Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Co 144 chora osoba w Niemczech pracuje w jednym miejscu. Skandaliczne warunki pracy. Szef Schalke odpowiedzialny

Kolejny mocny cios spadł na Schalke 04. Tym razem jego szef - Clemens Toennies - który jest też współwłaścicielem koncernu mięsnego, ma odpowiadać za lokalną epidemię w kraju.

1331 - już tyle osób pracujących w rzeźni w Rheda-Wiedenbrueck w powiecie Guetersloh w Północnej Nadrenii-Westfalii zostało zarażonych koronawirusem. Liczba ta oznacza, że co 144 osoba zarażona w Niemczech, pochodzi z największej w kraju ubojni, należącej do koncernu Toenniesa.

Zobacz wideo Bundesliga. Schalke - Bayer 1:1. Skrót meczu [ELEVEN SPORTS]

O lokalnej epidemii w kraju niemieckie media poinformowały w środę. Jej przyczyny są wciąż badane. Powiatowe władze zarządziły kwarantannę zarażonych i prewencyjnie zamknęły szkoły oraz przedszkola. W pobliskim mieście Bielefeld władze nakazały szkołom i przedszkolom odesłanie do domów dzieci pracowników rzeźni. Rozporządzenie to nie dotyczy jednak innych uczniów i przedszkolaków.

Skandaliczne warunki pracy źródłem lokalnej epidemii?

Wszyscy pracownicy ubojni znajdują się obecnie na kwarantannie. Nikt nie ma jednak pewności, że nie zarazili oni rodzin i przyjaciół, którzy mogli rozprzestrzenić chorobę. - Chociaż istnieje ogromne ryzyko, to mamy pewność, że wirus został zlokalizowany w rzeźni Toenniesa i nie nastąpił jego "znaczący skok" w resztę populacji. Nie mamy zamiaru zamykać regionu - powiedział premier Nadrenii Północnej-Westfalii, Armin Laschet, który jednocześnie podkreślił, że jeśli doraźne próby stłumienia wirusa nie pomogą, może zostać zmuszony do podjęcia bardziej radykalnych kroków. Na razie na ulice regionu zostały wysłane wojsko, policja i pracownicy służby zdrowia, którzy mają pomagać lokalnej społeczności oraz śledzić przebieg kwarantanny i epidemii.

Chociaż źródło lokalnych problemów z koronawirusem nie jest jeszcze znane, to działacze na rzecz praw zwierząt obwiniają nie tylko Toenniesa i jego ludzi, ale też rząd federalny, który nie zrobił nic, by poprawić jakość pracy w rzeźniach. A skarg na te nie brakowało. Dziennik "Tagesspiegel" poinformował, że członkowie stowarzyszenia udokumentowali panujące w ubojniach okrucieństwo wobec zwierząt oraz fatalne warunki zakwaterowania pracowników. Mieli oni spać na piętrowych łóżkach, korzystać ze wspólnych toalet, a nawet kontynuować pracę pomimo skaleczeń.

Szef Partii Zielonych - Anton Hofreiter - zaapelował do Niemców, by bojkotowali produkty pochodzące z ubojni Toenniesa, a do samego Clemensa o to, by powstałe szkody spłacił z własnej kieszeni, a nie budżetu firmy. Współwłaściciel firmy (mają po 50 procent udziałów) - Robert Toennies - wystosował nawet list, w którym zażądał od stryja opuszczenia zarządu spółki.

- Jestem współodpowiedzialny za to, co się wydarzyło. Nie opuszczę tej firmy, nie zostawię jej w takiej sytuacji. Zmienimy ją i sposób naszego działania. Nie tylko z powodu koronawirusa - powiedział Clemens Toennies na konferencji prasowej. Jego słowa nie przekonały jednak wielu.

- Trzeba to powiedzieć wprost: nasza wiara w Toenniesa jest zerowa - przyznał Thomas Kuhlbusch, szef miejscowego zespołu zarządzającego kryzysem. Minister zdrowia Nadrenii Północnej-Westfalii przyznał, że firma w niepełni satysfakcjonujący sposób odpowiedziała na ostatnie żądania landu, m.in. wysyłając listę pracowników, na której brakowało aż 30 procent adresów.

Kolejny cios w Schalke

To kolejny w ostatnim czasie cios dla Schalke 04. Klub, którego szefem jest Clemens Toennies, zajmuje dopiero 11. miejsce w tabeli Bundesligi z aż 10 punktami straty do miejsca gwarantującego udział w europejskich pucharach. Ostatni mecz w lidze zespół Davida Wagnera wygrał 17 stycznia! W ośmiu spotkaniach po wznowieniu rozgrywek Schalke poniosło aż sześć porażek, w tym upokarzającą 0:3 z 15. w tabeli Augsburgiem czy 0:4 z Borussią Dortmund w derbach Westfalii.

Ale to nie wszystko. Jeszcze w kwietniu niemieckie media informowały o potężnych kłopotach finansowych klubu. Jego dług szacowany był na 200 milionów euro. - Uświadomiliśmy sobie, że gdy futbol staje, zostajemy niemal z niczym - mówił dyrektor wykonawczy Schalke, Peter Peters.

Z czego wzięła się bardzo trudna sytuacja klubu? - W ciągu ostatnich trzech lat Schalke dwukrotnie nie zakwalifikowało się do europejskich pucharów. Dla klubu to duża strata nie tylko z powodu braku pieniędzy od UEFA, ale też braku wpływów z dnia meczowego - mówił nam Tomasz Urban, ekspert stacji Eleven Sports.

- W ciągu ostatnich trzech sezonów klub stracił 65 milionów euro na samych transferach. Schalke kupowało piłkarzy za spore kwoty, a oddawało ich za grosze lub za darmo. W ostatnich latach w ten sposób odeszli m.in. Joel Matip, Leon Goretzka, Max Meyer czy Sead Kolasinac. Latem zrobi to Alexander Nuebel - wyjaśniał Urban. 

I dodawał: Ich problemem jest też struktura budżetu. Ponad 40 procent stanowią pensje zawodników. To bardzo dużo, jak na niemieckie warunki. W zeszłym sezonie klub wydał na pensje 123 miliony euro, kiedy jego całkowity budżet wynosił 275 milionów euro. Schalke cierpi przez swoją manię wielkości i chęć rywalizacji z Borussią Dortmund, której ostatnio idzie bardzo dobrze. Klub wydaje mnóstwo pieniędzy, jednak w żaden sposób nie przekłada się to na wyniki sportowe.

Schalke to siedmiokrotny mistrz Niemiec oraz pięciokrotny zdobywca krajowego pucharu. Po raz ostatni po tytuł mistrzowski klub z Gelsenkirchen sięgnął w 1958 roku. Sytuacja w firmie rządzącego Schalke Toenniesa z pewnością szybko nie poprawi kondycji klubu z Gelsenkirchen, na który ostatnio spada wszystko co najgorsze.

Czytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .

Więcej o: