Boniek w Juventusie: Chciałem się uczyć

Języka uczyłem się szybko, bo chciałem koniecznie grać z kolegami w karty. Włosi grali w taką grę nieznaną w Polsce, a mnie się ona strasznie podobała - mówi o początkach swojej kariery we Włoszech Zbigniew Boniek.

Kontrakt z Juventusem podpisał Pan w 1982 roku, przed mistrzostwami świata w Hiszpanii. Nie lepiej było poczekać?

- Ja miałem dobre oferty z zagranicy już trzy lata wcześniej. Kiedyś przyjechał do Polski Helenio Herrea i chciał mnie kupić do Barcelony. Menedżer z Wolverhampton podpisywał przy mnie czek i kazał mi wpisać kwotę. A ja powiedziałem sobie, że do 1982 roku zostanę w Polsce. W Widzewie było mi dobrze, chciałem skończyć studia. A poza tym wyjeżdżałem w 26. roku życia i najlepsze lata miałem przed sobą. Nie było pośpiechu.

Początki we Włoszech nie były trudne?

- Nie. Półtora miesiąca przed mistrzostwami świata wiedziałem, że wyjeżdżam, więc każdą wolną chwilę spędzałem z samouczkiem do włoskiego. Kiedy wyjeżdżałem, umiałem powiedzieć najpotrzebniejsze rzeczy: "Nazywam się Boniek", "chcę dojechać do", "pomóż mi", czy "nie zawracaj głowy". Poza tym jechałem po mistrzostwach świata, gdzie nie wypadłem najgorzej. Wybrano mnie do jedenastki mundialu, więc moja pozycja była dobra. Na pewno na pierwszych treningach była ciekawość, jak się prezentują mistrzowie świata: Rossi czy Cabrini. Oni też patrzyli z ciekawością na mnie i Platiniego, ale szybko nas zaakceptowali. Pierwszego wieczoru na obozie postawiliśmy im po szampanie i placku. Posiedzieliśmy, było wesoło. Języka uczyłem się szybko, bo chciałem koniecznie grać z kolegami w karty. Włosi grali w taką grę nieznaną w Polsce, a mnie się ona strasznie podobała. Na początku przegrywałem, płaciłem, ale potem było lepiej.

Poza tym ja chciałem się od nich uczyć, chciałem z nimi obcować. Wchodziłem do ich domu, rozumiejąc, że ja do nich, a nie oni do mnie muszą się dostosować. Raz w tygodniu w czwartek szło się z żonami do restauracji na kolację. Od początku byłem zapraszany, więc widziałem, że oni się też dobrze czują ze mną.

Nie szokowało Pana zainteresowanie mediów?

- Ja musiałem umieć ustawić się w szeregu, choć na pewno nie byłem w klubie tym, który podpisywał się pod sukcesem kolegów. Juventus to był wielki klub, ale dziennikarze tłoczyli się głównie przy Włochach. Z Polski na mecze nikt nie jeździł, bo była właściwie jedna gazeta - organ Komitetu Centralnego PZPR. Czasem graliśmy ważne mecze, na których nie było jednego dziennikarza z Polski. Pamiętam na przykład mecz o Superpuchar Europy z Liverpoolem, w którym zdobyłem dwie bramki. Dziennikarze rozmawiali z Rossim, Platinim. Ze mną oczywiście też, ale to nie byli Polacy.

Kiedyś w ćwierćfinale Pucharu Europy wygraliśmy z Aston Villą. Zdobyłem gola na 2:1. To było pierwsze pucharowe zwycięstwo włoskiego klubu w Anglii od wielu lat, a wieczorem dziennikarz z Polski dzwoni do mnie i pyta: "Panie Zbyszku, wygraliście czy przegraliście? Bo do nas wiadomość nie dotarła". To było nawet zabawne.

Po mundialu w Hiszpanii spotkał Pan w Juventusie Michela Platiniego. Jak wspominał tamte mistrzostwa? Czy porażka na karne z Niemcami w półfinale wciąż była dla niego wielkim wstrząsem?

- Spotkaliśmy się już w Alicante przed meczem o trzecie miejsce. Podszedł do mnie rozgoryczony, ale zażartował: "Specjalnie dziś nie gram, żebyście mogli zdobyć brązowy medal". Pamiętałem nieco francuski ze szkoły, więc odpowiedziałem: "Szkoda, że nie grasz. Satysfakcja byłaby dużo większa". To wszystko. W Juventusie nie wracaliśmy do tych mistrzostw.

A do finału Pucharu Europy na Heysel?

- Ale to nie było osobiste przeżycie Bońka, lecz dramat ludzi, którzy zginęli, i ich rodzin. Miał być wielki mecz, a stadion zamienił się w obóz koncentracyjny: policja, psy, zabici. Nie powinniśmy grać, ale wojsko zdecydowało, żeby piłkarze wyszli na boisko uspokoić tłum. To był bardzo dziwny mecz. Dla mnie on się właściwie nie odbył. Nie wziąłem za niego premii, choć było to naprawdę bardzo dużo pieniędzy.

Ale bezpośrednio po grze nie miałem czasu długo myśleć. Prosto z Heysel wsiadłem w taksówkę i pojechałem na lotnisko, gdzie prywatny samolot zabrał mnie do Tirany na mecz reprezentacji Polski z Albanią, kluczowy dla awansu do finałów MŚ w Meksyku. Zdobyłem zwycięską bramkę. Kiedy wróciłem z Albanii, trzy dni leżałem w łóżku zupełnie wykończony.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.