Ekstraklasa jest najwyżej sklasyfikowaną ligą, która w ostatnich 20 latach nie wyrzuciła z pucharów nikogo z europejskiego centrum. Krócej na taki sukces czekają m.in. Słoweńcy, Słowacy czy Węgrzy. Jagiellonii we Florencji najpewniej to się nie uda, a bez takiego sukcesu opowieść o rozwoju polskiej ligi pozostanie niepełna.
Okoliczności wydawały się wymarzone. Z jednej strony aktualny lider ekstraklasy. Zaprawiony w europejskich bojach także przeciwko drużynom z wysokiej półki. Z drugiej: drużyna ze strefy spadkowej Serie A, która podbijaniem Ligi Konferencji zdążyła się w ostatnich latach nasycić i aktualnie ma ważniejsze sprawy na głowie. Ani na moment Jagiellonia Białystok nie stała się faworytem rywalizacji z Fiorentiną. Były jednak uzasadnione nadzieje, że stoczy rywalizację jak równy z równym z przeciwnikiem z czołowej europejskiej ligi. Nic z tego. Sprawę awansu Włosi rozstrzygnęli już w pierwszym meczu. Przed rewanżem można się jedynie chwytać argumentów magicznych w stylu "dopóki piłka w grze". Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, że w czwartek wieczorem nadal ostatnim polskim klubem, który wyeliminował drużynę z ligi top 5 z europejskich pucharów, pozostanie Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski z 2003 roku.
Bundesliga, Serie A, La Liga, Premier League i Ligue 1 uciekają reszcie świata, a system stworzony przez UEFA umacnia ich dominację. Polska niemoc zaczyna jednak być ewenementem na skalę kontynentu. Na dłuższym dystansie kluby z lig pokroju polskiej będą zwykle bez szans z drużynami z najsilniejszych europejskich rozgrywek. Pojedyncze rywalizacje klubom w naszym zasięgu udawało się jednak z nimi wygrywać. W dyskusji o tym, czy polska liga faktycznie się rozwija, czy tylko korzysta ze stworzenia przez UEFA Ligi Konferencji, która premiuje specyfikę ekstraklasy – relatywnie dobry poziom średniaków i niski czołowych drużyn – to akurat byłby argument tych, którzy na rankingowe skoki polskiej ligi patrzą sceptycznie.
Pięć skalpów w trzy lata
Początkiem XXI wieku ogrywanie przez Polaków rywali z najsilniejszych europejskich lig nie było może chlebem powszednim, lecz zdarzało się względnie regularnie. Wisła Kraków potrafiła w ciągu kilku lat wyrzucić z rozgrywek Real Saragossa, Parmę i Schalke (w jednym sezonie!), a rok później jej wyczyn powtórzyła Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, eliminując, runda po rundzie, Herthę Berlin i Manchester City. W tamtym momencie Polska miała na koncie pięć skalpów z czołowych europejskich lig zebranych w ciągu ledwie trzech lat. Nikt nie mógł przypuszczać, że zaczynała się wówczas trwająca niemal ćwierć wieku niemoc.
Jak zwracałem uwagę już w momencie styczniowego losowania, Jagiellonia stanęła więc w tym roku przed epokowym wyzwaniem. Niestety, prawdopodobnie zostanie dwunastym pokonanym polskim zespołem z rzędu. Może jedynie powalczyć o pojedyncze zwycięstwo na otarcie łez, jakie Lech odniósł we Florencji przed trzema laty, Legia przeciwko Chelsea w Londynie rok temu, czy Wisła Kraków z Barceloną Pepa Guardioli w 2008 roku. Poza takimi wygranymi bez większego znaczenia, Polakom udawało się w ostatnich latach jedynie osiąganie pojedynczych zwycięstw w fazach grupowych, by przypomnieć wygrane Legii z Leicester City czy Aston Villą albo Wisły z Fulham.
Zobacz też: Jagiellonia przegrała 0:3, a tu takie słowa Hajty
Wstydliwie długie czekanie
Jeśli spojrzeć na krajobraz całej europejskiej piłki, okaże się, że wcale nie musi tak być. Tylko w bieżącym sezonie rywali z lig top 5 wyrzuciły kluby z Portugalii, Turcji, czy Norwegii. Przed rokiem udało się to także Holendrom, Belgom, Duńczykom i Grekom, a dwa lata temu również Chorwatom. Ogółem, w ostatnich dziesięciu latach przynajmniej jeden pucharowy dwumecz z przeciwnikiem z najsilniejszych lig wygrały kluby z czołowych czternastu krajów rankingu UEFA. Wyłamała się jedynie Polska.
Także patrząc na słabsze rankingowo kraje, próżno szukać podobnie długiej niemocy. Nawet ligom pokroju Serbii, czy Słowenii zdarzyły się sukcesy w postaci wyeliminowania Sampdorii przez Vojvodinę Nowy Sad, czy Freiburga przez NK Domżale. Slovanowi Bratysława udało się w 2011 roku ograć w dwumeczu Romę, a Łudogorcowi Razgrad dwa lata później Lazio. Rumuńska Astra Giurgiu eliminowała West Ham dwa lata z rzędu. To, co w Polsce wspomina się jako epokowe sukcesy, przynależne tylko tak wielkim drużynom jak Wisła Henryka Kasperczaka, gdzie indziej zdarza się jednak częściej niż raz na ćwierć wieku. W czołowej trzydziestce europejskiego rankingu dłużej od Polski na podobny sukces czekają jedynie Szwedzi, Izraelczycy i Azerowie.
Nie tacy wielcy
Co istotne, podobnej niemocy nie da się wytłumaczyć jedynie poziomem sportowym. Większość klubów z najsilniejszych lig, co do zasady, jest od polskich bogatsza i ma lepszych piłkarzy. Oni też jednak nie zawsze podchodzą do pucharowej rywalizacji śmiertelnie poważnie, a rywali z egzotycznych - z ich perspektywy - europejskich krajów potrafią zlekceważyć, z czego inni od czasu do czasu korzystają. Aktualnie czołowe ligi wysyłają jednak do Europy tak wiele klubów, że wpadający na nich Polacy niekoniecznie rywalizują ze ścisłą czołówką.
Lech Poznań grał jesienią z walczącym o utrzymanie w Bundeslidze FSV Mainz, o którym Tymoteusz Puchacz, wychowanek Kolejorza, powiedział kilka lat temu, że, przyjeżdżając na Bułgarską, "mogłoby dostać w trąbę". Wywołał wówczas wielki szum, ale co do zasady miał rację. Lech, jeden z największych polskich klubów, nie może się równać z Bayernem Monachium, Borussią Dortmund czy Bayerem Leverkusen i jeszcze kilkoma innymi potężnymi niemieckimi klubami. Ale nie ma żadnego powodu, by już przed meczem klękał przed notorycznym średniakiem Bundesligi. Podobnie jak przed rywalizacjami z ekipami pokroju Rayo Vallecano, z którym już zdążył w tym sezonie Ligi Konferencji przegrać.
Tylko Anglia poza zasięgiem
Według rankingu Opty, służącego do porównywania siły drużyn z różnych światowych lig, gdyby stworzyć tabelę obejmującą wszystkie 96 zespołów lig top 5 oraz 18 z ekstraklasy, najwyżej sklasyfikowany polski klub – Raków Częstochowa – byłby na 73. miejscu. To optymistyczna informacja. Intuicyjnie mogłoby się bowiem wydawać, że na 97. – za wszystkimi ekipami z najsilniejszych lig kontynentu. Tak jednak nie jest. 96 klubów to potężna, różnorodna masa, która nie obejmuje jedynie Reali i Manchesterów City tego świata, ale też klubiki prowincjonalne, grające na mniejszych stadionach niż polskie, wydające niekoniecznie większe od nich pieniądze i będące mniejszymi organizacjami. Ich jedyna przewaga nad niektórymi polskimi klubami polega na tym, że rywalizują w jednej lidze z Barceloną czy Bayernem, a nie z Niecieczą, czy Zagłębiem Lubin. Ale w bezpośrednim starciu nie powinno to mieć takiego znaczenia.
Wprawdzie ranking Opty to ledwie analityczna zabawka, próbująca jedynie szacować siłę poszczególnych klubów. Opiera się jednak na solidnych matematycznych podstawach. Według niego Fiorentina, nawet dołując, była faworytem rywalizacji z Jagiellonią. Ale jednocześnie Raków zdaniem tego narzędzia miałby realną szansę ograć dziś Sevillę, Lech Niceę, Jagiellonia Auxerre, a Cracovia Nantes. Metz, najsłabsze we Francji, także w Polsce musiałoby się martwić o utrzymanie, prezentując poziom zbliżony do Motoru Lublin.
Ta wyliczanka ma służyć tylko jednemu. Podkreślić, że samo brzmienie osłuchanej tydzień w tydzień z najsilniejszych lig nazwy, nie powinno czynić z jakiegoś klubu faworyta rywalizacji z przedstawicielem ekstraklasy. To jest prawdziwe jedynie dla Premier League, która odjechała innym tak daleko, że nawet dołujące Wolverhampton zdobyłoby pewnie gładko mistrzostwo Polski. Już jednak we Francji, Niemczech, Włoszech i w Hiszpanii grają drużyny słabsze od niektórych polskich. I co jakiś czas można na nie trafić w europejskich pucharach, zwłaszcza w Lidze Konferencji.
Potrzeba żywego dowodu
Piątkowe losowanie 1/8 finału prawdopodobnie nie będzie już dotyczyło Jagiellonii. Lech może w nim jednak trafić na Rayo Vallecano lub Szachtar Donieck, a Raków na Rijekę lub Fiorentinę. Wylosowanie Ukraińców czy Chorwatów dawałoby większe szanse na ćwierćfinał, ale oba polskie kluby prezentują odpowiedni poziom, by do ewentualnej rywalizacji z piętnastą drużyną La Liga czy osiemnastą Serie A przystępować z wypiętą piersią. A przynajmniej bez kompleksu niższości. By opowieść o rosnącej polskiej lidze, która rośnie w pucharach i nadrabia stracone lata, była pełna, potrzebne jest ogrywanie w Europie także drużyn z teoretycznie lepszego świata. Nawet jeśli Jagiellonii, jak jej już jedenastu poprzednikom, znów się nie udało, nie wszystkie one są poza polskim zasięgiem. Potrzeba jednak na to żywego dowodu.