Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wróg numer jeden w Niemczech. Toennies odpowiada za największe ognisko koronawirusa w kraju

Clemens Toennies po blisko 20 latach zrezygnował z bycia prezesem Schalke. Kibice świętują, bo wszystko, co w klubie złe, miało być jego winą. W klubie się martwią, bo nie czas na taką rewolucję. Ale sprawa interesuje wielu Niemców, bo to Toennies odpowiada za największe ognisko koronawirusa w kraju i przez niego przywrócono lockdown.
Zobacz wideo

Gdy ktoś spada ze szczytu, ludzie zawsze obserwują. A Toennies na własne życzenie spada naprawdę z wysoka: milioner, a według niektórych źródeł - miliarder. Właściciel największej ubojni w Niemczech, która zabija 20 tys. świń na dobę, a na koniec roku notuje po 7 miliardów euro przychodu. Od blisko dwudziestu lat szef Schalke, jednego z najważniejszych klubów w Niemczech. Ale dzisiaj to przede wszystkim wróg numer jeden w Niemczech - symbol pazernych właścicieli, którzy dla zysku zlekceważą wszelkie zalecenia. Toennies dopuścił do zarażenia 1500 pracowników swojej ubojni, czyli niemal co czwartego. Kilka dni później dosłowność stwierdzenia, że chytry dwa razy traci, przebiła skalę: jego zakład został zamknięty, a z klubu wypisał się sam - po 26 latach w zarządzie i 19 w fotelu prezesa.  

"Władimir Putin uwielbia peklowaną golonkę mojego wyrobu" 

Cztery lata temu na Veltins-Arena, stadionie Schalke, kołysał się na scenie ze swoją ulubioną piosenkarką Helene Fischer, bo jego mięsny biznes świętował 45-lecie. W wywiadach powtarzał, że Władimir Putin uwielbia peklowaną golonkę jego wyrobu, a ich przyjaźń pozwoliła namówić kontrolowany przez Kreml Gazprom, żeby został głównym sponsorem Schalke. Od dawna fotografował się na tle świńskich haków z ważnymi politykami, biznesmenami i celebrytami. Ubojnię odwiedzali wielcy niemieckiej piłki Franz Beckenbauer, Otto Rehhagel i Uli Hoeness. Ale odkąd u 1500 pracowników jego głównej rzeźni w Rheda-Wiedenbrueck, leżącej ledwie sto kilometrów od stadionu Schalke, stwierdzono zakażenie koronawirusem, został sam. Wyklinany przez polityków, którym pokrzyżował plany na wielkie kariery i zwykłych mieszkańców okolicznych gmin, którzy zamiast odpoczywać na wakacjach, muszą znowu siedzieć w domach. Zamknięte są też przedszkola i szkoły. 

Jego zakład to teraz największe ognisko koronawirusa w Niemczech, więc magazyn "Forbes" odwiedził miejscowość, w której przywrócono obostrzenia. Mieszkańcy opowiedzieli, że są traktowani jak trędowaci, bo chociaż z fabryką nie mają nic wspólnego, to inne landy nie chcą ich wpuścić do siebie, o ile nie poddadzą się testom na koronawirusa i nie wykażą, że są zdrowi. 6,5 tysiąca pracowników wraz z rodzinami zostało poddanych kwarantannie. Opowiedzieli przy okazji, w jakich warunkach pracowali i jak bardzo szef miał gdzieś koronawirusową ostrożność. Dopiero teraz zaczęli otwarcie mówić, jak byli traktowani - że szefowie tak podkręcali maszyny, że człowiek nie nadążał ich obsługiwać, że bolały ręce, że na nocnych zmianach ludzie płakali z wycieńczenia, że wciąż dodawali im nadgodziny, które przy miesięcznych podsumowaniach magicznie znikały. Toennies ściągał pracowników ze wschodniej Europy (około 900 z Polski), kwaterował ich w tanich mieszkaniach - niektóre media pisały dosłownie - że w slumsach. Podpisywali umowy z pośrednikami, którzy wykorzystywali ich słabą znajomość niemieckiego i proponowali podłe warunki. Dopiero teraz Niemcy poznali prawdziwą cenę taniego mięsa.  

Ich wyznania były tak wstrząsające, że Niemcy zaczęli się zastanawiać, czy nie podnieść cen za mięso, żeby tym ludziom pracowało się lepiej. Ale gdy jedni dyskutują nad dobrowolną podwyżką, drudzy liczą, ile zostanie im w portfelu - przez Toenniesa biznesmeni znów musieli zawiesić interesy, a do ludzi żyjących z turystyki nikt nie chce teraz przyjechać. Ucierpieli też najwięksi - premier Nadrenii Północnej-Westfalii Armin Laschet planował wystartować na szefa CDU i w przyszłym roku walczyć o zostanie kanclerzem Niemiec. Angela Merkel potwierdziła bowiem, że nie będzie się starała o następną kadencję, a sondaże pokazują, że kandydat chadeckiej partii niemal na pewno te wybory wygra. Ale teraz, gdy Toennies ściągnął mu na głowę koronawirusa, jego notowania w partii spadły. 

Schalke to nie rzeźnia

Właściwie wydaje się, że sprawa niewiele ma wspólnego z samym klubem. Ale nie - Toennies jest wystarczającym spoiwem. On i Schalke to jedność. Jego problemy są problemami klubu. Jego wypowiedzi z biznesowych konferencji słychać na trybunach. Gdy rok temu na jednej z nich powiązał rosnące podatki na rzecz walki ze zmianami klimatycznymi z przeludnieniem w Afryce i oświadczył, że zamiast dalej je podnosić, lepiej zbudować 20 elektrowni, bo wtedy "Afrykanie przestaliby ścinać drzewa i przestaliby robić dzieci, gdy zrobi się ciemno", kibice głośno protestowali. Symbolicznie pokazali mu czerwoną kartkę. Ale przeprosił, zniknął na trzy miesiące i wrócił. Jak zwykle, bo w unikaniu konsekwencji po kolejnych skandalach był mistrzem. Aż do teraz.  

Odchodzi po fatalnym sezonie, w którym Schalke zajęło dopiero 12 miejsce i na koniec zaliczyło najgorszą w historii klubu serię szesnastu ligowych meczów bez zwycięstwa. Zostawia klub z 200 milionami euro długu. Dlatego kibice, którzy już wcześniej krzyczeli, żeby nie robił z Schalke rzeźni, teraz świętują, a ludzie w klubie są zaniepokojeni. Bo jednak był w klubie od 26 lat, w 2001 został jego prezesem. A nie jest to dobry czas na rewolucje, skoro klub nie złapał jeszcze równowagi po koronawirusowym zachwianiu. Nie podał przyczyny odejścia. Podziękował i wyszedł tylnymi drzwiami, bo przed głównym wejściem wciąż protestowali kibice. To egocentryk. Widział te wszystkie banery "Toennies odejdź!", "Toennies, nie rób z Schalke rzeźni" i najbardziej bolało go to, że niewielu po nim płacze. 

Clemens Toennies odszedł z klubu. Wyleci też z firmy? 

Trudno się kibicom dziwić i odmówić racji, że Schalke mogło na tym skandalu oberwać. Który sponsor będzie chciał się dogadywać i być kojarzony z człowiekiem odpowiedzialnym za nawrót wirusa? Poza tym już wcześniej mieli go dosyć, bo w środku pandemii oznajmił im, że pieniędzy za bilety i karnety nie zwróci, bo nie bardzo ma z czego. Chyba że kibic udowodni na piśmie, że ma problemy finansowe i uargumentuje, na co są mu potrzebne. Toennies nigdy nie był prezesem, który dosypywał do budżetu ze swojego portfela. Pomagał jedynie przy braniu pożyczek. Wtedy jednak przekroczył granicę dobrego smaku, co zresztą później jego zastępcy przyznali w specjalnych przeprosinach. - Było to zgodne z niemieckim prawem, ale pozbawione empatii - powiedział Alexander Jobst, członek zarządu.

Schalke zwróciło się już do rządu Nadrenii Północnej-Westfalii o pożyczkę, która pozwoli przetrwać po pandemii. Według niemieckich mediów klub otrzyma 35 milionów euro do zwrotu w ciągu czterech lat. Już dzień po rezygnacji Toenniesa, Schalke zwołało konferencję prasową, podczas której dyrektor sportowy Jochen Schneider i trener David Wagner poinformowali, że planują kontynuować współpracę mimo rozczarowujących wyników. Mówili też o sprawach finansowych, m.in. o wprowadzeniu limitów płacowych dla piłkarzy. Nowi zawodnicy nie będą mogli liczyć na wyższe zarobki niż 2,5 miliona euro w ciągu roku. Wytłumaczyli też kibicom, że w najbliższych 2-3 sezonach nie powinni oczekiwać awansu do europejskich pucharów, bo cięcia finansowe na to nie pozwalają. Doczekali się też przeprosin za fatalny wizerunek klubu w ostatnim czasie. Sprzątanie po Toenniesie dopiero się rozpoczęło.

O ile z klubu odszedł sam, o tyle z firmy będzie musiał zostać wypchnięty. A broni się rękami i nogami. Biznes rozkręcał z bratem - Berndem, który zmarł w 1994 roku. Wtedy - na łożu śmierci - Clemens obiecał mu dwie rzeczy: że zaopiekuje się klubem i mięsnym biznesem. W sprawie ubojni musiał dogadywać się z bratankiem - Robertem, który w spadku przejął udziały ojca. I od początku mieli zupełnie inną wizję prowadzenia biznesu. Robertowi nie podobało się podpisywanie podejrzanych umów z imigrantami. Kłócili się o warunki pracy, ubezpieczenia, wizję i ceny. Udziałami dzielą się po połowie, jednak to Clemens jest silniejszy. Robert wysłał nawet do mediów list wzywający wujka do odejścia, ale on nic sobie z tego nie zrobił. Obśmiał dzwoniących dziennikarzy, zaprosił do ubojni paru celebrytów, żeby ocieplić wizerunek - maszyny zwolniły, szefowie przykleili pracownikom uśmiech i dalej było jak w bajce. Maski spadły dopiero teraz.

Więcej o: