Po dwóch pierwszych meczach w Lidze Konferencji Raków Częstochowa miał na koncie cztery punkty. Zespół Marka Papszuna wygrał 2:0 z rumuńską Universitateą Craiova i w ostatnich minutach wyrwał remis czeskiej Sigmie Ołomuniec (1:1). Teraz wicemistrzowie Polski ponownie udali się do Czech, tylko tym razem do samej stolicy, czyli Pragi, by zagrać ze Spartą.
Spartą, która w tym roku gra w Lidze Konferencji i w ich wypadku trzeba użyć słowa "tylko". Jeszcze w zeszłym sezonie rywalizowali w Lidze Mistrzów. Jednak ów sezon w lidze czeskiej był dla nich bardzo słaby. Skończyli go dopiero na czwartym miejscu, wypadając poza podium ledwie trzeci raz z XXI wieku. W bieżącym po czternastu kolejkach mają na koncie 30 punktów i są wiceliderem (za Slavią Praga, która ma tyle samo oczek). W LK jak dotąd rozbili irlandzkie Shamrock Rovers 4:1 oraz przegrali 0:1 z chorwacką Rijeką.
Ten mecz przez długi czas przypominał to, co zobaczyliśmy w wykonaniu Rakowa z Sigmą Ołomuniec. Mało futbolu w futbolu. Przez pierwsze pół godziny jakkolwiek groźnie zrobiło się tylko po strzale Karola Struskiego zza szesnastki, przy czym i tak mowa o uderzeniu pewnie złapanym przez bramkarza. Dopiero w 33. minucie atmosferę podgrzał Lukas Haraslin, który ograł w polu karnym Tudora i pokonał Zycha. Na szczęście były skrzydłowy Lechii Gdańsk był w momencie podania na niedużym spalonym, więc gola nie zaliczono.
Haraslin ten mecz zaczął na ławce, ale już w 25. minucie zastąpił kontuzjowanego Albiona Rrahmaniego. Ta zmiana odmieniła Spartę, dodała jej polotu w grze. W 40. minucie Kevin-Prince Milla powinien był trafić na 1:0, ale Oliwier Zych kapitalną interwencją uratował Raków. Bramkarz pomógł też kilka minut później przy groźnym, płaskim strzale Haraslina. Dzięki tym interwencjom wicemistrzowie Polski na przerwę schodzili bez straty bramkowej.
Raków mógł kapitalnie zacząć drugą połowę, ale Brunes po ograniu obrońcy oddał strzał wysoko nad poprzeczką. Za to w 61. minucie piłka zatrzepotała w siatce Sparty po uderzeniu Ameyawa, lecz gracz częstochowian był na dużym spalonym. Gdyby nie był, to zemściłaby się na gospodarzach zmarnowana sytuacji Milli, który niepilnowany w szesnastce uderzył obok bramki.
Dość intensywny początek drugiej połowy nie przyniósł kontynuacji w podobnym tonie. Mecz znów się mocno uspokoił. Dopiero w końcówce zaczęły się znów dziać rzeczy ciekawe. I pechowe dla Rakowa, bo w 88. minucie słupek uratował Spartę po główce Apostolosa Konstantopoulosa! To była piłka meczowa, której częstochowianom nie udało się wykorzystać. Spotkanie zakończyło się remisem 0:0, który mimo wszystko powinien bardziej cieszyć Raków.