To będzie sezon jednego konia w Lidze Mistrzów? Nic z tych rzeczy - faworytów jest więcej

Rozmawiając z kibicami, można odnieść wrażenie, że kandydat do wygrania Ligi Mistrzów jest jeden - Paris Saint-Germain. Albo Paris Saint-Qatar, jak określał je Jorge Valdano. Ale to wniosek przedwczesny. Bo rywalizacja o prymat w Europie będzie dużo bardziej wyrównana.

Na pierwszy rzut oka, wszystko wydaje się być pozamiatane. Można czepiać się, że Paris Saint-Germain kpi z Finansowego Fair Play, ale fakty są takie, że Francuzi mają kadrę, którą trudno byłoby zbudować nawet w Football Managerze. W tym zespole po prostu nie ma słabych punktów, a skala talentu w ataku w głowie się nie mieści. Gdy wydawało się, że uczepimy się lewej obrony i „przeciętniaka" Juana Bernata, to na ostatniej prostej Francuzi sprowadzili Nuno Mendesa... Mauricio Pochettino po prostu musi być najszczęśliwszym trenerem na świecie.

Ale, drogi czytelniku, pewnie zastanowisz się: skoro jest tak dobrze, to dlaczego PSG miałoby nie wygrać Ligi Mistrzów?

Kluczem będzie zarządzanie zespołem. PSG jest porównywane do „galaktycznego" Realu z początku XXI wieku, który, biorąc pod uwagę oczekiwania, okazał się rozczarowaniem. W Paryżu już teraz mówi się, że ego Mbappe jest wielkości wieży Eiffla, a pojawienie się tarć w zespole, w którym jest wielki rozdźwięk między gwiazdorom a resztą, wydaje się być nieuniknione. Pochettino, mając z przodu trzech artystów, musi stworzyć maszynę stworzoną na murawie z jedenastu ogniw i z kolejnych kilkunastu na ławce rezerwowych. Nie będzie łatwo usunąć podziały między tymi grającymi na fortepianie, a tymi, którzy mają instrument nosić.

Pod względem skali talentu, nikt nie może się równać z PSG. Ale, na dziś, da się znaleźć lepsze, bo już gotowe zespoły. To obrońca trofeum, Chelsea Thomasa Tuchela, która wzmocniła się Romelu Lukaku i Saulem Ñiguezem. To Manchester City, finalista ubiegłorocznej Champions League, ekipa fenomenalna, nawet bez wymarzonego przez Pepa Guardiolę napastnika. To Manchester United, który akurat napastnika pozyskał, i to niejednego. Do Jadona Sancho dołożył jeszcze wielki powrót Cristiano Ronaldo. Dzięki nim, a także Raphaëlowi Varane’owi, United trzeba traktować poważnie, tak samo jak i Liverpool – The Reds mają za sobą słabszy rok, ale mocy odmówić im nie można.

Wydaje się, że sprawa triumfu w Lidze Mistrzów rozstrzygnie się między Anglikami, paryżanami i Atlético Madryt, dla którego mistrzostwo Hiszpanii to za mało, szczególnie po transferze Antoine’a Griezmanna. Na dziś, reszta Europy jest krok z tyłu. Bayern ma potężną podstawową jedenastkę, ale i wąziutką kadrę. To samo można powiedzieć o Realu Madryt, Juventusie czy Barcelonie, które na dziś stanowią niewiadomą. W normalnych okolicznościach, uznalibyśmy to za wadę. Ale tu nieprzewidywalność może pomóc – bo o ile na dziesięć meczów z PSG ww. kluby pewnie przegrałyby osiem, to może przy dwóch w fazie pucharowej udałoby się dokonać cudu?

Wielcy trenerzy zwykli porównywać krajowe ligi do maratonów, a Champions League do sprintu. Guardiola czy Zinedine Zidane podkreślali, że trudniej jest wygrywać maratony, bo potrzebujesz być w formie na dystansie 38 kolejek. W Lidze Mistrzów wystarczy 13 meczów, w tym siedem w fazie pucharowej. To wiąże się z dużo większą przypadkowością.

Dlatego też przyznawanie komukolwiek trofeum już teraz jest bez sensu, nie mówiąc już o tym, że ostatnie lata w Champions League przyzwyczaiły nas do tego, że faworyci nie sięgali po tytuł. Czy i tym razem tak będzie?

Więcej informacji na temat sportowej oferty platformy CANAL+ znajdziesz TUTAJ.