Oli własnością narodu?

Engel powoływał Olisadebe, bo jego drużyna potrzebowała bramkostrzelnego napastnika. Prezydent mianował go Polakiem, bo tego chciała opinia publiczna. I każdemu się opłaciło. Nawet jeśli ?Oli? już nigdy nie zagra w reprezentacji. Na jednym obywatelu więcej nic nie straciliśmy, a zyskaliśmy awans na mundial - pisze Rafał Stec.

Nie wiem, czy Olisadebe chce grać w reprezentacji. Ale jeśli nie chce, nikt nie ma prawa go potępiać.

Przede wszystkim Nigeryjczyk z polskim paszportem niczego swojej nowej ojczyźnie nie zawdzięcza. W każdym razie nie musi spłacać żadnego długu. Byłbym dumny, gdyby czuł taką wewnętrzną potrzebę, ale nie śmiałbym go krytykować, gdyby jej nie czuł. W reprezentacji trenera Jerzego Engela rzecz jasna się wypromował, wyjechał do niezłego zagranicznego klubu, futbolowy świat leżał u jego stóp. Ale my, polscy kibice, w dużej mierze dzięki jego golom cieszyliśmy się z pierwszego od 16 lat awansu do mistrzostw świata. Kto zyskał więcej? Mierzyć rzeczy tak niezmierzalne to czysta głupota, nie ma sensu nawet próbować. Zwłaszcza że nie tu leży problem - nawet gdyby Olisadebe przeniósł się nie do Panathinaikosu Ateny, lecz Realu Madryt, jego "dług" nie byłby większy.

Czysty biznes

Nie było tak, że prezydent Aleksander Kwaśniewski wzruszył się losem nigeryjskiego imigranta, więc przyznał mu obywatelstwo, a Engel "podarował" grę w reprezentacji. Selekcjoner powoływał Olisadebe, bo jego drużyna potrzebowała bramkostrzelnego napastnika. Prezydent mianował go Polakiem, bo tego chciała opinia publiczna. Wszyscy jesteśmy homo economicus, każdy działał tu dla własnego dobra.

I każdemu się opłaciło. Nawet jeśli "Oli" już nigdy nie zagra w reprezentacji. Na jednym obywatelu więcej nic nie straciliśmy, a zyskaliśmy - powtórzę - awans na mundial. Żądać wdzięczności od piłkarza to tak, jakby błogosławić firmę, która mianowała cię dyrektorem, za umożliwienie wspaniałej kariery zawodowej. Jest dokładnie odwrotnie - to twoje zdolności, pracowitość etc. sprawiły, że pracodawca cię potrzebował. Możemy się zżymać, że patriotyzm, miłość do ojczyzny to wartości nadrzędne, że obywatel to nie to samo co pracownik, ale historia Olisadebe od początku wydawała się sztuczna, wyglądała na czysty biznes. Przecież ten piłkarz nie tylko nie zintegrował się z kolegami, ale nie miał czasu, by "wsiąknąć w polskość", szybko wyjechał do Grecji i nad Wisłę wraca kilka razy do roku.

Tu konieczne jest zastrzeżenie: wszystko, co napisałem, to spekulacje, wrażenia, hipotezy. Nie mam pewności, nie mam nawet głębokiego przekonania, że Olisadebe nie chce zakładać biało-czerwonej koszulki i los reprezentacji kompletnie go nie obchodzi. Zwłaszcza że wątek jego nadwrażliwych mięśni, kości czy stawów powtarza się przez całą karierę. Pamiętacie trenera Birmingham Steve'a Bruce'a, który stwierdził, że "kolana Olisadebe to jeden wielki bałagan"? A przecież nigdzie w Europie lekarze nie badają piłkarzy tak skrupulatnie jak w Premier League... Nawet ewentualny występ Olisadebe w lidze greckiej nie będzie dowodem, że symulował kontuzję. Primo: za kilka dni może się częściowo wykurować. Secundo: jeśli polski lekarz dmucha na zimne i mówi "nie graj", a grecki "nic ci nie jest, graj", to dlaczego zakładać, że rację ma ten drugi?

Zabawa, nie ojczyzna

Przyjmijmy jednak wariant pesymistyczny. Reprezentacja to dla napastnika Panathinaikosu zamknięty epizod, do Polski chce przyjeżdżać już tylko w odwiedziny do teściów. Jeśli wszystko było interesem, potrafiłbym to zrozumieć. Nie miałbym śmiałości, by publicznie ogłaszać zdrajcą nawet Polaka od lat 30 Jerzego Dudka, gdyby ten stwierdził, że w zupełności wystarczy mu bronienie bramki Liverpoolu, i na zgrupowania kadry nie przyjeżdżał. Uznając np., że występy tak słabym zespole niszczą jego reputację. To przykład czysto abstrakcyjny, wybrałem właśnie taki, bo polski bramkarz wydaje mi się całkowicie oddany reprezentacji, ale nie w tym rzecz. Na pytanie, na ile człowiek "powinien" dbać o samorealizację, a na ile ciąży na nim obowiązek służenia krajowi, nie ma bowiem absolutnie słusznej odpowiedzi.

Wyobraźmy sobie czysto teoretyczny dylemat piłkarza, który stoi przed alternatywą: będzie grał dla ojczyzny, szkodząc własnej karierze, lub odmówi, karierę pchając do przodu. Co powinien wybrać? Co najmniej od czasów Gombrowicza przestało to być oczywiste, choć patriotyzm spod znaku Mickiewicza nie pozostawiał wątpliwości - "jednostka własnością narodu" to był dogmat całej polskiej kultury. Wykorzystywała to m.in. propaganda komunistyczna, która piłkarzy uciekających na Zachód lub przyjmujących drugie obywatelstwo potępiała jako zdrajców.

Dla jasności: nie aprobuję stuprocentowego egoizmu, podzielam poczucie, że reprezentowanie kraju - nawet "tylko" na boisku piłkarskim - jest czymś szczególnym. Gdybym był nawet Ruudem van Nistelrooyem, do głowy by mi nie przyszło, by odwrócić się plecami od reprezentacji złożonej z piłkarzy miernych, o kilka klas ustępujących mi umiejętnościami. Ale jeśli ktoś inny się odwraca, uważam za nieuprawnione obwoływanie go zdrajcą czy mniej lub bardziej wyrafinowany sposób publicznego znęcania się nad nim.

Zwłaszcza że jeśli się głębiej zastanowić, to w gruncie rzeczy powyższe rozważania nie mają sensu. Czy grę w piłkę zdrowy rozsądek pozwala zaliczyć do patriotycznych obowiązków? Polacy mają we krwi walkę do ostatniej kropli krwi, gdy napadnie na nich wróg, ale futbol to wciąż rozrywka, dziedzina cokolwiek błaha, choć oczywiście sukcesy mogą podnieść samopoczucie obywateli (vide wzrost zaufania do polityków po awansie do MŚ). Świetnie skwitował to w wywiadzie dla "Gazety" Kazik Staszewski. - Czy jak dostanę "powołanie" na koncert Eurowizji i nie pojadę, to jestem zdrajcą? - pytał.

I kto to mówi

Z piłkarzami, którym zdarza się przedkładać klub nad drużynę narodową (to już wręcz nagminne), jest trochę tak jak z najbogatszymi polskimi biznesmenami. Nie mam do nich pretensji, że płacą podatki na Antylach Holenderskich. Czuję natomiast żal do państwa, że nie potrafi, a nawet nie stara się zachęcić, by pieniądze zostawiali w kraju.

I właśnie tak samo myślę o Tomaszu Hajcie, który urządził sobie sąd na "Olim" wśród mikrofonów dopiero, gdy ten poleciał do Aten. Dlaczego nie przyznał mu się prosto w oczy do swoich podejrzeń, lecz ogłosił je, gdy oskarżony nie mógł się bronić? Na pewno nie usprawiedliwia go małomówność i introwertyczność Olisadebe, a wątpliwości potęguje fakt, że to właśnie Hajto jakiś czas temu zrezygnował z reprezentacji (gdy ta była w potrzebie), w dość pokrętny sposób tłumacząc się m.in. panującym w kadrze chaosem.

Wróćmy jednak do napastnika, którego Engel porównywał do Gabriela Batistuty. Przedstawiłem już wariant pesymistyczny, czas na optymistyczny. Oto Olisadebe do Polski czuje głęboki sentyment, jej reprezentowanie daje mu autentyczną radość, rzeczywiście ma kłopoty ze zdrowiem. Nigdy jednak nie potrafił w pełni zżyć się z reprezentacją, a teraz po raz pierwszy poczuł się nieakceptowany. Jeśli na następny mecz po raz pierwszy nie przyjedzie właśnie dlatego, że nie będzie chciał? Pamiętajmy, że skuteczniejszego napastnika nie mieliśmy od lat dziesięciu, a może nawet dłużej...

Dlaczego Oli nie gra w kadrze?