Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Zmarli leżą na ulicach, sytuacja jest dramatyczna". A prezydent wzywa: Grajmy w piłkę

Były szef Formuły 1 Bernie Ecclestone wyjechał z Brazylii i ostrzega: jest bardzo źle, zmarli na koronawirusa leżą na ulicach. Ale prezydent Jair Bolsonaro wzywa: nie bójmy się choroby, grajmy znowu w piłkę. Prezydent nazywał koronawirusa grypką i przeziębionkiem. Przeziębionko zabiło już ponad 20 tysięcy Brazylijczyków, a do szczytu daleko.

W kraju kawy i futbolu sezon zbioru kawy ruszył z opóźnieniami i problemami, a sezon ligi piłkarskiej nie ruszył wcale. Są próby powrotu do treningów, ale na razie nieśmiałe. Już jeden termin restartu był, ale nie wypalił. Nie udało się dokończyć nawet lig stanowych, które tradycyjnie poprzedzają start ogólnokrajowej Serie A. Ale została z tych stanowych rozgrywek jedna scena, która obiegła świat:  cała drużyna wychodzi na boisko w maskach, jej trener też.  A jeszcze się wtedy nikomu nie śniło, że jeśli wielkie ligi będą wracać, to z maseczkami zdejmowanymi tylko na rozgrzewkę i mecz.

Zobacz wideo "Żaden z piłkarzy nie powiedział mi, że boi się grać w czasie pandemii"

15 marca piłkarze Gremio Porto Alegre wyszli w maseczkach na mecz, by zaprotestować przeciw graniu w czasach koronawirusa. Maseczki były zwyczajne, białe. Dziś to już obciach, każdy klub sprzedaje maski w swoich barwach. Ale to działo się ponad dwa miesiące temu, w ostatniej kolejce przed przerwaniem rozgrywek stanowych. Piłkarze już wzywali do opamiętania, choć Brazylia wydawała się wtedy arcybezpieczną przystanią na czas pandemii. Dwustumilionowy kraj miał 121 przypadków zakażeń, mniej niż Polska. Dziś, 10 tygodni później, ma blisko 350 tysięcy. Właśnie wyprzedził Rosję i jest już drugi na świecie pod względem liczby zakażeń. Zostały przed nim tylko Stany Zjednoczone, ale w przeciwieństwie do krzywej zakażeń w USA, brazylijska krzywa idzie w górę. Wskaźnik reprodukcji wynosi ok. 2. Epidemia cofa się, gdy wskaźnik jest poniżej 1. 

Bernie Ecclestone przyleciał do raju, który szybko zamienił się w piekło

Tydzień przed maseczkowym protestem Gremio, przyleciał do swojego prywatnego brazylijskiego raju Bernie Ecclestone. Były wieloletni władca Formuły 1 ma brazylijską żonę i posiadłość w stanie Sao Paulo. Fabiana Flosi jest w zaawansowanej ciąży, w czerwcu urodzi 89-letniemu Ecclestone’owi pierwszego syna (były szef F1 ma trzy córki, najstarsza Deborah ma 65 lat, Tamara 36 lat, Petra 32). Razem uznali, że Brazylia będzie świetnym miejscem na ostatnie tygodnie przed porodem. Farma w Amparo, 120 km na północ od Sao Paulo, to sielanka: setki zwierząt, pastwiska, stawy z fontannami, boisko piłkarskie, korty, plantacja kawy – taka na 150 ton zbiorów kawy rocznie. Gdy Ecclestone'owie się rozpakowywali, Brazylia jeszcze nie doszła do 20 przypadków wirusa. Nie było jeszcze żadnego oficjalnie stwierdzonego zakażenia na gigantycznej północy kraju, gdzie dziś wirus szaleje i w niektórych miejscach Amazonii trzeba kopać masowe groby. Brazylia witała Ecclestone’ów lepszymi statystykami niż Szwajcaria, gdzie mają adres zameldowania, willę i własny hotel. Lepszymi niż Wielka Brytania, ojczyzna Berniego, w której też z Fabianą mają dom.

Gdy po trzech tygodniach sielanki na farmie Amparo zakażeń w Brazylii było już 4000, liczba zgonów przekroczyła setkę i zamknięto granice dla obcokrajowców, Bernie Ecclestone dalej trzymał fason. Doradzał w mediach, co powinno się stać w Formule 1, opowiadał jak pięknie jest zacząć dzień od obchodu kurnika, wrócić na śniadanie z koszykiem jajek. I że on koronawirusa się nie boi, bo ludzie w jego wieku już nie boją się niczego. Zresztą, póki ma helikopter do dyspozycji, tony zapasów jedzenia dla zwierząt, i póki można opuszczać dom na zakupy, co może pójść nie tak? Ecclestone oglądał na farmie wiadomości od rana do nocy, a tam na ekranie prezydent Jair Bolsonaro wycierał nos ręką, którą podawał na powitanie swoim wielbicielom, mówił narodowi, że koronawirus to zwykła grypka, przeziębionko, a tak w ogóle Brazylijczyk to jest fenomen, który zawstydza naukowców. – Brazylijczyk nawet do szamba wskoczy, zanurkuje i nic. Nic mu nie jest, niczego nie łapie – mówił Bolsonaro, były wojskowy, a potem przez lata polityczny autsajder, który zawrotną karierę i wybór na urząd prezydenta zawdzięcza temu, że Brazylijczycy nie mogli już patrzeć na swoje skorumpowane elity.

Mistrz świata z 1994 roku o prezydencie: przez niego będą tysiące niepotrzebnych ofiar

Bolsonaro miał nieść oczyszczenie i dać nowy początek. Ale w czasie pandemii sieje chaos i pogłębia podziały. Gdy gubernatorowie stanów i burmistrzowie miast zarządzali samoizolację i ograniczenia handlu, gastronomii, podróżowania, on mówił: przecież wszyscy kiedyś umrzemy. I wzywał do powrotu do pracy. Gdy eksperci uczyli zasad higieny na czas pandemii, Bolsonaro te zasady ostentacyjnie lekceważył. Gdy naukowcy, biskupi, nawet piłkarze wzywali, by wirusa nie lekceważyć, on mówił, że to wszystko medialna histeria. Że media ostrzeliwują biednych ludzi liczbami z Włoch, a tam jest stare społeczeństwo i inny klimat niż w Brazylii. – On jest przekonany, że koronawirus to komunistyczny wynalazek. Zmarnował tyle czasu na te swoje iluzje, deliria, spiski  - mówił o prezydencie Flavio Dino, lewicowy gubernator stanu Maranhao, biednego i mocno dotkniętego wirusem.

Magazyn "Lancet" nazwał niedawno Bolsonaro w redakcyjnym wstępniaku "największym przeciwnikiem Brazylii w walce z koronawirusem". Gdy prezydent przemawia, jego wrogowie na znak protestu otwierają okna i biją w blaszane garnki. A zwolennicy prezydenta robią parady na ulicach, trąbią klaksonami i wystrojeni w barwy narodowe wzywają, żeby się nie bać wirusa, a jak komuś się nie chce pracować, to droga wolna na Kubę.

- Przez niego zacząłem się zastanawiać, czy potrzebujemy systemu prezydenckiego. Jesteśmy rządzeni przez osobę wybraną demokratycznie, ale wprowadzającą w narodzie kompletne zamieszanie. Przez niego będą tysiące ofiar, których można było uniknąć – mówi Rai, były piłkarz Paris Saint Germain, mistrz świata z 1994. Brat słynnego Socratesa, który w latach 80. nie tylko pięknie grał w piłkę, ale też walczył o powrót demokracji w Brazylii, wzywał do wolnych wyborów. Socrates zmarł w 2011 roku. Rai jest teraz dyrektorem sportowym FC Sao Paulo i najgłośniejszym krytykiem Bolsonaro w środowisku piłkarskim.

Koronawirusa przywieźli do Brazylii bogaci. Ale umierają głównie biedni

Ale publiczne deklaracje Bolsonaro wynikają nie tylko z nieskrywanej pogardy dla wszystkich jajogłowych, z populizmu i chęci przypodobania się swojemu żelaznemu elektoratowi. Bolsonaro wydaje się naprawdę wierzyć w to, że ekonomiczne skutki paraliżu kraju mogą doprowadzić do większych ofiar niż koronawirus. Brazylia w walce z pandemią jest w ciągłym rozdarciu między tym, co konieczne, a tym co możliwe. Głupie, czasem skrajnie pogardliwe wypowiedzi prezydenta – "Ile zgonów jest do przyjęcia? Nie wiem, nie jestem przedsiębiorcą pogrzebowym" – tylko pogarszają i tak trudną sytuację.

Łatwo narzucić lockdown i samoizolację brazylijskiej klasie średniej i wyższej. Nie trzeba było jej namawiać, sama zamknęła się w domach. Ale jak to wyegzekwować u pracowników szarej strefy? A w niej pracuje 40 procent Brazylijczyków. Gdyby mieli karnie siedzieć w domu i przerywać łańcuch zakażeń, nie mieliby za co wykarmić swoich rodzin. Łatwo jest uczyć nowych zasad higieny i zdystansowania społecznego mieszkańców ładnych osiedli Rio i Sao Paulo. Ale jak wprowadzić te zasady w fawelach, w których w jednym pokoju gnieżdżą się czasem po trzy osoby i często nie ma bieżącej wody? A w fawelach mieszka 13 mln z 220 mln Brazylijczyków. 13 mln – to więcej niż ma mieszkańców Portugalia, dawny władca Brazylii.

Z koronawirusem w Brazylii jest trochę tak, jak było kiedyś z narkotykami: przywlekli to bogaci, ale prawdziwe zniszczenie zaczęło się dopiero, gdy choroba zeszła między biednych. Pierwsze ogniska koronawirusa zaczynały się od zamożnych Brazylijczyków wracających z urlopów w Europie, od elitarnych lokali w Sao Paulo i Rio (w ekskluzywnym Country Club w Rio zakaziło się ponad 60 z 850 stałych bywalców), ale wirus został szybko rozniesiony do biednych dzielnic przez gospodynie domowe, służbę, kelnerów.

Zico i Falcao wzywają do pomocy fawelom

W fawelach Rio zmarło na koronawirusa więcej osób niż w stanie Rio Grande do Sul, który ma dziesięć razy więcej mieszkańców. W tych fawelach, w których stwierdzono przypadki wirusa, jest aż 46,6 zgonów na sto tysięcy mieszkańców. Do zbiórek pieniędzy na pomoc fawelom wzywały publicznie legendy brazylijskiej piłki, Zico i Falcao. A gangi narkotykowe narzuciły w niektórych częściach faweli własne lockdowny. Bossowie zareagowali bardziej stanowczo niż państwo, bo koronawirus uderzył w ich narkotykowy biznes. – Gangi wzięły się za porządki, bo bogaci przestali przychodzić po narkotyki - – mówi Sport.pl Mauricio Savarese, dziennikarz Associated Press. Gangsterzy pilnowali zdystansowania społecznego, a w tym samym czasie krążyło w sieci nagranie, jak patrol samozwańczej milicji - jest ich w Rio wiele, tworzą je byli policjanci, ale czasem trudno odróżnić, czy to, co robią, to jeszcze walka z przestępczością, czy już przestępczość - przez megafon wzywał mieszkańców faweli do powrotu do pracy. - Życie przerosło naszą wyobraźnię -  mówi Savarese.

Ta scena wiele tłumaczy: zarówno byli policjanci, dziś zarabiający jako samozwańczy stróże prawa, jak i ci którzy nadal służą w policji, to twardy elektorat Bolsonaro. Gubernatorzy i burmistrzowie w przeciwieństwie do prezydenta nie lekceważyli wirusa, ale nie chcieli przesadzać z ograniczeniami, bo bali się, że policja weźmie w tym sporze stronę Bolsonaro i odmówi egzekwowania przepisów.

- Niektóre miasta wprowadziły lockdown: np. Fortaleza i Recife na północy, bardzo mocno dotknięte epidemią. Ale w całym kraju to była raczej izolacja niż lockdown. Rekomendacje a nie zakazy. Bez kar za nieprzestrzeganie zasad. Na początku ludzie byli przerażeni i zostali w domach. A potem jednych skłaniały do wyjścia wezwania Bolsonaro, a innych wyganiała z domu konieczność zarabiania. Gubernator Sao Paulo mówił, że gdyby 70 procent ludzi zostało w domu, to już by dało ulgę służbie zdrowia. Ale nawet pozostanie w domach 50 procent to już jest sukces w kraju, w którym tak wiele osób pracuje bez umów i jest opłacanych z dnia na dzień – mówi Mauricio Savarese. Państwo przyznało takim nieformalnym pracownikom zasiłek specjalny, 600 reali miesięcznie (450 złotych). Ale były potężne poślizgi w wypłatach, a i suma jest skromna. Więc ludzie chodzą do pracy, czasem ukrywając chorobę.

A przecież fawele, często całkiem dobrze zorganizowane, z kiełkującymi biznesami i samopomocą, to jest bardzo malownicza, ale niecała prawda o brazylijskiej biedzie. Są takie miejsca na północy Brazylii, gdzie ratunku dla chorego po prostu nie ma, bo najbliższy szpital z aparaturą do intensywnej terapii jest oddalony o tysiąc kilometrów. O ile stany Sao Paulo i Rio są najmocniej dotknięte pandemią, jeśli chodzi o liczbę zachorowań i zgonów, to już w liczbie chorych na 100 tysięcy mieszkańców najmocniej dotknięta jest Amazonia. I ma też fatalne współczynniki śmiertelności.

"Brazylijskie mapy śmierci to mapy biedy, a nie starości"

- Brazylijskie mapy śmierci na koronawirusa to są mapy biedy, a nie mapy miejsc, w których żyją najstarsi. Epidemia w Amazonii ma porażającą skalę, jak na obszar w którym jest tak mało dużych miast. Są podejrzenia że wirus rozprzestrzeniał się tam już od dawna, długo przed pierwszymi oficjalnymi przypadkami, a został przywieziony przez zagranicznych pracowników ze specjalnych stref ekonomicznych, których jest tam dużo – mówi Mauricio Savarese.

W niewiele mniejszym od Alaski, a liczącym zaledwie 4 mln mieszkańców stanie Amazonia oddziały intensywnej terapii są tylko w stolicy, Manaus. A cały system szpitalny tego stanu wydolnością nie sięga nawet połowy średniej wydolności służby zdrowia całej Brazylii. To ze szpitala we wschodniej części Manaus (szpitali brak, ale miasto dostało swój stadion na mundial 2014, choć nie ma tu klubów, które na co dzień zapełniałyby ten stadion kibicami) wyciekło do mediów nagranie zwłok w foliowych workach leżących na łóżkach obok łóżek z chorymi. To w Manaus zabrakło w pewnym momencie trumien. A na jednym z cmentarzy komunalnych władze wykopały zbiorowy grób.

Mer Manaus płakał, opowiadając o tej sytuacji w "Folha de Sao Paulo". I nawiązując do wypowiedzi prezydenta o przedsiębiorcach pogrzebowych, odpowiadał: – Niech wreszcie weźmie na siebie ciężar bycia prawdziwym prezydentem. Prawdziwy prezydent szanuje wszystkich, również przedsiębiorców pogrzebowych.

Trzy miesiące pandemii, trzech ministrów zdrowia, tysiące zgonów. "I co z tego?"

Gdyby to się tylko kończyło na słowach – pół biedy. Ale Bolsonaro swoimi działaniami sprawił, że kryzys sanitarny połączył się z kryzysem politycznym. Zbuntował się przeciw prezydentowi nawet największy sojusznik, antykorupcyjny kowboj Sergio Moro, który był u niego ministrem sprawiedliwości, a wcześniej - sędzią w aferze "Lava Jato", która przeorała brazylijską scenę polityczną. I utorowała Bolsonaro drogę do władzy. Teraz prezydentowi grozi impeachment po tym jak Moro oskarżył go o nadużywanie władzy i ingerowanie w obsadę stanowiska szefa policji tak, by mieć na tym stanowisku kogoś posłusznego (w tle jest trwające dochodzenie przeciw dwóm synom Bolsonaro).

Przez tych 11 tygodni, które Bernie Ecclestone i Fabiana spędzili w swoim Amparo, najpierw z własnego wyboru, a potem bez wyboru, Brazylia miała już trzech ministrów zdrowia. Luiz Henrique Mandetta musiał odejść, bo publicznie mówił, żeby naród robił to, co każą zapobiegliwi gubernatorzy i burmistrzowie, a nie gardzący nauką Bolsonaro. Następny minister zdrowia Nelson Teich wytrwał miesiąc. Odszedł m.in. dlatego, że nie zgadzał się na rozszerzenie oficjalnych zaleceń stosowania w leczeniu koronawirusa chlorochiny i hydroksychlorochiny, leków na malarię. Prezydent forsuje ich stosowanie bez opamiętania, jak jego polityczny idol Donald Trump. Laboratoria należące do brazylijskiej armii naprodukowały na początku kryzysu ogromny zapas tych leków, widząc w nich najlepszy ratunek. Luiz Davidovich, szef brazylijskiej akademii nauk, mówi w najnowszym "Nature", że gdy naukowcom z amazońskiego Manaus wyszło podczas badań, że chlorochina nie pomaga chorym na koronawirusa, zaczęli dostawać telefony z pogróżkami. Teich odszedł, nowym ministrem zdrowia został wojskowy Eduardo Pazuello. Już ósmy wojskowy w rządzie prezydenta Bolsonaro (a wiceprezydent Hamilton Mourao to generał rezerwy).

Gdy Brazylia miała już 110 tysięcy chorych, gdy licznik zgonów minął 5000, a prezydent Bolsonaro odpowiedział na to słynnym już „E, dai?” – „I co z tego? Co chcecie, żebym wam powiedział? Przykro mi” – Bernie Ecclestone pękł i uznał, że jednak trzeba się zbierać do odlotu. Udało się w ostatnią niedzielę, 17 maja: on i Fabiana wylądowali w Szwajcarii na pokładzie prywatnego odrzutowca, pojechali do domu w Gstaad, a Ecclestone trafił na czołówki światowych mediów ze swoją oceną sytuacji w Brazylii. – Moje dziecko nie może się urodzić w środku tego brazylijskiego chaosu z przepełnionymi szpitalami. Sao Paulo to dziś centrum epidemii. Zmarli leżą na ulicach, szpitale są pełne, a prezydent przytłoczony. Jair Bolsonaro dopiero teraz zdaje sobie sprawę, jak poważna jest sytuacja – mówił Ecclestone w „Blicku”.

Bolsonaro: niech wróci futbol. Pomoże zatrzymać ludzi w domach i ich odstresuje

Czy Bolsonaro sobie zdaje sprawę z powagi sytuacji? Po minięciu granicy pięciu tysięcy zgonów mówił: "E dai?". Po 10 tysiącach zgonów pojechał na narty wodne, pokazać wysportowanie i fantazję. A w ostatni czwartek, kiedy Brazylia jest już na etapie ponad tysiąca zgonów dziennie, prezydent w swoim cotygodniowym przemówieniu przekonywał, że bardziej od wirusa zabija strach przed wirusem: nerwowy sen powoduje osłabienie, itd. – Tak jak wam powiedziałem 60 dni temu: to jak z deszczem. Jesteś na zewnątrz, to zmokniesz. 70 procent ludzi złapie tego wirusa – mówił Bolsonaro.

Wśród wielu rzeczy, za którymi prezydent lobbuje - za powrotem do pracy, za braniem chlorochiny, za zdrowym, spokojnym snem - jest też powrót do gry w piłkę. Prezydent namawia do wznowienia futbolu od tygodni, mimo niechęci władz stanowych i miejskich (federacja piłkarska liczyła wstępnie, że może uda się wrócić 17 maja, ale to był kompletnie nierealny termin). Bolsonaro znalazł też dla futbolu miejsce w ostatnim orędziu. Zapewnił, że minister zdrowia jest za graniem w piłkę. Już wcześniej przekonywał, że futbol jako bardzo ważna sprawa dla Brazylijczyków może pomóc w zdystansowaniu społecznym, bo kibice będą siedzieć w domach i oglądać transmisje. Będą też dzięki nim mniej zestresowani (czyli: będą lepiej spać i rzadziej umierać).

– Piłkarze chcą grać. Na początku wielu było przeciw, ale teraz jest zrozumienie. Wszystko w rękach władz Rio de Janeiro. Liczę na to, że oni zgodzą się na dokończenie rozgrywek w tym stanie, a za nimi pójdą władze innych stanów – mówił Bolsonaro. Dwa dni wcześniej przyjął na audiencji u siebie w Brasilii delegacje z dwóch klubów najbardziej napierających na powrót do gry: Flamengo i Vasco da Gama. Flamengo, najlepszy dziś klub Ameryki Południowej, zdobywca Copa Libertadores, wróciło do swojego ośrodka treningowego już jakiś czas temu, jeszcze zanim władze miejskie i stanowe na to pozwoliły. Klub stwierdził, że formalnego zakazu przebywania w ośrodku nie ma, są tylko zalecenia. Ale i tak stanowe ministerstwo zdrowia chce za to ukarać Flamengo. Klub się broni, że nie ma za co karać, bo po pierwsze: przestrzegał higieny, a po drugie: to nie są prawdziwe treningi, bo nie ma taktyki, tylko indywidualne zajęcia z piłkami. Flamengo i Vasco konsultowały też w Brasilii możliwość przyszłego grania na tamtejszym stadionie Mane Garrincha, na wielkim pomniku marnotrawstwa, zbudowanym na mundial 2014, mimo że w stolicy Brazylii nie ma poważnej ligowej piłki. Stadion Mane Garrincha będzie szybciej wolny dla piłki niż słynna Maracana, na której gra Flamengo. Na Maracanie dopiero niedawno ruszył polowy szpital zakaźny, od 9 maja przyjmuje pacjentów. Docelowo ma tam być 400 łóżek.

Botafogo: my nie zagramy, nawet jeśli nam każą. Stracimy punkty? Trudno, ale ocalimy życia

W piątek Brazylia minęła granicę 20 tysięcy zgonów i koronawirus pędzi dalej, a w niedzielę ma być narada władz Rio de Janeiro z klubami w sprawie powrotu piłki.  Flamengo najgłośniej popiera ten pomysł, a najgłośniej zwalcza go Botafogo. – Przecież to głupota. Póki sytuacja się nie poprawi, my nie wyjdziemy na boisko, choćby była presja władz czy ministerstwa zdrowia. Stracimy punkty? To trudno. Każdy stracony punkt to uratowane życie – mówił były prezes Botafogo, a dziś członek zarządu klubu, Carlos Augusto Montenegro, o pierwszych propozycjach powrotu. I zdania do dziś nie zmienił.  – Nie ma uzasadnienia dla powrotu piłki. Umiera nam tysiąc osób dziennie. Szpitale mają kłopoty. Ja nie wiem, czy ci ludzie są nieodpowiedzialni, czy chcą doprowadzić do czyjejś śmierci, czy po prostu nie umieją zarządzać? Futbol to nie jest teraz kluczowa sprawa – krytykował władze Flamengo.

Czy przy takich nastrojach jest możliwa zgoda co do powrotu najpierw mistrzostw stanów, a potem ogólnokrajowej ligi?  Kluby Sao Paulo są jeszcze w samoizolacji. W Belo Horizonte, niedawnej stolicy brazylijskiej piłki, mer Alexandre Kalil (były prezes Atletico Mineiro, klubu w którym kończył prawdziwe granie w piłkę Ronaldinho Gaucho) najpierw był stanowczo przeciw powrotowi do treningów ("samo myślenie o tym jest słabe"), potem na wznowienie zajęć pozwolił. Mer Porto Alegre też najpierw surowo zakazał swoim klubom trenować, ale już się z tego wycofał. W Paranie nie wolno jeszcze trenować. W Fortalezie nawet nie ma o tym mowy. Podobnie w Bahii, w Pernambuco.

Brazylijska Serie A miała zgodnie z planem ruszyć w pierwszy weekend maja. Teraz władzy federalnej marzyłoby się, żeby zaczęła się choć w czerwcu. Na czerwiec jest przewidywany szczyt zachorowań. Ale jak mówi Bolsonaro: - Futbol to zdrowie i życie. I tak nikt nie wie, kiedy pandemia sobie pójdzie, więc po co czekać?

Wspomniany już Rai, dyrektor sportowy FC Sao Paulo, jest tak zirytowany zachowaniami Bolsonaro, że wezwał go do ustąpienia z urzędu. Zastrzegł, że to opinia prywatna, a nie oficjalne stanowisko klubu. Ale jest nieprzejednany. – On wiele razy jest na granicy nieodpowiedzialności,  absurd jego rządów to wymyślanie kryzysów politycznych, dbanie o interesy swoje i rodziny w środku pandemii. To nie do przyjęcia. Myślę że wiele osób się z tym zgodzi, również zwolennicy Bolsonaro. Został wybrany demokratycznie. Ale wiedzieć kiedy odejść, to też demokracja – mówił Rai. Uważa, że prezydent powinien odejść sam, bo szkoda dziś energii kraju na procedurę impeachmentu. – I jeśli uważacie, że to co ja mówię jest mocne, wyobraźcie sobie, co powiedziałby Socrates.

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .



Więcej o: