Koniec dużych rynków trzeba włożyć między bajki. Co dla NBA znaczą mocni Knicks, Bulls i Lakers?

Po zeszłorocznym mistrzostwie zdobytym przez Milwaukee Bucks wielu ekspertów zastanawiało się: "Czy to koniec tzw. dużych rynków w NBA?". Ale początek obecnych rozgrywek sprawia, że wrzucamy to pytanie między bajki, ku radości działaczy NBA.

Na początek, fakty. Średnia oglądalność meczów NBA w amerykańskiej stacji ESPN wzrosła o 20 proc. względem poprzedniego sezonu. TNT, ogólnokrajowy nadawca pokazujący, przynajmniej do końca sezonu w NFL, wtorkowe spotkania, też chwali się wzrostami. Październikowy mecz Philadelphia 76ers z New York Knicks oglądało prawie półtora miliona Amerykanów, blisko dwa razy (!) więcej, niż starcie Milwaukee Bucks z Miami Heat na analogicznym etapie ostatnich rozgrywek. A pojedynek Knicks z Boston Celtics zgromadził największą widownię na otwarcie sezonu w ESPN od osiemnastu lat!

Jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, z czego bierze się ten wzrost, nie ma. Część ekspertów zwraca uwagę np. na zmiany w przepisach, dzięki którym gra jest płynniejsza. Ale trudno nie zauważyć wpływu tzw. dużych rynków w NBA. Po latach, w których więcej mówiliśmy o klubach z mniejszych ośrodków (mistrzowskie drużyny budowano w Cleveland czy Milwaukee), nadchodzi czas, w którym do głosu dochodzą do niedawna przygasłe kluby z wielkich miast. Efekty widać między innymi w mediach społecznościowych ligi, gdzie Knicks, Bulls czy Lakers zawsze byli faworyzowani, ale rzadko w takiej skali.

W Chicago, po latach depresji, w ciągu półtora roku generalnemu menedżerowi Arturasowi Karnisovasowi udało się odwrócić sytuację o 180 stopni. Z drużyny pogrążonej w kryzysie Bulls przeobrazili się w jeden z najbardziej ekscytujących klubów w NBA, grający efektowną koszykówkę. Mniej ładnie dla oka grają Knicks, ale i tam dobrze się dzieje. Nowojorczycy wrócili do play-offów, a i teraz, dzięki letnim wzmocnieniom, planują się bić o czołowe miejsca na Wschodzie. Magia Knicks i Madison Square Garden pod względem popularności przyćmiewa nawet Brooklyn Nets, lokalnych rywali, będących jednocześnie głównymi kandydatami do zdobycia mistrzostwa.

O tytuł walczą też Los Angeles Lakers. Po chudych latach, które przeżywali pod koniec i po zakończeniu kariery przez Kobe’ego Bryanta, Jeziorowcy wrócili na szczyt (w 2020 roku zdobyli mistrzostwo w bańce na Florydzie) w związku z czym znów stali się klubem, który - jak śmieją się Amerykanie - drukuje pieniądze, co pozwala im pokrywać wielkie koszty podatku od luksusu, choć rekordzistami są zlokalizowani w San Francisco Golden State Warriors. O Lakers znów dużo się mówi, także za sprawą transferu trzeciego gwiazdora, Russella Westbrooka, którego implementacja do drużyny nie przebiega dobrze, co tylko dodaje amerykańskim mediom tematów do dyskusji. A że Lakers są w NBA kochani, dobrze świadczy cyniczna odpowiedź Davida Sterna, poprzedniego komisarza NBA, który w 2004 roku stwierdził, że w finałach, z biznesowego punktu widzenia, liga najchętniej obejrzałaby pojedynek Lakers z Lakers.

Duży ośrodek zazwyczaj oznacza większą ilość pieniędzy, która z kolei przekłada się na większą chęć do ponoszenia kosztów podatku od luksusu i na dostępność do lepszych graczy. A jeśli doliczymy do tego np. posiadanie dostępu do morza, „duży ośrodek" przekształca się w „prestiżowy ośrodek", o czym doskonale wiedzą w Los Angeles, Golden State, Nowym Jorku czy w Miami. Z tymi aspektami kluby nie mogą rywalizować, jednak ostatnie lata pokazują nam, że nawet mimo licznych przeszkód w mniejszym, relatywnie nieatrakcyjnym mieście (Milwaukee, San Antonio) także da się zbudować mistrzowski zespół.

19 listopada mija pierwszy miesiąc sezonu najlepszej koszykarskiej ligi świata NBA. Transmisje rozgrywek można oglądać w kanałach sportowych CANAL+ i za pośrednictwem serwisu CANAL+ Online.

Więcej o: