Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Absurd, koronawirus i teoria spiskowa. Kto w Rosji krytykuje władze, nieszczęśliwie wypada z okna

W historii meczu FC Rostowa z PFC Soczi jest wszystko: absurd, koronawirus, teoria spiskowa, wątek Władimira Putin i niewiarygodne 1:10. Ale kto by się przejmował wynikami meczów, skoro nawet na wysoką śmiertelność wśród medyków, w Rosji wzrusza się ramionami.

Gdy w środę wieczorem sześciu piłkarzy walczącego o grę w Lidze Mistrzów FK Rostów dostało pozytywny wynik badania na obecność koronawirusa, wydawało się, że ich piątkowy mecz z PFC Soczi zostanie przełożony na inny termin. Cała drużyna została przecież skierowana na kwarantannę, więc grać nie było komu. Ligowe władze nad sprawą się pochyliły i wydały opinię, że mecz można przełożyć na 19 lipca.

Ale ostateczną decyzję zostawiły klubom. Rostów - co jasne - był na tak, a Soczi - na nie. W takim układzie mecz trzeba było rozegrać w planowanym terminie. Trener Rostowa mógł jedynie ironizować, że Soczi właśnie zapewniło sobie nagrodę fair play, a kibice podpisywać w internecie specjalną petycję o odgórne przełożenie meczu, żony piłkarzy Rostowa pozdrawiać na Instagramie drużynę Soczi środkowymi palcami, a dziennikarze przypominać, że w listopadzie - o ironio - to Soczi prosiło o przełożenie meczu z Orenburgiem, bo kilku jej piłkarzy miało anginę. I zgodę dostało.

 
Zobacz wideo Świetny występ Krzysztofa Piątka i niespodziewane zwycięstwo Herthy [ELEVEN SPORTS]

PFC Soczi - klub wspierany przez władze

Tym razem jednak do meczu doszło, a Rostów wystawił drużynę, w której najstarszy piłkarz miał 19 lat, a najmłodszy w styczniu skończył 16. Mało tego, żaden z nich od trzech miesięcy nie trenował, bo młodzieżowe ligi zostały odwołane. Natomiast walczące o utrzymanie Soczi wyszło najsilniejszym skład i sprało małolatów 10:1. Sam Aleksandr Kokorin, były reprezentant Rosji, zwolniony we wrześniu z więzienia, strzelił trzy gole. A okazji było tyle, że piłkarzem meczu został wybrany Denis Popow, który wprawdzie wpuścił dziesięć bramek, ale miał też 15 skutecznych interwencji, w tym jedną po rzucie karnym.

- Skoro Rostów wysłał swoich piłkarzy na dwutygodniową kwarantannę, to w kolejnych kilku meczach też nie będzie mógł z nich skorzystać. Gdybyśmy my przełożyli mecz, a inni rywale się na to nie zgodzili? Zagraliby przeciwko ich juniorom i mieliby nad nami przewagę - tłumaczył ESPN dyrektor generalny Soczi, Dmitrij Rubaszko. - Myślę, że każdy na naszym miejscu podjąłby taką samą decyzję. Nie przerzucajcie na nas problemów Rostowa. Musimy awansować w tabeli, każdy mecz jest dla nas jak finał - dodał Boris Rotenberg, prezes PFC Soczi. Dzięki temu zwycięstwu jego klub awansował na 10. miejsce w tabeli i ma już cztery punkty przewagi nad strefą spadkową, chociaż 15. w tabeli Orenburg rozegrał jeden mecz mniej. 

Sprawa ma drugie dno, bo Soczi to klub powstały dopiero dwa lata temu po połączeniu z Dinamem St. Petersburg. Uważany jest za sztuczny projekt, który ma stanowić zaplecze dla Zenita. Zeszłego lata mistrz Rosji wypożyczył do Soczi aż dziewięciu piłkarzy, by ogrywali się na najwyższym poziomie i przyciągali kibiców na nieużywany od zimowych igrzysk stadion Fiszt. Wielkich ambicji Soczi nie ma, ale na pewno główny sponsor klubu Arkadij Rotenberg, przyjaciel Władimira Putina, nie zakładał spadku ledwie rok po awansie. Sympatyzującej z Zenitem władzy zależy też na utrzymaniu Soczi. Dla wspólnego dobra. I zadowolenia Władimira Putina rzecz jasna, który uwielbia wypoczywać w tym mieście, więc dobrze jakby w wolnej chwili mógł tam obejrzeć mecz Premier Ligi.

Przed wznowieniem rozgrywek tabela była niepokojąca, bo Soczi miało już tylko punkt przewagi nad strefą spadkową i można było przypuszczać, że w normalnych okolicznościach nie zyskałoby punktów w spotkaniu z Rostowem. Rosyjskiej wierchuszce rozegranie tego meczu przeciwko juniorom było więc na rękę. Władze klubu, mimo oburzenia kibiców, czuły wsparcie najważniejszych ludzi w kraju. Są jednak politycy, którzy nie kryją oburzenia. Władimir Żyrinowski, lider lojalnej wobec Kremla nacjonalistycznej Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, zaapelował o powtórzenie tego meczu. - Bo to nie był mecz, a farsa. Jesteśmy oburzeni biernością władz ligi i rosyjskiej federacji, które nie doprowadziły do przełożenia spotkania - stwierdził w oficjalnym piśmie.

"Czempionat" przytoczył też opinie kibiców jednej i drugiej drużyny. "Gratulacje, zrujnowaliście swoją reputację, teraz cały kraj was nienawidzi i wszyscy będą kibicowali przeciwko wam", "trzeba anulować mecz i go powtórzyć", "to wielkie zwycięstwo na zawsze pozostanie w pamięci jako największy wstyd", "ten mecz to kwintesencja całego chaosu, jaki ma miejsce w naszej piłce", "wstyd dla rosyjskiego futbolu". Część prosiła o interwencję samego Władimira Putina.

Co dwunasty zmarły na koronawirusa to medyk? Lekarze prowadzą "listę pamięci"

Ale rosyjski prezydent za dużo ma problemów, żeby jeszcze zajmować się taką błahostką jak sprawiedliwe rozegranie meczu. To miał być jego rok - równo 20. odkąd rozsiadł się na kremlowskim tronie, 75. od zakończenia II wojny światowej. W maju, w Dzień Zwycięstwa, miał wyprowadzić na Plac Czerwony jeszcze więcej czołgów niż zazwyczaj. Urządzić coroczną defiladę wojsk, pokazać wyrzutnie rakiet Topol i Iskander. Światu i rodakom. Mieli się bać i podziwiać. Spadające poparcie miało wzrosnąć. Tymczasem nie było ani obchodów, ani Putina. Schował się w swojej rezydencji Nowo-Ogariowo pod Moskwą i każdy, kto chce go odwiedzić, musi przejść przez specjalne pomieszczenie, w którym maszyna dokładnie spryska go środkiem dezynfekującym. A to i tak poluzowanie ostrożności, bo wcześniej przed spotkaniem z prezydentem każdy musiał przejść test na obecność koronawirusa. Putin był bezpieczny, ale medycy nie.

- Statystyka dotycząca liczby przypadków śmiertelnych z powodu COVID-19 w Rosji jest trudna do zrozumienia - stwierdził Mike Ryan, ekspert WHO, cytowany przez agencję Reutersa. Otóż z oficjalnych statystyk wynika, że w 146-milionowym kraju koronawirusem zaraziło się blisko 600 tysięcy osób, ale zmarło raptem 8 tysięcy.

Dlatego Ryan poprosił rosyjskie władze, by powiedziały, jak dokonują obliczeń, bo "wynik wydaje się niezwykły". - Oczywiście, duża liczba wykonanych testów jest jednym z wyjaśnień wysokiej liczby zakażeń. Ale w krajach, które testują na równie dużą skalę, odnotowuje się znacznie wyższą śmiertelność - powiedział. Wcześniej m.in. "New York Times" i "Financial Times" pisały, że liczba zmarłych może być nawet dwukrotnie zaniżona. Informacje zdementowała rzeczniczka rosyjskiego ministerstwa zdrowia, a niską śmiertelność wytłumaczyła dobrym przygotowaniem medyków do walki z koronawirusem. Giennadij Oniszczenko, szef nadzoru sanitarno-epidemiologicznego, stwierdził natomiast, że Ryan próbuje zdyskredytować Rosję i jeśli nie wierzy w podawane statystyki, to powinien przyjechać i przeprowadzić własne badania.

Tymczasem sami lekarze i pielęgniarki prowadzą rejestr nazwany "listą pamięci", do którego trafiają nazwiska ich zmarłych kolegów. Gdy władze informowały o 101 zmarłych, na ich liście było ich blisko 500. Według wyliczeń "Mediazony" antyrządowego portalu, gdyby zestawić oficjalną liczbę zakażonych z "listą pamięci" okazałoby się, że co dwunasta zmarła osoba była medykiem (8,3 proc). To znacznie więcej niż we Włoszech - 0,65 proc., czy w USA - 0,48 proc.

Kto krytykuje, wypada przez okno

O tym, że lekarzom, pielęgniarkom i ratownikom brakuje podstawowego sprzętu ochronnego, wiadomo od dawna. W marcu, gdy koronawirus dopiero rozprzestrzeniał się po Europe, Tatiana Rewwa, pracująca na oddziale intensywnej terapii w Kałaczu nad Donem, na południu Rosji, nagrała film pokazujący braki w wyposażeniu. Gdy nagranie rozeszło się w internecie, została wezwana na policję. - Złożyłam zeznania w towarzystwie mojego prawnika, ale do prokuratury trafiło zupełnie inne pismo, działające na moją niekorzyść. Miesiąc później do szpitala wpadła kontrola. Ale możecie sobie tylko wyobrazić, jak wielkie zakupy można zrobić przez miesiąc - przyznała CNN.

Dr Aleksander Szulepow opublikował w mediach społecznościowych nagrania, w którym powiedział, że jest zakażony koronawirusem, a mimo to zwierzchnicy każą mu dalej pracować. Narzekał, że nie mógł liczyć na środki ochronne. Po kilku dniach nagrał sprostowanie. Jak ustalili dziennikarze - został poddany leczeniu, po czym w tajemniczych okolicznościach wypadł przez okno szpitala. Przeżył, ale ma pękniętą czaszkę.

Jeszcze gorzej narzekanie na brak wyposażenia i krytykowanie władz skończyło się dla lekarek Jeleny Niepomniaszczaji i Natalii Lebiediewej. Pierwsza zarządzała szpitalem miejskim w Krasnojarsku na Syberii i sprzeciwiała się przeznaczeniu jednego z oddziałów dla pacjentów z koronawirusem. Tłumaczyła, że nie ma odpowiedniego sprzętu, by zapewnić bezpieczeństwo personelowi szpitala. Wypadła z piątego piętra szpitala. Lebiediewa natomiast pracowała w pogotowiu w jednym z podmoskiewskich szpitali. Według prorządowych mediów popełniła samobójstwo, bo nie mogła poradzić sobie z oskarżeniami, że zaraziła koronawirusem swoich pacjentów. Ich śmierć nasiliła krytykę dysponowania państwowym budżetem, z którego więcej pieniędzy idzie na produkcję systemów obrony powietrznej niż na służbę zdrowia. 

Czeczeńskich medyków, którzy opowiedzieli, w jakich warunkach pracują, prezydent republiki Ramzan Kadyrow nazwał "panikarzami" i doprowadził do ich zwolnienia. Na odchodne musieli stanąć przed kamerami telewizji i wszystko odwołać. Ale mimo to, poziom zaufania Rosjan do Władimira Putina jest najniższy od dwudziestu lat. Pod koniec maja jedyny niezależny ośrodek badań społecznych Centrum Lewady podał, że za "polityka godnego zaufania" uważa go tylko 25 proc. Rosjan. To o 3 punkty procentowe mniej niż jeszcze w kwietniu. Ma na to wpływ przede wszystkim pandemia koronawirusa i spadek cen ropy.

Poparcie ma wzrosnąć po zaplanowanej na środę defiladzie. Bo Putin dopnie swego i przesunie świętowanie Dnia Zwycięstwa z 9 maja na 24 czerwca. Ograniczy liczbę żołnierzy, założy im maseczki, ale siłę kraju wszystkim pokaże.

Więcej o: