Jak uleczyć ból po Gibraltarze? Takie pytanie zadawali sobie, a przynajmniej powinni, piłkarze Lecha Poznań. Mistrzowie Polski potężnie się skompromitowali w poprzedniej kolejce na Gibraltarze. Lincoln Red Imps zostanie zapamiętane w Poznaniu na długo, ale nie było już czasu się nad tym zastanawiać. Lech musiał na niespodziewaną porażkę odpowiedzieć zaskakującym zwycięstwem. Zaś mecz wyjazdowy z Rayo Vallecano dostarczał ku temu okazję.
Rayo zajęło ósme miejsce w tabeli La Liga w zeszłym sezonie, a że w Hiszpanii daje to grę w Europie, konkretnie w Lidze Konferencji, to klub powrócił do europejskich pucharów (ostatni raz grali w nich w sezonie 2000/2001, gdy doszli do ćwierćfinału Pucharu UEFA, czyli ówczesnej Ligi Europy). Zespół to nietypowy. Stadion mają archaiczny, bilety można kupić tylko stacjonarnie, a szatnie, jak pokazał filmik nagrany przez Lecha Poznań, wyglądają jak w polskich szkołach w latach 90'. Niemniej wciąż mowa o zespole z La Liga, który potrafił w tym sezonie u siebie zremisować 1:1 z Barceloną. Lech zaś z ostatnich pięciu meczów wygrał jeden i to zaledwie 2:1 z czwartoligowym Gryfem Słupsk. Faworytem byli Hiszpanie.
Mecz od początku był naprawdę świetny. W niecały kwadrans wydarzyło się więcej, niż czasem przez całe spotkanie. Wpierw w 8. minucie Florian Lejeune sfaulował wychodzącego na czystą pozycję Luisa Palmę. Ku zaskoczeniu wszystkich dostał za to żółtą kartkę, ale sędzia podszedł jeszcze do monitora VAR, po czym... anulował i faul, i kartkę. Piłkarze Lecha nie mogli się nadziwić, ale szybko z oburzenia przeszli w euforyczną radość. W 11. minucie dośrodkowanie Joela Pereiry idealnie precyzyjnym strzałem głową na gola zamienił Palma!
Rayo rzuciło się do ataku, kilka razy zakotłowało się w polu karnym Lecha, ale nikt z gospodarzy nie potrafił oddać dobrego, skutecznego strzału. Co innego poznaniacy! W 39. minucie znów zafunkcjonowała dobrze prawa strona Lecha. Pablo Rodriguez wystawił piłkę przed pole karne do Kozubala, a ten płaskim strzałem zaskoczył Batallę i podwyższył na 2:0! Doskonałe podsumowanie świetnej pierwszej połowy Lecha. Tym bardziej można było się zastanawiać, co tam się wydarzyło na tym Gibraltarze.
Lech mógł idealnie rozpocząć drugą połowę, bo już w 47. minucie Rodriguez znalazł się sam na sam z Batallą, ale niepotrzebnie próbował kiwać bramkarza, który ostatecznie sobie poradził. Hiszpan srogo tego pożałował w 59. minucie. Dwukrotnie zawalił wówczas Joel Pereira. Najpierw dał się ograć, po czym tylko genialna interwencja Mrozka odebrała gola Garcii. Dosłownie kilka chwil później polski bramkarz nie miał już nic do powiedzenia, gdy Pereira nie upilnował w szesnastce Isiego Palazona, który wyprzedził Portugalczyka i z bliska nie dał szans golkiperowi Lecha.
Rayo przejęło inicjatywę po tym trafieniu. Hiszpanie częściej naciskali, byli aktywniejsi, ale nie byli w stanie oddać konkretnego strzału. Aż do 83. minuty. Wtedy to Milić ze znanych sobie tylko powodów nie wybił dośrodkowania, a zza jego pleców wbiegł Jorge De Frutos i strzelił z bliska do siatki. Tyle z prowadzenia. Swoją drogą, wszedł Palazon, cztery minuty później strzelił. Wszedł De Frutos, po czterech minutach strzelił. Rezerwowi załatwili Lecha.
Niewiele zabrakło, a byłoby jeszcze gorzej. W 87. minucie Pacha potężnym strzałem obił poprzeczkę. Ratunku nie było w 94. minucie. Garcia uciekł Pereirze na lewym skrzydle, po czym idealnym strzałem po ziemi trafił na 3:2. Rayo dopełniło remontady i zwyciężyło w dramatycznych okolicznościach.