mnie się nie udało. Za swój sukces uważam to, że udało się zbilansować wydatki klubu z wpływami. Wychodzi nam to od dwóch lat. Mamy stabilny budżet, 20 mln zł rocznie.

Ale te 20 mln nie pozwala na zakup nowych piłkarzy, a bez wzmocnień Wisła nie awansuje do LM. Bez tego nie będzie pieniędzy i koło się zamyka...

- Gdyby piłką rządziły tylko pieniądze, Chelsea nie miałaby prawa przegrać w Lidze Mistrzów z Besiktasem 0:2. Przecież Roman Abramowicz wydał latem na wzmocnienia 180 mln dol. Więc czy wydając np. 5 mln dol. na transfery, faktycznie wzmacnia się drużynę? Nie jest to takie pewne. Pieniądze nie gwarantują w sporcie sukcesu. To nie jest takie proste.

Prezes Wisły Bogdan Basałaj na pytanie, dlaczego przed meczami z Anderlechtem Wisła się nie wzmocniła, odpowiedział: "Właściciel wiele lat inwestował w klub, teraz chce, żeby klub zaczął utrzymywać się sam". To znaczy, że w Krakowie nie będzie nowych, dobrych piłkarzy?

- Zapewniam, że już w zimowym oknie transferowym będą w klubie nowi, bardzo dobrzy piłkarze. Tacy, którzy spełnią oczekiwania drużyny i kibiców. Niekoniecznie musimy w tym celu wydać miliony złotych. W piłce jest tendencja, żeby nie płacić za transfery, tylko zatrudniać piłkarzy bez kontraktów. Wisła pójdzie tą właśnie drogą.

Kilka miesięcy temu miał Pan zespół klasy europejskiej, którego szanse na grę w Lidze Mistrzów oceniano jako duże. I nagle zespół się Panu rozpadł, a gra w Champions League okazała się marzeniem ściętej głowy.

- To jest właśnie sport. Proszę spojrzeć na Arsenal - wielki budżet, wspaniali gracze, a po kilku kontuzjach wszystko się posypało i w LM pewnie nie wyjdą z grupy.

Od pół roku wiedzieliśmy, że z klubu odejdzie Kosowski. On był nie do zatrzymania i tak niemal siłą trzymaliśmy go do meczów z Lazio. Kto mógł jednak przypuszczać, że zastrajkuje Uche? Kto mógł przewidzieć kontuzje Głowackiego i Cantoro? To rozbiło szkielet zespołu. Aby go odbudować, wzięliśmy Gorawskiego, który był kontuzjowany, i Brasilię, trafiając akurat na jego słabą formę. W efekcie zespół przegrał z Anderlechtem grając właściwie rezerwami.

Ale trener Kasperczak obiecywał, że Kosowski i Uche będą mieli godnych następców i to już na mecze z Anderlechtem.

- W klubie była lista zawodników, których mogliśmy sprowadzić. Decyzja, kogo z niej wybrać należała do trenera. Trener Kasperczak wybrał Gorawskiego i Brasilię.

Czyli on odpowiada za to, że w meczach z wicemistrzem Belgii drużyna Wisły nie podjęła nawet walki?

- Faktem jest, że zespół nie grał tak, jak miał grać. Ale nikt nie zagwarantuje, że Wisła nawet w najsilniejszym składzie dałaby radę Belgom. Moim zdaniem Anderlecht to bardzo mocna drużyna. Zamiast więc szukać winnego, lepiej wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Broni Pan Kasperczaka...

- To bardzo dobry trener. Wykształcony we Francji, czyli w najlepszej szkole piłkarskiej. Jest uczciwy, pracuje od podstaw, nie myśli wyłącznie o najbliższym meczu, ale widzi klub jako całość. To mi bardzo odpowiada. W klubie jest bardzo jasny podział kompetencji: za transfery i budowę zespołu odpowiada trener. Jeśli nawet przegra jeden czy drugi mecz, to w sporcie to normalne.

Mówi Pan: "przegrać jeden czy drugi mecz musi każdy". Ale pojedynki z Anderlechtem to nie były jakieś tam mecze, tylko spotkania o 5 mln euro, które zarabia klub w I rundzie Champions League.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, że kibice byli rozczarowani. Niech teraz jednak postawią się w mojej sytuacji. Przeżyłem tę porażkę podwójnie: i jako kibic, i jako właściciel klubu, który stracił 5 mln euro. No, ale co teraz zrobić? Ta porażka to przecież jeszcze nie koniec świata.

Czy rzeczywiście nie było można zatrzymać Kosowskiego? Niedawno powiedział, że była to tylko kwestia pieniędzy.

- Kiedy jesienią ubiegłego roku przedłużaliśmy umowę z Żurawskim, Kosowski dostał taką samą propozycję - kontraktu i pensji. Nie chciał. Uważał że się u nas męczy i robił wszystko, żeby wyjechać. Gdybym nie pozwolił, zrobiłbym krzywdę i jemu, i drużynie. Teraz Kosowski może mówić, że chciał zostać, może nawet żałuje, że odszedł do Bundesligi, gdzie nie tak łatwo zostaje się gwiazdą. Ale przez ostatnie kilka miesięcy pobytu w Krakowie przychodził do nas tylko z jedną prośbą - żeby go puścić.

A Kuźba? Mówił, że chciał zostać w Krakowie, że różnica między ofertą Wisły, a jego oczekiwaniami była niewielka.

- Prawda jest taka, Kuźba chciał mieć wyższy kontrakt niż ma Maciek Żurawski. A Żurawski to przecież fundament drużyny, pod każdym względem wzór dla młodszych piłkarzy, kapitan i to związany z klubem wieloletnim kontraktem. W tym kontekście oczekiwania Kuźby były dla nas nie do przyjęcia. Ich realizacja zburzyłaby funkcjonujący w klubie system wynagradzania. Patrząc z perspektywy czasu i widząc problemu Kuźby, który od kilku miesięcy nie gra, wydaje się że decyzja klubu była słuszna.

Tele-Fonika weszła do Wisły sześć lat temu. Z zespołu, który zdobywał pierwszy tytuł mistrza Polski nie ma już w składzie nikogo. Rotacja to więc rzecz normalna. Była i będzie.

Wcześniej rotacja polegała na tym, że za słabszych graczy przychodzili lepsi. I dopiero tego lata, w najważniejszym momencie było odwrotnie.

- Trener uznał, że Gorawski i Brasilia wystarczająco wzmocnią drużynę. A poza tym kogo moglibyśmy zatrudnić?

Na przykład Pawła Kryszałowicza, lub jak Groclin - poszukać wzmocnień w Czechach lub w krajach byłej Jugosławii. Tam są dobrzy gracze i tani.

- Nie wiedziałem, że Kryszałowicz był wolny i mógłby przyjść za darmo. Chyba nikt w Wiśle o tym nie wiedział. Byliśmy przekonani, że wracając do Polski, Kryszałowicz chciał grać wyłącznie w Amice.

A gdyby tak i Kosowski i Kuźba chcieli jeszcze wrócić do Krakowa?

- Rozważymy to i niewykluczone, że będą grać u nas znowu. Na razie jednak wierzymy, że Kosowski zabłyśnie w Kaiserslautern, gdzie został wypożyczony, i będzie można go dobrze sprzedać, a Wisła na tym zarobi. To jest zresztą jeden z modeli naszego działania. Kupienie zdolnego piłkarza, stworzenie mu warunków do rozwoju, wypromowanie i sprzedaż za dobrą cenę na Zachód.

Co Pan czuł, gdy widział swoich piłkarzy dobrze i regularnie opłacanych, którzy przegrywali w Warszawie z Legią, której gracze nie dostali jeszcze premii za mistrzostwo kraju w 2002 roku?

- Niestety znowu się okazało, że w piłkę gra jedenastu na jedenastu. Gdyby grały budżety, to powinniśmy wygrać.

Czyli nie było Panu przykro?

- Reaguję bardzo emocjonalnie. I na porażki, i na zwycięstwa. Dlatego byłem bardzo rozczarowany po meczu z Legią, ale zbudowany po spotkaniu z Groclinem. Widzę, że nowy zespół zaczyna funkcjonować, piłkarze podjęli walkę, potrafili wygrać, choć było 0:2. Bracia Brożkowie pokazali, że do nich będzie należała przyszłość. I to w meczu z rywalem, który jest jednym z największych faworytów do tytułu. Swoją drogą szkoda, że takich drużyn jak Legia, Groclin i Wisła nie ma w naszej lidze więcej. Sześć hitowych meczów w sezonie to zdecydowanie za mało.

Był moment, że nawet Maciej Żurawski powiedział, że chciałby opuścić Wisłę...

- To jest szerszy problem. Na zgrupowaniach reprezentacji niektórzy piłkarze zza granicy opowiadają tym z ligi polskiej o rzekomo bajońskich zarobkach, o warunkach, jakie tam mają. Najczęściej więcej w tym bajek niż rzeczywistości. Jednak po takich opowieściach ci, którzy grają w kraju, natychmiast chcieliby mieć tak samo - czyli najlepiej od razu wyjechać na Zachód. Myślę, że Maciek Żurawski to inteligentny i rozsądny człowiek, a jego wypowiedź była podyktowana emocjami.

No to za chwilę będzie chciał wyjechać także Baszczyński, Głowacki.

- Z Głowackim mamy podpisany długoletni kontrakt. To dla nas bardzo ważny piłkarz. Zresztą widać, co się dzieje na tyłach Wisły, gdy go nie ma. Poza tym to chłopak o fantastycznym charakterze. W Wiśle chcielibyśmy takich więcej. I będziemy ich mieć!

Na jakich pozycjach Wisła potrzebuje wzmocnień?

- Od lewej strony - obrońca i pomocnik, przez napastnika i prawego pomocnika. No i bramkarza. Musimy mieć w klubie 20 jednakowych piłkarzy. Po dwóch na każdą pozycję plus trzech bramkarzy. Oczywiście nie będziemy płacić milionów euro za transfer. Będziemy zatrudniać graczy wolnych. Mogą być z Brazylii, Argentyny czy Bułgarii, choć oczywiście wolelibyśmy zatrudniać Polaków, jeśli będą wystarczająco dobrzy. W każdym razie doskonale wiemy już teraz, którzy zawodnicy nas interesują i kiedy kończą się im kontrakty.

Dzisiaj klubów nie stać na płacenie gigantycznych pensji i puszczają piłkarzy, żeby pozbyć się obciążenia. O takich właśnie zawodnikach musimy myśleć. Na Rivaldo nas stać nie będzie, ale na wielu innych - tak. To oni nas wzmocnią. Nie możemy dopuścić do tego, że zdarzą się dwie, trzy kontuzje, ktoś odejdzie, ktoś zachoruje na grypę i nasz zespół straci na wartości.

No, ale latem się w ten sposób nie wzmocniliście...

- Powiedzmy, że latem mieliśmy okres słabości. Wzmocnimy się zimą.

Tylko, że za rok, jeśli Wisła obroni nawet mistrzostwo Polski w eliminacjach LM może nie trafić na przeciętny Anderlecht.

- To było dobre losowanie? Przecież odpadliśmy (śmiech).

Ale z Barceloną dwa lata temu było chyba gorzej?

- Piłkarze byli za bardzo przestraszeni. Nie było walki, wiary, nawet gdy prowadziliśmy 1:0 i 2:1. W rewanżu nasi piłkarze mieli zakaz przechodzenia połowy boiska. Walczył tylko Sarnat w bramce. Dlatego potem tak zaimponował mi Kasperczak - on nie bał się nikogo.

W Pucharze UEFA walka była, ale z Anderlechtem nie za bardzo.

- No co zrobić, szkoda. Do klubu wpłynęłyby dodatkowe pieniądze, nasi chłopcy pokazaliby się w Europie. Bardzo tego chcieli. Cóż, teraz może być tylko lepiej.

Nie żałuje Pan, że sześć lat temu zainwestował w futbol?

- A nie macie panowie innego pytania?

To nie jest ciekawe?

- Powiem tak, wierzę że w dłuższej perspektywie inwestycja w Wisłę okaże się dobrym biznesem. Piłka stwarza pewne problemy, ale jest też druga strona medalu... To są niezapomniane chwile, kiedy z Schalke po 1:1 w Krakowie wygraliśmy 4:1 na wyjeździe. Kiedy przegrywając z Groclinem 0:2, zespół się podniósł i wygrał - to są momenty niesamowitej radości.

A reklama Tele-Foniki, a sława? Wisła dała Panu popularność. W czerwcu po zdobyciu mistrzostwa Polski 10 tys. fanów skandowało: "Boguś Cupiał, Boguś Cupiał". No to chyba nie było Panu nieprzyjemnie?

- Szanuję i cenię kibiców Wisły. Proszę mnie jednak zrozumieć, nie zabiegam o popularność. W czasie takiej fety wolę być z boku. Wspomnieliście o reklamie. Mam jednak wrażenie, że sukcesy Wisły wcale nie procentują sympatią do firmy. Przynajmniej dla mnie nie jest to takie oczywiste. Może dlatego, że atmosfera wokół piłki wciąż jest zła.

Ile lat będzie Pan jeszcze finansował Wisłę? Zawsze?

- Mam 100 proc. udziałów w Tele-Fonice, a ona ma 100 proc. udziałów w Wiśle, zatem finansuję klub pośrednio. Jestem w Wiśle i choć życie przynosi różne niespodzianki, nie zamierzam tego zmieniać.

Podobno zaczęło się od tego, że Wisła była pańskim wielkim hobby?

- A nie jest (śmiech)?

Co będzie z Kalu Uche? Wisła traci pieniądze, on traci, bo nie gra.

- Gdybyśmy w FIFA przegrali tę sprawę, znaczyłoby to, że kontrakty są nic nie warte. Że można je podpisywać, a potem zrywać i z dnia na dzień nie przyjść do pracy. W FIFA czeka teraz aż 300 wniosków piłkarzy o rozwiązanie umów z klubami.

Nie myśleliście, żeby podnieść Kalu zarobki, skoro stał się czołowym zawodnikiem drużyny?

- Idąc tym tokiem rozumowania, po nieudanym sezonie powinniśmy obniżać pensję? Kontrakt jest kontraktem! Obowiązuje tak samo klub, jak i zawodnika. Jeśli Uche zgodził się go podpisać, to nie powinien mieć pretensji, że słabo zarabia. Wisła to klub sportowy, ale i przedsiębiorstwo, nikt nie jest dobrym wujkiem i nie będzie rozdawać pieniędzy za darmo.

Czy to jeszcze nie za wczesny etap, żeby powiedzieć: "Wisła musi się finansować sama, musi sama na siebie zarabiać". Może etap inwestycji w klub powinien być dłuższy?

- A jak długi?

Na przykład do pierwszego awansu do Champions League.

- Wcale nie zrezygnowaliśmy z awansu do Ligi Mistrzów. Uważam, że to, iż w niej dotąd nie graliśmy, nie jest kwestią pieniędzy. Jak mówiłem, piłka to taki biznes, w którym poza wydawaniem pieniędzy trzeba wiedzieć, jak je wydać. Łatwo wyrzucić pieniądze, a drużyny i tak nie wzmocnić.

W ostatnim roku Wisła SSA miała zysk netto. Jakie są prognozy na ten rok?

- To będzie zależało od transferów i wyników w Pucharze UEFA. Ciekawostka, że UEFA płaci tylko za grę w pierwszej i drugiej rundzie. Za trzecią już nie. Poza tym wiele zależy od tego, kogo się wylosuje. Najlepiej Niemców, potem Hiszpanów i Włochów. W ubiegłym roku graliśmy z Schalke, Parmą i Lazio - czyli z finansowego punktu widzenia rywalami najbardziej dochodowymi.

Na prawach medialnych Wisła zarobiła w zeszłym roku 6,7 mln zł. Jak będzie w tym roku?

- Specyfika piłki polega na tym, że wpływy są obciążone wielkim ryzykiem. Nie można przewidzieć wyników zespołu, kontuzji itp.

Na transferach Wisła zarobiła 10 mln zł. A w 2001 roku nic.

- Te 10 mln to ostatnie raty za transfer Radosława Kałużnego do Cottbus i czterech graczy sprzedanych do Zagłębia Lubin. Jak będzie w tym roku? Nie wiadomo. Jednak na pewno nie musimy nikogo sprzedać, żeby przetrwać.

Wisła jest winna Tele-Fonice 80 mln zł. Jaki ma Pan pomysł na zwrot tej pożyczki?

- Gdybyśmy awansowali do Ligi Mistrzów i sprzedali potem Uche do Ajaksu, to nie byłoby problemu. A tak problem został, choć moim zdaniem jest do rozwiązania. Możliwych rozwiązań jest wiele, m.in. cały czas rozważamy wejście klubu na giełdę. Na razie jest na to za wcześnie. Wcześniej musimy mieć za sobą trzy tłuste lata. Nie chcemy, by ściągnięcie długu spowodowało ruinę pozycji finansowej i sportowej klubu. Trzeba to bardzo dokładnie wyważyć.

Audytor napisał, że istnieje obawa, że Wisła swojego długu Tele-Fonice nie zwróci w całości.

- Opinia audytora zależy od momentu, w którym powstaje. Inaczej jest, kiedy klub jest jedną nogą w Lidze Mistrzów, a inaczej po serii ciężkich porażek.

Klub ma przychody rzędu 20 mln zł rocznie, zobowiązanie jest na 80 mln, a kapitał akcyjny wynosi 1,54 mln zł, więc zwrot pożyczki nie będzie łatwy. Pan, rzecz jasna, może zrobić egzekucję pożyczki w każdej chwili, ale dla klubu to byłby chyba koniec.

- Współpracując z audytorem, szukamy skutecznych rozwiązań, by Wisła spłaciła dług i nie obniżyła swej klasy sportowej. Jesteśmy przekonani, że będzie to możliwe w rozsądnym terminie.

Wisła ma z poprzednich lat skumulowane straty księgowe sięgające 66 mln zł. Ma Pan pomysł na ich pokrycie?

- Cały czas waży się kwestia stadionu. Różne podmioty deklarują, że są gotowe zainwestować w budowę. Stadion to dla klubu dodatkowe znaczące środki z działalności komercyjnej. To jest tylko jedno z możliwych rozwiązań.