Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"To najgorszy hattrick, jaki władze miejskie mogą sobie wyobrazić". Spory i protesty w Anglii

W środę wraca najpotężniejsza piłkarska liga świata. A już w niedzielę Liverpool może się doczekać pierwszego od 30 lat mistrzostwa Anglii. Pewnie nigdzie w Anglii sprzeczne uczucia co do powrotu Premier League nie są tak wymieszane jak tutaj, w sponiewieranym przez koronawirusa Merseyside.

Czekali trzy miesiące, żeby dokończyć to, na co czekali 30 lat. Co do tego, że to Liverpool będzie mistrzem Anglii - pierwszy raz, odkąd do ligi wkroczył niejaki Alex Ferguson, który przysiągł sobie, że jego Manchester United zrzuci Liverpool z ich "pieprzonej grzędy", i słowa dotrzymał – nikt nie ma wątpliwości. Niewiadomą jest tylko data koronacji. Teoretycznie może się to stać już w niedzielę. Ale Manchester City musiałby w środę, gdy angielski futbol zaczyna odrabiać zaległości, przegrać z Arsenalem. I jeśli potem drużyna Juergena Kloppa wygrałaby niedzielne derby z Evertonem, to nikt jej już nie dogoni.

Zobacz wideo Janusz Gol znika powoli z Cracovii. "Nie zasłużyłem na to. Taka była decyzja trenera" [SEKCJA PIŁKARSKA #51]

Po stu dniach czekania Premier League wraca z wielkimi oczekiwaniami i ekscytacją, ale też niepewnością i obawami o zdrowie. Dla Merseyside, hrabstwa w północno-zachodniej części Anglii, w którym mieści się aglomeracja Liverpoolu, to jest czas wyjątkowo mieszanych uczuć. Rok 2020 będzie już zawsze rokiem, w którym mistrzostwo Anglii wróciło do hrabstwa. Ale też rokiem porażki z koronawirusem. To w Liverpoolu odbył się jeden z meczów uznanych za biologiczną bombę rozprzestrzeniającą koronawirusa. 11 marca, w dniu gdy Światowa Organizacja Zdrowia ogłaszała, że mamy już do czynienia z pandemią, Liverpool przy 52 tysiącach własnych kibiców i trzech tysiącach przyjezdnych z Madrytu próbował odrobić w Lidze Mistrzów straty z pierwszego meczu 1/8 finału z Atletico Madryt.

Nie odrobił, a w sprawie meczu toczyło się potem dochodzenie, czy powinien się w ogóle odbyć. Z późniejszych analiz specjalistów wynikało, że gdy ta bomba z opóźnionym zapłonem już wybuchła, to razem z wyścigami końskimi Cheltenham Festival odpowiadała w pewnym momencie za 2-3 dodatkowe zgony dziennie ze względu na rozprzestrzenienie wirusa. A burmistrz Liverpoolu ostrzegał w pewnym momencie, że miasto stoi nad krawędzią niewypłacalności. - Najpierw cięcia budżetowe i Brexit, potem koronawirus. To najgorszy hattrick, jaki władze miejskie mogą sobie wyobrazić - mówił burmistrz Joe Anderson. Ostrzegał też przed pośpiechem w przywracaniu sportu po pandemii. Pomysł powrotu Premier League nazwał w pewnym momencie "farsą". I nie był to odosobniony głos. Anglicy lekceważyli zagrożenie, gdy inni byli już ostrożni, za to przy powrocie ligi były odwrotnie: to w Anglii były największe spory i najgłośniejsze protesty.

Wiele pytań, mało konkretnych odpowiedzi

Z 300 tysiącami potwierdzonych zakażeń i ponad 40 tysiącami zgonów Wielka Brytania znajduje się w czołówce krajów, które koronawirus dotknął najmocniej. Więcej zakażeń potwierdzono jedynie w USA, Brazylii, Rosji i Indiach. Tylko dwa pierwsze kraje zanotowały więcej ofiar. Chociaż w ciągu ostatnich trzech tygodni dzienny przyrost zachorowań na Wyspach spadł blisko czterokrotnie, to obaw związanych z powrotem Premier League nie brakuje. Mimo blisko dziewięciu tysięcy wykonanych od 17 maja testów, z tylko 16 pozytywnymi wynikami.

W sobotę, na kilka dni przed restartem rozgrywek, liga poinformowała o dwóch nowych zakażeniach wśród piłkarzy. Jednym z nich był zawodnik Norwich, którego nazwiska klub nie podał. Nie wiadomo więc, czy wystąpił on w piątkowym sparingu przeciwko Tottenhamowi i czy nikt się od niego nie zaraził.

Chociaż ostatecznie kluby Premier League zgodziły się na plan wznowienia rozgrywek, to w żadnym innym kraju zawodnicy i trenerzy nie mieli o to tylu obaw. Pytania ze strony związku zawodowego piłkarzy dotyczyły m.in. prawdopodobieństwa zakażenia przez ślinę, pot i krew, badań, które wykazały, że gracze czarnoskórzy są bardziej narażeni na chorobę czy zasad bezpieczeństwa w trakcie treningów i meczów.

Pytań było mnóstwo, a odpowiedzi nie zawsze były wystarczające. Piłkarze mieli obawy o powrót na boiska w momencie, gdy liczba zakażeń na Wyspach nie spadała, a rząd Borisa Johnsona krytykowany był za nieudolną walkę z koronawirusem. "The Times" pisał nawet, że zawodnicy czują się jak króliki doświadczalne. Piłkarze domagali się doprecyzowania zasad bezpieczeństwa. - Chciałem tylko przypomnieć, że też jesteśmy ludźmi - napisał na Twitterze gracz Norwich, Todd Cantwell.

"Gra toczy się o życie"

Najgłośniejszym krytykiem powrotu został napastnik Watfordu, Troy Deeney. To on najczęściej zabierał głos w sprawie nieodpowiedniego traktowania zawodników. Anglik początkowo odmówił nawet powrotu do treningów w obawie o zdrowie swojego pięciomiesięcznego syna mającego problemy z oddychaniem.

- Do połowy lipca nie mogę iść do fryzjera, ale już teraz mogę znaleźć się w polu karnym z 19 innymi osobami i toczyć z nimi pojedynki. Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje i dopóki nikt mi tego nie wyjaśni, nie widzę powodu, dla którego miałbym ryzykować. Nie mogę doczekać się powrotu do gry, ale wszystko musi zostać dokładnie przemyślanie i przygotowane - mówił Deeney. Było to w połowie maja, gdy kluby Premier League wznawiały treningi w małych grupach, a dzienny przyrost zachorowań na Wyspach był najwyższy od 10 kwietnia.

Treningów odmówili też Danny Rose z Newcastle i N'Golo Kante z Chelsea. Francuz bał się o swoje zdrowie, mając w pamięci sytuację sprzed dwóch lat, gdy zemdlał na treningu i poddany został wnikliwym badaniom kardiologicznym. "The Times" pisał też, że ojciec i starszy brat Kante zmarli na zawał. 

- Futbol to wielki biznes, ale w czasie pandemii musimy myśleć przede wszystkim o zawodnikach i sztabach. O ludziach. Musimy zrozumieć, że to ważniejsze, niż jakiekolwiek rozgrywki. Ta gra toczy się o życie - powiedziała była lekarka Chelsea, Eva Carneiro.

- Piłkarze mają dzieci, partnerki w ciąży, część z nich opiekuje się starszymi członkami rodziny. Pamiętajmy o tych wszystkich sprawach - apelował wiceprezes zawiązku zawodowego piłkarzy, Bobby Barnes.

Kompromis i ograniczone zaufanie

O piłkarzy obawiali się też trenerzy, którzy uważali, że otrzymują za mało czasu do przygotowania zespołów do restartu rozgrywek. Treningi w grupach nie większych niż pięć osób drużyny Premier League wznowiły 18 maja, a pierwsza propozycja ligi zakładała powrót do gry już 12 czerwca.

- Dlaczego ktoś chce narzucić nam takie tempo? Przy takim założeniu mielibyśmy tylko 8-10 dni normalnych treningów, kiedy my potrzebujemy co najmniej czterech tygodni. Propozycja jest nie do przyjęcia, to zdecydowanie za mało czasu - mówił anonimowo na łamach "The Times" jeden z menedżerów.

Ostatecznie udało się wypracować kompromis, który polegał na wznowieniu normalnych treningów po 10 dniach od rozpoczęcia zajęć w małych grupach, przesunięciu startu rozgrywek o tydzień i zezwoleniu na rozgrywanie meczów sparingowych. Z tego ostatniego przywileju nie mogły skorzystać kluby w żadnym innym kraju.

Zasady bezpieczeństwa zaczerpnięte z Bundesligi

Poprawiająca się sytuacja epidemiczna, testy przeprowadzane co kilka dni i konkretne protokoły bezpieczeństwa ostatecznie przekonały kluby. Chociaż wątpliwości pozostały, to do treningów wrócili nawet Deeney i Kante. Pierwszy mecz w nowych realiach w środę o 19:00 rozegrają Aston Villa i Sheffield United. Po nich zagrają Manchester City i Arsenal. To zaległe mecze. A w weekend będzie już można ruszyć z pełną kolejką.

Otoczka meczów Premier League przypominać będzie tę z Bundesligi. Szatnie, które przed i po meczach tętniły życiem, teraz dostępne będą tylko dla piłkarzy i części sztabów. Z zawodnikami nie spotkają się więc dzieci, które towarzyszyły im przy wyjściu na murawę, rodziny czy celebryci, które jak np. Noel Gallagher w Manchesterze City, często pojawiają się w szatniach po meczach.

Przed spotkaniami piłkarze nie wyjdą zapoznać się z murawą, na rozgrzewce obowiązywać będzie minimalny kontakt, a nawet przedmeczowa rozmowa zostanie ograniczona do maksymalnie 15 minut. Przed wejściem na boisko zawodnicy będą musieli zdezynfekować ręce, a na nim władze ligi wprowadziły zakaz plucia, wydmuchiwania nosa, dyskusji z sędziami i wspólnego świętowania bramek. Nad wszystkim czuwać będą arbitrzy, którzy mają zwracać uwagę na niepożądane zachowania piłkarzy.

W Premier League nie ma na razie konkretnych planów powrotu kibiców na trybuny. Są natomiast dyskusje nad tym, jak przekonać fanów do pozostania w domach w czasie meczów. I nad tym, co zrobić z kibicami Liverpoolu, by pamiętali o zasadach bezpieczeństwa, gdy zacznie się świętowanie tytułu.

Czytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .