Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Brazylia minęła kolejną granicę. "Trochę szacunku, ludzie umierają"

Brazylia, kraj miliona zakażonych i 50 tysięcy ofiar koronawirusa, próbuje wrócić z futbolem tak, jak walczy z pandemią: w chaosie i kłótniach. Wielkie Flamengo właśnie zagrało pierwszy mecz od trzech miesięcy: na Maracanie, tuż obok polowego szpitala zakaźnego. Ale nie wszystkie kluby chcą grać i poszły do sądu.

Z murawy słynnej Maracany, tam gdzie już dwa razy był finał mundialu i gdzie Neymar z kolegami zostali mistrzami olimpijskimi, koronawirus wygonił mecze na trzy miesiące. Nie dało się nawet uczcić graniem w piłkę siedemdziesiątej rocznicy zbudowania stadionu. Stojącemu przy wejściu pomnikowi Hildeberto Belliniego, kapitana brazylijskich mistrzów świata, władze miejskie założyły na twarz maseczkę, żeby przypominać, jak jest ważna. A główne wejście na Maracanę, przy którym stoi Bellini, jeszcze długo nie będzie otwarte dla kibiców.

Ale ruch wokół stadionu był podczas pandemii cały czas. Na parkingach i na terenach poniszczałego stadioniku lekkoatletycznego stanął polowy szpital zakaźny na 400 łóżek. Sale pod namiotem, centrum logistyczne, magazyn: to jeden z niewielu obiecanych w Rio polowych szpitali, który udało się postawić bez większych opóźnień. I również bez podejrzeń o korupcję. Bo w związku z wątpliwościami dotyczącymi budowy innych szpitali policja przeszukała już nawet biuro gubernatora stanu Rio Wilsona Witzela. A w sprawie korupcji przy zakupie respiratorów aresztowano lokalnego wiceministra zdrowia.

Zobacz wideo Popis Roberta Lewandowskiego! Maszyna do strzelania goli

"Trochę szacunku, ludzie umierają. Tam jest szpital polowy, a my jesteśmy 15 dni po szczycie zachorowań"

W czwartek na Maracanie, rzut kamieniem od szpitala pełnego chorych, zagrała muzyka. W dniu śmieci dwóch pacjentów szpitala, przy pustych trybunach, Flamengo wznowiło rozgrywki ligi stanowej, rozbijając 3:0 Bangu. Najlepszy dziś klub Ameryki Południowej zapewnił sobie w ten sposób awans do półfinału stanowych mistrzostw, które tradycyjnie poprzedzają start ligi ogólnobrazylijskiej. Ale to jeszcze nie oznacza, że te mistrzostwa zostaną bez problemów dokończone.

Z czterech największych klubów Rio tylko dwa od dawna parły do wznowienia gry: Flamengo i Vasco da Gama. Ich prezesi jeździli w odwiedziny do prezydenta Brazylii Jaira Bolsonaro, który też nalegał na powrót futbolu, jako symbolu, że pandemia nie taka straszna. Oba kluby wróciły szybko do treningów, choć w Vasco było już łącznie kilkanaście przypadków koronawirusa. Pozostałe kluby wielkiej czwórki, Botafogo i Fluminense, od początku wzywały do opamiętania. Władze Botafogo powtarzały, że nie będą grać, póki wirus szaleje. Botafogo pierwszy normalny grupowy trening miało dopiero w sobotę, dwa dni po tym, jak Flamengo zagrało z Bangu. Fluminense wznowiło treningi w piątek. Oba kluby zapowiedziały, że nie zagrają meczów, póki nie potrenują normalnie co najmniej do końca czerwca. Gdy federacja piłkarska stanu Rio uparła się i wyznaczyła mecz Botafogo już na najbliższy poniedziałek, Botafogo odwołało się do najwyższego sądu sportowego (STJD). Podobnie zrobiło Fluminense, które teoretycznie powinno zagrać w najbliższy wtorek.

Ostatecznie ani Botafogo, ani Fluminense nie zagrają, ponieważ mer Rio zawiesił właśnie wydarzenia sportowe w mieście do 25 czerwca włącznie i zarządził dodatkową dezynfekcję obiektów. Nie odbędzie się więc też mecz Vasco, zaplanowany na niedzielę. Szefowie Vasco są wściekli, bo ich drużyna nie może grać, szefowie Botafogo i Fluminense, bo ich drużynom kazano grać. Szczebli podejmowania decyzji jest tyle, że można się już pogubić, kto i co uchwalił. Mer Rio początkowo przekonywał, że przekłada tylko mecze Botafogo i Fluminense, potem się okazało, że jednak Vasco też nie gra.

- Jesteśmy dopiero 15 dni po szczycie zachorowań w mieście. W niektórych krajach czekali 80 dni po szczycie, żeby zagrać mecz. Nie wolno się spieszyć. Tam jest szpital polowy. Flamengo to fantastyczna drużyna, ale klub zaczyna sam decydować, kiedy można grać, kiedy można trenować [Flamengo wróciło do treningów, zanim władze dały oficjalne pozwolenie – red.]. To się skończy narodową antypatią do klubu – mówił Mauro Beting, komentator sportowy telewizji Esporte Interactivo. – Jestem za tym, co robią Botafogo i Fluminense, nie rozumiem władz Vasco. Trochę szacunku, ludzie umierają – mówił Beting.

"Galerie handlowe działają, a piłkarze nie mogą pracować? Absurd!" - krzyczał prezes. Tego dnia był w Sao Paulo rekord zgonów

W najliczniejszym i liderującym też w liczbie zakażeń w Brazylii stanie Sao Paulo nie ma jeszcze nawet formalnej zgody na normalne treningi. Część klubów  była do nich gotowa już w środę, ale gubernator Joao Doria zaskoczył je, zezwalając na wznowienie zajęć dopiero 1 lipca. – Decyzja, która nie ma żadnego uzasadnienia – skomentowała to federacja piłkarska stanu Sao Paulo. – To jakiś absurd, że galerie handlowe mogą już działać, a drużyna 40 przetestowanych i objętych specjalnym protokołem osób nie może wznowić pracy – oburzał się Andres Sanches, prezes Corinthians, największego po Flamengo klubu Brazylii. To wszystko działo się w dniu, w którym w stanie Sao Paulo zarejestrowano rekord zgonów dziennie, 389. A w sobotę Corinthians poinformowali, że ośmiu piłkarzy ma koronawirusa, przechodzą go bezobjawowo.

Można się w tym pogubić? Ale tak właśnie wygląda również walka Brazylii z pandemią. Prezydent Jair Bolsonaro mówi jedno, gubernatorzy stanów drugie, burmistrzowie wielkich miast raz dają się przeciągnąć na jedną stronę, raz na drugą. Zwolennicy Bolsonaro powtarzają za nim, żeby się nie przejmować, bo Brazylijczyk to twardziel i koronawirusowi się nie da, kto się boi powrotu do pracy, niech jedzie na Kubę, do tych komunistycznych darmozjadów. Przeciwnicy Bolsonaro organizują kontrdemonstracje, podczas których wzywają prezydenta do opamiętania.   

Pandemia ciągle pustoszy 200-milionowy kraj, a władze federalne w pewnym momencie przestały ogłaszać łączne dane o zakażeniach i zgonach, podawały tylko dzienne. „Łączne dane nie pokazują prawdziwego obrazu sytuacji” – pisał prezydent Bolsonaro na Twitterze. Żeby mieć jak najpełniejszy obraz, grupa największych mediów zbiera informacje od władz stanowych.

"Minęły trzy miesiące i cztery dni, od kiedy w Sao Paulo zmarł portier Manoel Messias Freitas Filho, pierwsza brazylijska ofiara koronawirusa. A teraz już można by wszystkimi ofiarami wypełnić pięćdziesięciotysięczny stadion Corinthians" - pisze Luciana Coelho z "Folha de Sao Paulo" po tym, jak Brazylia w sobotę minęła kolejną granicę. Od teraz ma już ponad 50 tysięcy zgonów na koronawirusa, ma też ponad milion zakażonych. I jest tylko za USA jeśli chodzi o te dwie liczby. A zgony w Stanach i w Brazylii to łącznie aż 37 procent wszystkich ofiar koronawirusa, mimo że populacja obu państw to tylko 7 procent światowej. Do tego koronawirus w Brazylii pozostaje wciąż niedoszacowany, bo z publicznych pieniędzy przebadano do tej pory tylko 600 tysięcy osób, czyli średnio trzy na każdy tysiąc mieszkańców Brazylii.

"Czarnej i biednej Brazylii prezydent poleca szczepionkę z darwinizmu"

Mapa koronawirusa w Brazylii jest bardzo niejednorodna. Najliczniej zamieszkane stany, Sao Paulo i Rio de Janeiro, mają najwięcej ofiar – odpowiednio 12 i 9 tysięcy – ale wskaźnik śmiertelności jest tu niższy niż na niedoinwestowanej, biednej północy kraju. Z danych wynika, że choroba jest dużo bardziej zabójcza dla czarnych mieszkańców Brazylii niż dla białych, dużo bardziej dla biednych niż dla bogatych. Aż w jednej trzeciej stanów Brazylii obłożenie oddziałów intensywnej terapii przekracza 80 procent, w niektórych sięgając 99 procent. "Czarnej i biednej Brazylii prezydent Bolsonaro proponuje szczepionkę z darwinizmu" - pisał komentator "Folha de Sao Paulo". Czyli: idźcie do pracy, bo i tak musicie. Wszyscy kiedyś umrzemy.

Są też jednak pozytywne informacje: bazowy wskaźnik reprodukcji wirusa wreszcie zaczął się zbliżać do 1 – czyli jeden chory zaraża nie więcej niż jedną osobę - co oznacza, że sytuacja się stabilizuje. To m.in. dlatego wspomniane galerie handlowe w Sao Paulo zostały właśnie otwarte po trzech miesiącach przerwy. Ale to jest też ten etap, kiedy trzeba zachować szczególną ostrożność, by fala znowu nie wezbrała. Tu po decyzji o poluzowaniu ograniczeń w handlu władze miejskie poinformowały, że koronawirusem zaraził się burmistrz miasta Bruno Covas.

Przeczytaj też: