Mistrzostwa świata w piłce nożnej, finał. Jak gigant z gigantem

Niemcy zachwycają w ofensywie, Argentyna doskonale się broni - od 373 minut nie straciła gola. Powtórka finałów z 1986 i 1990 r. w niedzielę na Maracanie zwieńczy brazylijski mundial mundiali. Relacja na żywo w Sport.pl i aplikacji mobilnej Sport.pl LIVE od 20:45.

Ku pokrzepieniu serc piłkarze Alejandro Sabelli oglądali, jak wyglądał plac Republiki w Buenos Aires po zwycięstwie nad Holandią. Obelisk to symbol ich stolicy, pod którym zbierają się tłumy przy okazji największych wydarzeń. Na finał mundialu Argentyna czekała prawie ćwierć wieku. Ci, którzy jako dzieci widzieli łzy Diego Maradony po porażce z Niemcami w 1990 r., dziś są ludźmi dojrzałymi. Swoje nadzieje przed mundialem w Brazylii pokładali w nowym idolu Argentyny - Leo Messim.

Drużyna Sabelli przeszła od debiutu na Maracanie do finału na tym samym stadionie niemal kompletne przeobrażenie. Zaczynała jak zespół "goły od pasa w dół", licząc głównie na fenomenalny atak z Messim, Sergio Agüerą, Gonzalo Higuainem, wsparty Angelem di Marią. Fani Argentyny drżeli, czy nie zrujnuje wszystkiego grupa słabeuszy z pomocy i defensywy.

Ale dziś to już nie jest wyłącznie drużyna Messiego. Obok nazwiska czterokrotnego laureata Złotej Piłki pojawił się inny bohater - Javier Mascherano, symbol solidności w defensywie. Argentyna przez 330 minut w fazie pucharowej nie straciła ani jednej bramki.

Jeśli gwiazdorski atak wygrał drużynie Sabelli mecze grupowe, to do finału zaprowadzili ją obrońcy i defensywni pomocnicy - grupa tworzona przez graczy Benfiki, Lazio czy Sportingu, czyli Marcos Rojo, Ezequiel Garay, Lucas Biglia, Enzo Perez, a także starzejący się Martin Demichelis. Pod przywództwem Mascherano, którego rodacy utożsamiają ze słowem "garra" (szpon, pazur) symbolizującym poświęcenie i waleczność, wykonali więcej, niż ktokolwiek się po nich spodziewał.

W fazie pucharowej Argentyna cierpiała, strzelała mało bramek, ale przetrwała. Dopiero awans do finału rozwiał wątpliwości jej kibiców.

Faworytem finału są jednak Niemcy. Dzień, w którym rozbili w półfinale Brazylię 7:1, część komentatorów uznała za koniec świata. Trudno wyobrazić sobie, żeby zespół potrafiący zbić na kwaśne jabłko pięciokrotnych mistrzów świata, nie sięgnął po złoto.

Niemcy też przeszli w Brazylii rodzaj przeobrażenia. Zaczęli od wielkiego triumfu nad Portugalią 4:0, by potem męczyć się w czterech spotkaniach z Ghaną, USA, Algierią i Francją. Po starciu z Algierczykami Joachim Löw dokonał fundamentalnej zmiany. Z drużyny zniknął Mario Götze, Thomas Müller przestał grać jako fałszywy napastnik i powędrował na skrzydło. W wyjściowym składzie pojawił się klasyczny łowca goli Miroslav Klose, do pomocy wszedł Sami Khedira, któremu miejsce zrobił przesunięty na prawą obronę Philipp Lahm. Do środka defensywy wrócił po kontuzji Mats Hummels, zastępując niemrawego Pera Mertesackera.

Manewry Löwa okazały się strzałem w dziesiątkę. Niemcy koncertowo rozbili Brazylię, grając w starym brazylijskim stylu - szybko, ofensywnie, z polotem. Cała druga linia drużyny Löwa składa się z graczy żądnych tworzenia, a nie przeszkadzania.

Gdyby od nadmiaru komplementów Müllerowi, Toniemu Kroosowi czy Khedirze miało się zakręcić w głowie, powinni pamiętać, co stało się z drużyną "Canarinhos" w Hiszpanii w 1982 r. Brazylia też grała wtedy pięknie, już przymierzała złote medale, gdy z błogiego snu wyrwali ich Włosi z Paolo Rossim.

Niemcom woda sodowa do głów raczej nie powinna uderzyć, ale będą musieli złamać szokująco skuteczny argentyński rygiel. I cały czas uważać na Messiego. Dla niego to najważniejszy mecz w życiu. W Barcelonie jest gwiazdą klubowego futbolu od lat, ale z reprezentacją nigdy nie wspiął się na poziom Diego Maradony. Sam doskonale wie, że przepustką do dozgonnej wdzięczności Argentyny jest tylko złoto mundialu. Bez niego będzie musiał wspominać swoje królowanie z żalem.

Argentyńczycy będą przeważać na trybunach. Linie lotnicze potroiły liczbę lotów do Rio, z pięciu dziennie do 15, uruchomiono też czartery. Ponieważ 48 proc. wejściówek na finał otrzymali z FIFA Brazylijczycy, interes między sąsiadami kwitnie.

Prasa pisze o "La final de los Papas", bo zarówno poprzedni papież Benedykt XVI (Niemiec, kibic Bayernu) i obecny Franciszek (Argentyńczyk, fan River Plate) będą oglądali mecz, nie wiadomo tylko, czy wspólnie.

Największa w Brazylii sportowa gazeta "Lance" opublikowała ankietę, z której wynika, że Brazylijczycy poprą w finale Niemców. Skrytykowała Neymara, który ogłosił, że Puchar Świata zabierze jego kolega z Barcelony - Messi. Inny dziennik "Folha de Sao Paulo" twierdzi, że gospodarze jednak będą za Argentyną.

W Argentynie liczba dowcipów o porażce Brazylii z Niemcami 1:7 rośnie lawinowo. Mistrzem w ich opowiadaniu jest Diego Armando Maradona. Ten sam Maradona, który 24 lata temu płakał po porażce z "Mannschaftem". Trener zwycięzców Franz Beckenbauer opowiadał wtedy, że po zjednoczeniu Niemiec drużyna stanie się hegemonem na lata. Nic z tego nie wyszło. Dopiero pokolenie Kroosa, Özila i Khediry ma szansę spełnić jego przepowiednię, ale aby triumf nad Brazylią nie smakował jak epizod, trzeba pobić Argentynę.

Świat futbolu to świat przesądów. Zwłaszcza w tak ważnym meczu. Niemcy zagrają w niedzielę na biało, Argentyna na niebiesko, a więc w strojach rezerwowych. Dokładnie tak samo było w finale z 1990 r. przegranym przez "Albicelestes". Cztery lata wcześniej, gdy obie drużyny spotkały się w meczu o złoto na Estadio Azteca na mundialu w Meksyku, Argentyna grała w koszulkach w biało-niebieskie pasy, a Niemcy w rezerwowych - zielonych. I skończyło się triumfem Maradony i kolegów 3:2. Ku pokrzepieniu serc prasa argentyńska przypomina jednak, że w słynnym meczu z Anglią w 1986 r., w którym pierwszego gola Maradona zdobył "ręką Boga", a drugiego po najpiękniejszej akcji w historii, ich zespół też wyszedł na boisko na niebiesko.

Więcej o: