Analiza

Pierwszorzędna liga drugorzędna. Ekstraklasa łamie rankingowy kod

Michał Trela
Przez lata ranking lig europejskich nie oddawał realnej siły Ekstraklasy, co jednak można było udowodnić dopiero w momencie powołania do życia Ligi Konferencji. Wkrótce zakrzywienie może jednak zacząć odbywać się w drugą stronę. Polskie kluby muszą wykorzystać większy dostęp do pieniędzy z europejskich pucharów, by jakościowy skok, który widać w rankingach, zrobić także na boisku.
Mikael Ishak po golu z FSV Mainz
Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl

Trudnością w odwiecznych dyskusjach o wyższości jednej ligi nad drugą jest to, że porównania na jednym boisku odbywały się rzadko. I bywały niemiarodajne. Kluby, które wyrosły nad swoje ligi, jak Paris Saint-Germain, czy Bayern Monachium we Francji i w Niemczech, albo Łudogorec Razgrad i Crvena zvezda Belgrad w Bułgarii i Serbii, nie mogą świadczyć o sile całych rozgrywek. Jak w skokach narciarskich, gdzie z pięciu sędziowskich not za styl najlepsza i najgorsza są odcinane jako skrajne, właściwie w tych dysputach trzeba by w ogóle nie brać pod uwagę hegemonów. Czyli ligę hiszpańską traktować w oderwaniu od Realu czy Barcelony, na holenderską nie patrzeć przez pryzmat Ajaksu, czy PSV Eindhoven, a na portugalską Benfiki czy Sportingu. Ale w futbolu tak się nie da. Ranking UEFA budują właśnie konie pociągowe całej ligi.

Zobacz wideo "Atmosfera stała się nie do zniesienia". Brzęczek odpowiada Lewandowskiemu

Ekstraklasa przez lata na tym cierpiała, bo lokomotyw rankingowych się nie dorobiła. Jej wyrównany poziom zapewniał zainteresowanie na rynku wewnętrznym, ale był przekleństwem, gdy trzeba było mierzyć się z zagranicą. To się zresztą nie zmieniło. Mistrzowie Polski od dziewięciu lat nie mogą przebić się do Ligi Mistrzów, a ogółem w trzy dekady zrobili to tylko raz. Trudno dostępnym światem stała się także Liga Europy. Szczęśliwie UEFA powołała do życia trzeci szczebel europejskich pucharów - Liga Konferencji okazała się dokładnie tym, czego polska liga potrzebowała. Okazją do częstego konfrontowania się nie tylko z mistrzami innych krajów, ale też z ich drugimi, trzecimi oraz czwartymi drużynami. Pozwoliło to potwierdzić lansowaną od dawna tezę, że Ekstraklasa w rzeczywistości była silniejsza, niż wskazywał ranking UEFA. Tyle że o jej poziomie świadczyła klasa średniego zespołu, a nie drużyn eksportowych.

Nowe perspektywy

Miniona jesień pucharowa okazała się najpełniejszym triumfem tego podejścia. Polskie kluby w komplecie spotkały się w Lidze Konferencji, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej. Trzy przebrnęły pierwszy etap, przy czym Raków Częstochowa zrobił to spektakularnie, zostając wiceliderem fazy zasadniczej. W klasyfikacji wszech czasów najmłodszych europejskich rozgrywek Polska zajmuje pierwsze miejsce. A wyniki osiągane w Europie oznaczają rankingowy wzlot na wcześniej niedostępne poziomy. Z 30. miejsca, jakie Ekstraklasa zajmowała w Europie jeszcze kilka lat temu, w poprzednim sezonie wskoczyła na 15. Dziś ma zagwarantowane, że nie spadnie poniżej 12. A nie jest wciąż wykluczone, że awansuje do pierwszej dziesiątki.

Dla polskich klubów oznacza to wejście w zupełnie inne realia. O ile wcześniej awans do europejskich pucharów nazywano pocałunkiem śmierci, dziś to coraz bardziej gwarancja pieniędzy z UEFA. Dużą zmianą na plus jest już to, że w ostatnich latach mistrzostwo Polski niemal zapewniało grę w pucharach przynajmniej do końca jesieni. Wraz z kolejnymi awansami pewność awansu do pucharów będzie się rozszerzać także na innych przedstawicieli polskiej piłki. Już niemal na pewno od 2027 roku zwycięstwo w Pucharze Polski będzie oznaczało występy przynajmniej w Lidze Konferencji (w tym roku Legia musiała się do niej przebijać przez mordercze eliminacje). Coraz wygodniejszą ścieżkę do Europy zacznie już od przyszłego sezonu mieć także wicemistrz. Gdyby udało się wywalczyć 10. miejsce w rankingu UEFA kosztem Czechów, doszłoby do prawdziwej rewolucji, bo wygrana w Ekstraklasie dawałaby występy w Lidze Mistrzów bez eliminacji. A to w tych rozgrywkach są do podniesienia naprawdę gigantyczne pieniądze.

Będzie coraz trudniej

To, że w wyścigu po dwa dodatkowe miejsca w Lidze Mistrzów, które UEFA przyznaje co roku najlepiej punktującym federacjom, po jesieni prowadzi Polska, jest jednak potencjalnie niebezpieczne. Od początku wprowadzenia tych miejsc interpretowano je jako rozszerzenie kuchennymi drzwiami puli miejsc w Lidze Mistrzów dostępnych dla przedstawicieli największych lig. Dotąd z bonusowego awansu skorzystali Niemcy, Włosi, Hiszpanie i Anglicy, a więc dokładnie cztery największe ligi. W tym roku też prowadzili w tej klasyfikacji Anglicy z Niemcami. Tyle że właśnie wyprzedzili ich Polacy. Ten stan będzie ekstremalnie trudno utrzymać wiosną. Ale im więcej krajów zacznie zwracać uwagę, że Ekstraklasa nabija sobie rankingowe punkty przez wyczyny w najsłabszym z europejskich pucharów, tym większe jest ryzyko, że UEFA zacznie gorzej traktować punkty zdobywane akurat w nim. Skoro na razie się to jednak nie dzieje, trzeba wykorzystywać sprzyjającą nam lukę w systemie.

Z czasem będzie coraz trudniej o dobre pozycje w rankingu nie tylko ze względu na ewentualne zmiany w regulaminach, ale też na fakt, że UEFA sporządza europejską klasyfikację w oparciu o pięcioletnie cykle. Na razie Polskę ciągnie jeszcze w dół sezon 2020/21, ostatni przed powołaniem do życia Ligi Konferencji. Lech Poznań wprawdzie wszedł wówczas do Ligi Europy, ale jej nie zwojował i nie nabił wielu punktów. Krajowy współczynnik za tamten sezon wyniósł dla Polski cztery punkty, podczas gdy za obecny to już niemal 12. W pierwszym sezonie istnienia Ligi Konferencji żaden polski klub tam z kolei nie grał. Legia Warszawa przebiła się bowiem do Ligi Europy i tam również punktowała marnie. Co roku z rankingu odcinany jest najdawniejszy sezon i na razie Polsce to sprzyja. Odpadają jej bowiem z dorobku te najsłabsze, zostają najlepsze.

Sufit czołowej dziesiątki

Ten efekt ma jednak datę ważności. Wraz ze zwiększającymi się szansami na udział w silniejszych europejskich pucharach, rośnie szansa, że polskie kluby faktycznie będą w nich grać. Awans do Ligi Mistrzów oznaczałby dla przedstawiciela Ekstraklasy olbrzymie pieniądze, ale też bardzo ograniczone perspektywy zdobywania punktów. Widać to po tegorocznej Lidze Mistrzów, gdzie Slavia Praga nie wygrała meczu i już jest praktycznie pewna, że nie wystąpi wiosną w europejskich pucharach. Trudniej o punkty będzie też w Lidze Europy, w której dzięki rankingowym wzrostom Polacy zaczną się wkrótce częściej pojawiać. To znaczy, że grać na rankingowych kodach będzie można jeszcze tylko przez moment. A wkrótce trzeba będzie za zarabiane w Europie pieniądze faktycznie wejść na wyższy poziom. Bo inaczej ranking zacznie lecieć na łeb na szyję.

Na razie, mimo bardzo udanej pucharowej jesieni polskich klubów, wciąż łatwo zauważyć sufit, którego nie są w stanie przebić. Weźmy dorobek rewelacyjnego Rakowa: wygrane z Omonią Nikozja, Zrinjskim Mostar, Rapidem Wiedeń, Universitateą Krajowa. Widać tu osiągnięcie przyzwoitego poziomu europejskiego, regularność w wygrywaniu z klubami ze słabszych lig europejskich, ale nie widać symptomów dobijania do poziomu Ligi Europy. Raków bardzo rzetelnie wywiązał się z zadań, co nie zawsze było normą i nie każdemu się udawało – vide porażki Lecha w Gibraltarze i Legii w Armenii – ale nie ma tu symptomów zdobywania jakichś nieosiągalnych wcześniej szczytów.

Ogrywanie słabszych lub równych

Podobnie było właściwie ze wszystkimi polskimi klubami. Lech ograł Sigmę Ołomuniec, Lozannę i Rapid, a Jagiellonia Kuopio i maltańskie Hamrun Spartans. Paradoksalnie największą europejską markę udało się pokonać dołującej Legii. Wprawdzie z Szachtara Donieck została już głównie nazwa i według Opta Power Ranking nawet w Ekstraklasie nie byłby już najsilniejszym klubem, ale i tak jest to wynik wart odnotowania. Według tej klasyfikacji najsilniejszym pokonanym przez Polaków zespołem była Omonia. Wciąż nie jest to jednak wysyłanie w świat takiego sygnału, jaki kilka lat temu udał się Norwegom z Bodo/Glimt, którzy rozbili w Lidze Konferencji Romę. Krótko potem doszli do półfinału Ligi Europy, a ostatnio urwali punkty Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów. Dla polskich klubów tego typu rywale to nadal zdecydowanie za wysokie progi.

Okazji do starć z przedstawicielami czołowej ósemki europejskiej było kilka i wszystkie wypadły dla polskich klubów co najwyżej średnio. Na najbardziej dojrzałą w starciach z wysoką półką kontynentalną wyrasta Jagiellonia, która potrafiła zremisować na wyjeździe ze Strasbourgiem, zwycięzcą fazy ligowej i z AZ, należącym do szerokiej czołówki w Holandii. Lech, gdy trafił w eliminacjach Ligi Europy na Genk, wpadł pod jego koła, choć już w fazie zasadniczej Belgów potrafili ograć Duńczycy z Midtjylland i węgierski Ferencvaros. W starciu z FSV Mainz, ostatnim w Bundeslidze, mistrza Polski stać było tylko na punkt. Z Rayo Vallecano, hiszpańskim średniakiem, przegrały zarówno Lech, jak i Jagiellonia. Silny klub czeski także okazał się nie do ukąszenia – Raków ze Spartą Praga zremisował, co trzeba było uznać za sukces, Legia przegrała. Podobnie jak z Samsunsporem, należącym do szerokiej czołówki w Turcji. To, że Ekstraklasa ogrywa w Europie słabszych lub równych sobie, jest już wielkim krokiem naprzód w porównaniu do poprzednich lat, gdy ślizgała się na każdej europejskiej skórce od banana. By jednak utrzymać ten poziom rankingowy, trzeba będzie nauczyć się częściej podgryzać teoretycznie silniejszych od siebie.

Jesienny koniec harców

To jednak także kwestia systemowa. O ile Liga Konferencji została wymyślona głównie z myślą o krajach Europy Środkowo-Wschodniej, które szybko odpadały z Ligi Mistrzów, czy Ligi Europy, zwykle ich harce w tych rozgrywkach trwają maksymalnie do jesieni. Polskie kluby osiągnęły już pewną regularność w osiąganiu ćwierćfinału – grały w nim Lech, Legia i Jagiellonia, teraz przed taką szansą stanie też Raków – ale tam drogę do dalszych sukcesów zamykały im kluby z najsilniejszych lig: Fiorentina, Real Betis, Chelsea. Z 16 miejsc w półfinałach, 10 zabrały dotąd kluby z Anglii, Włoch, Hiszpanii i Francji. Pozostali też raczej nie byli europejskimi Kopciuszkami – Olympiakos, Club Brugge, Feyenoord, Alkmaar, Bazylea – to wszystko znane marki kontynentalnej piłki. Jedynym naprawdę sensacyjnym półfinalistą był w zeszłym sezonie szwedzki Djurgarden. Klucz do jego sukcesu polegał jednak na szczęściu w losowaniu – w fazie zasadniczej nie trafił na nikogo z najsilniejszych lig i finiszował w czołowej ósemce. W pucharowej trafił na Pafos oraz Rapid Wiedeń, więc ze ścianą, czyli Chelsea, zderzył się dopiero w półfinale.

Dokładnie tak wyglądają też nadzieje ekstraklasowego tercetu na historyczny wynik wiosną w Lidze Konferencji. Trzeba jak najdłużej unikać rywali z krajów czołowej dziesiątki rankingu. W tym sensie w bardzo komfortowym położeniu ułożył się Raków, jako drugi zespół jesieni, losowany w teoretycznie najkorzystniejszej części drabinki. Rankingowe skoki otworzyły Polsce szansę na miejsce w czołowej dziesiątce Europy, ale boisko pokazuje, że mniej więcej na tym poziomie zawieszony jest na razie sufit. W spotkaniach z przedstawicielami najlepszego piłkarskiego świata polskie kluby mogą zazwyczaj liczyć najwyżej na pozostawienie dobrego wrażenia w rewanżu po nieudanym pierwszym meczu. Postęp w porównaniu do poprzednich lat jest i tak kolosalny. Ale o ile przez lata ranking zakrzywiał siłę Ekstraklasy w niekorzystny dla niej sposób, powoli zaczyna to robić w odwrotną stronę.

Michał Trela
Więcej o: