Historia lubi się powtarzać. Tak jak Lech Poznań trzy lata wcześniej Jagiellonia Białystok w teorii jechała do Florencji po potwierdzenie wyroku. Jednak oni mieli inne plany. Ich tajną bronią był 19-latek, o którego występie białostoccy kibice będą pamiętać latami. Dogrywka zabrała marzenia o awansie do 1/8 finału Ligi Konferencji, wygrana 4:2 nie wystarczyła. Jednak Jagiellonia pokazała, że polski klub potrafi, a w jej szeregach zrodziła się nowa gwiazda.
Szanse są małe, ale nigdy zerowe. Z takim nastawieniem do Florencji musiała jechać Jagiellonia. Na papierze za Białostoczanami nie przemawiało po prostu nic. Jagiellonia wcześniej pięć razy w swojej historii w europejskich pucharach musiała odrabiać straty po pierwszym starciu dwumeczu. Nie udało jej się to ani razu, a o trzybramkowej stracie mówiliśmy tylko raz w decydującej rundzie eliminacji do Ligi Europy w zeszłym sezonie z Ajaxem Amsterdam ("Jaga" poległa 1:4 u siebie, a potem 0:3 w Holandii).
Dał im przykład Lech z Poznania, jak Florencją wstrząsnąć
Jednocześnie Białostoczanie musieli mieć w głowie historię Lecha Poznań. Niespełna trzy lata wcześniej "Kolejorz" był w identycznej sytuacji jak Jagiellonia dziś. W ćwierćfinale LK w sezonie 2022/23 polegli u siebie właśnie z Fiorentiną trzema bramkami (1:4) i jechali do Włoch teoretycznie tylko po to, żeby obronić honor. W jak wielkim szoku wszyscy byliśmy, gdy w 69. minucie Artur Sobiech trafił do siatki i był to gol na... 3:0 dla Lecha. W tamtej chwili Poznaniacy byli gotowi grać dogrywkę, do której nie miało prawa dojść. Fiorentina ostatecznie się obudziła i odwinęła. Porażki nie uniknęła, ale 2:3 dawało jej awans.
Czy była szansa, że Jagiellonię stać na coś takiego, tylko bez tracenia tych dwóch goli? Cóż, logika a logika piłki nożnej to czasem dwie różne rzeczy. Poza tym, jak nie o awans, to po prostu o zwycięstwo warto było walczyć. Któż bowiem obraziłby się na dodatkowe 0,25 pkt do rankingu UEFA? Cieszyć mógł powrót do składu Tarasa Romanczuka i Afimico Pululu, którzy w Białymstoku nie grali przez kartki. A nie trzeba dodawać, jak ważni to piłkarze. Pululu w tym sezonie nie zagrał ani minuty tylko w czterech spotkaniach. Jagiellonia wygrała ledwie jedno z nich.
Sprawa była wynikowo niezwykle trudna, ale pod kątem samej gry bardzo prosta. Zagrać swój ofensywny futbol, nie bać się ewentualnej kolejnej porażki i cieszyć się, że Białostoczanie są w takim momencie historii, iż mogą w ogóle zagrać w Lidze Konferencji z drużyną z Serie A. Na przedmeczowej konferencji mówił o tym zresztą trener Adrian Siemieniec. - Wręcz absurdalne jest stawiać tezę, że ktoś, kto ma szacunek do drogi, którą przebyliśmy, żeby zagrać taki mecz, żeby przyjechać do Florencji, żeby Jagiellonia zagrała na Stadio Artemio Franchi, które niesie ze sobą wspomnienia i elektryzuje, nie zdaje sobie sprawy z momentu. Motywacja to tylko krótki bodziec, a kluczowe jest budowanie mentalności, która ma powodować, że zespół zawsze chce wygrać - mówił szkoleniowiec.
Włosi nie mieli pojęcia, co to znaczy walka z Pululu
Zresztą już od pierwszych minut rzucało się w oczy, że Jagiellonia chce pokazać swoją najlepszą twarz. Pululu szybko udowodnił obrońcom rywali, iż jest dużo trudniejszy do upilnowania niż Samed Bazdar. Już w 4. minucie mieli szczęście, że Kongijczyk w znakomitej sytuacji sam na sam trafił prosto w bramkarza. "Tego brakowało w Białymstoku, takiego napastnika jak Pululu, zupełnie inaczej by się ten mecz skończył!" - takie słowa wykrzyczeli komentatorzy Polsatu Sport niespełna dwadzieścia minut później. Nie sposób było nie przyznać im racji.
Wszak powód do takich twierdzeń dała asysta, którą Kongijczyk zaliczył przy golu Bartosza Mazurka. Wziął obrońcę na plecy i prostopadle wystawił koledze piłkę, a ten nie zmarnował szansy sam na sam. Napastników rozlicza się z goli, ale ile może dać napastnik potrafiący pracować ciałem, ta akcja pokazała w pełni. Zresztą dzień wcześniej w meczu rewanżowym o 1/8 finału Ligi Mistrzów Atalanta Bergamo - Borussia Dortmund Gianluca Scamacca pomiatał wręcz obrońcami BVB i dołożył niemałą cegiełkę do tego, że Włosi odrobili dwubramkową stratę z Niemiec i awansowali (4:1).
Narodziny gwiazdy. Nawet Pietuszewski tego nie potrafił
Sam strzelec to także piękna historia. Jak tak dalej pójdzie, to obwołanie Jagiellonii "wylęgarnią talentów" będzie w pełni uzasadnione. Rok tylko starszy od Oskara Pietuszewskiego środkowy pomocnik jeszcze w poprzednim sezonie rozegrał tylko 50 minut w całym sezonie Ekstraklasy, choć kibice i eksperci nawoływali, by dostawał częstsze szanse. W bieżącym już teraz ma ponad 10 razy więcej. Do tego kolejne w Lidze Konferencji, a teraz jego pierwszy europejski gol. I to na terenie drużyny z Serie A. Nawet Pietuszewski nie dał rady trafić do siatki w Lidze Konferencji, gdy grał dla Białostoczan. A to był dopiero początek!
Mazurek po tym pierwszym golu mógł zadać sobie pytanie "cóż może być lepszego, niż gol w takim spotkaniu?". Odpowiedź była prosta. Dwa gole w takim spotkaniu. Jagiellonia nie ruszyła wściekle na Fiorentinę od razu. Jakby wyczekała do końcówki pierwszej połowy, a w niej okazje zmarnowali Bernardo Vital i Taras Romanczuk, a strzelił właśnie Mazurek. Szczęśliwie, bo po rykoszecie od obrońcy. Ale szczęście sprzyja lepszym, a Jagiellonia coraz mocniej przypominała Lecha sprzed trzech lat. Wyglądało to nawet lepiej, bo Poznaniacy do przerwy prowadzili we Florencji 1:0, a nie 2:0.
Genialny 19-latek przeszedł do historii
Występ Mazurka w tym spotkaniu okazał się wręcz epokowy w skali nie tylko Jagiellonii, ale całej polskiej piłki. W drugiej połowie dorzucił trzeciego gola. Znów po kapitalnym zachowaniu i podaniu Pululu, który fizycznie niszczył wręcz rywali, a przegląd pola miał godny najlepszych pomocników świata. Zaś w gorącokrwistej Italii, najwięcej zimnej krwi miał przy wykańczaniu akcji 19-latek z Polski. Od dziś drugi najmłodszy strzelec hattricka w dziejach Ligi Konferencji. Młodszy był tylko Marc Guiu z Chelsea, który w zeszłym sezonie załadował trzy "sztuki" Shamrock Rovers (5:1).
Oczywiście, choć w białostockiej orkiestrze pierwsze skrzypce grali Pululu oraz Mazurek, Jagiellonia jako całość funkcjonowała zupełnie inaczej niż tydzień temu. Środek pola długimi fragmentami miał wszystko pod kontrolą (wielka praca Tarasa Romanczuka), obrońcy wzajemnie się asekurowali, a gdy trzeba było, pomagał Sławomir Abramowicz. Dobrze funkcjonująca maszyna, która postawiła się w dokładnie takiej samej sytuacji, jak Lech Poznań trzy lata wcześniej. Przy czym chcieli oczywiście dopilnować, by historia nie powtórzyła się w stu procentach. Częściowo udało im się tego dokonać, gdyż doprowadzili do dogrywki.
Niesamowity scenariusz dogrywki. Szkoda tylko, że bez happy endu...
Dogrywki, która samym swoim istnieniem musiała wywoływać głęboki smutek w szeregach Fiorentiny. I nie chodzi tylko o to, że samo roztrwonienie takiej przewagi na własnym boisku z polskim zespołem, to ich kompromitacja. Dla nich Liga Konferencji nie jest teraz priorytetem. Ich sytuacja w Serie A (16. miejsce i tyle samo punktów, co będące w strefie spadkowej Lecce) jest taka, że ważniejszy mecz niż ten z Jagiellonią mieli za sobą (1:0 z Pisą) oraz przed sobą (wyjazdowy z Udinese). Na Białostoczan wyszli jedenastką w podobnym stopniu rezerwową, co w pierwszym spotkaniu. Liczyli zapewne, że dowiozą co ich i skupią się znów na lidze. Nic z tego.
Jagiellonię czekała ostateczna próba charakteru. Liderzy, czyli Pululu, Romanczuk, Mazurek i Imaz nie mieli już tylu sił. A w takich sytuacjach liczą się cechy wolicjonalne. Mazurek zdążył pokazać, że ma je na wysokim poziomie. W dogrywce w pewnej chwili dość mocno rzucał się do niego obrońca rywali Dodo. Jednak 19-latek zareagował tak, jak przy finiszowaniu akcji. Z zimną krwią, niewzruszenie. Żółtą kartkę obejrzał tylko Brazylijczyk.
Starożytni Rzymianie wiele rzeczy "pożyczyli" od Greków. Ten mecz, choć rozgrywany na terenach dawnego Imperium, również miał historię godną greckich dzieł pisanych. A cóż to za historia, bez trzymającego w napięciu zakończenia? Niestety w tym wypadku nie było to zakończenie szczęśliwe dla Jagiellonii. Jagiellonii, która brutalnie przekonała się, że gdy ważą się losy dwumeczu, mały błąd może kosztować wszystko. Jedno nie dość pewne, zbyt słabe piąstkowanie w wykonaniu Sławomira Abramowicza i idealny strzał typu "spadający liść" Nicolo Fagioliego. Później było też zamieszanie w polu karnym, w którym Moise Kean odnalazł się najlepiej. Z 0:3 na 2:3. Jak lata temu z Lechem.
Pomocną dłoń wyciągnął jeszcze bramkarz David de Gea, przepuszczając strzał Jesusa Imaza, którego przepuścić nie miał prawa. Niestety najważniejszy nie był cios, zadany jako ostatni. Najważniejsze było, kto przez te łącznie 210 minut dwumeczu zadał ich więcej. A tym zespołem okazała się Fiorentina. Pokonana dziś u siebie przez polski zespół po raz trzeci w historii (wcześniej dwukrotnie dokonał tego Lech Poznań). Jednak szczęśliwa w tej porażce.
Białostocka armia prawie zdobyła Florencję
Jagiellonii należą się jednak ogromne brawa. Dziś w białostockich barwach byłszczeli Pululu, był Romańczuk, był i Mazurek, który hat-trickiem wyrzeźbił sobie miejsce w białostockiej historii futbolu. Oczywiście o reszcie zespołu zapominać nie wolno. Do Polski wrócą nienasyceni. Pomni tego, że było bliżej, niż tak naprawdę miało być. Że można było zagrać lepiej u siebie i przystępować do tego spotkania na innych warunkach.
Jednak miejmy nadzieję, iż po tym występie obok niedosytu zasiądzie też duma. Bo ów mecz jest dla Białostoczan do niej powodem. I nikt niech nie mówi, że Fiorentina wyszła rezerwowym składem. Po wpuszczeniu gwiazd wcale nie zdominowała, nie zmiażdżyła Jagiellonii. Zespół Adriana Siemieńca kończy przygodę z Ligą Konferencji głową podniesioną do góry oraz nową, młodą gwiazdą w swych szeregach.