Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Zaskakujące obliczenia naukowców. Piłkarze nie zarażą się w czasie meczu? Inni to obalają. Grać mogą nawet zarażeni

W Niemczech wraca futbol, chociaż pytań o koronawirusa wciąż jest więcej niż odpowiedzi. Piłkarze mają mieć testy 24 godziny przed każdym meczem, ale to nie daje gwarancji, że nie zagra ktoś, kto zaraża. Naukowcy z Danii uspokajają: ryzyko zakażenia podczas meczu jest znikome. Tezę tę podważają badania Belgów i Holendrów. A Włosi przypominają: u nas pierwszym zdiagnozowanym był wysportowany mężczyzna. Czy mimo to Bundesliga zdoła udowodnić, że dokończenie sezonu 2019/2020 jest możliwe?

To pierwsza z pięciu najlepszych lig europejskich, która wraca. W sobotę 16 maja, po dwumiesięcznym postoju. Niemcy przyjmują rolę królika doświadczalnego, a inne ligi śledzą każdy krok zbliżający Bundesligę do dokończenia sezonu. Ale władze niemieckiej piłki doskonale wiedzą, że będzie to test na żywym organizmie. Przygotowują różne wyjścia awaryjne. 

Zobacz wideo Bundesliga wraca do gry. "Pierwsze mecze nie będą wyglądały najlepiej"

Niemcy wracają jako pierwsi. Wielki test dla kontrowersyjnych badań Duńczyków

Pod względem liczby zakażeń Niemcy ucierpiały podczas pandemii bardzo mocno: z ponad 174 tysiącami przypadków są ósmym najmocniej dotkniętym krajem na świecie. Ale jeśli chodzi o zarządzanie tym kryzysem, poradzili sobie znakomicie. Zwłaszcza jeśli porównać ich z krajami pozostałych największych lig piłkarskich Europy. W Niemczech wskaźnik śmiertelności to obecnie 4,5 procenta. W Hiszpanii 11,9, we Włoszech 14 procent, w Wielkiej Brytanii 14,4, a we Francji, która już zdecydowała, że nie dokończy sezonu ligowego - aż 15,2. To dało Bundeslidze większe szanse na sprawne przygotowanie powrotu niż mieli szefowie konkurencyjnych lig. Ale nie da się całkowicie wyeliminować ryzyka związanego z tym powrotem. Mimo że piłkarze Bundesligi byli testowani, izolowani, a kolejne testy będą przechodzić 24 godziny przed każdym meczem, zawsze jest groźba zakażenia. Pytanie tylko, jak duża.  

Największą furorę w świecie piłki w ostatnich tygodniach robiła analiza duńskich naukowców, których wnioski były raczej uspokajające. W ligach, które szykują się do powrotu - nie tylko niemieckiej, również m.in. w lidze polskiej i hiszpańskiej - chętnie sięgano do tych duńskich badań, opartych na analizie 14 meczów tamtejszej Superligi. Prezes ligi hiszpańskiej Javier Tebas mówił nawet, opierając się o ustalenia duńskich naukowców, że ryzyko zarażania wirusem podczas meczów będzie praktycznie zerowe. Ale sami naukowcy tak kategoryczni nie byli. I nie mogli być, bo nie było jeszcze eksperymentu, podczas którego zbadano by rozprzestrzenianie się tego koronawirusa podczas pojedynków sportowych. Duńczycy sprawdzili raczej, jakie teoretycznie warunki do rozprzestrzeniania się daje mecz piłkarski. 

Przeanalizowali oni mecze pod kątem czasu bliskiego kontaktu między piłkarzami. Tak, by ustalić jak długo w każdym meczu dany zawodnik może być narażony na kontakt z zarazkami wydychanymi przez innego zawodnika. Wyszło im, że przy założeniu, że na boisku jest jeden zakażony zawodnik, średni czas, jaki przeciętny piłkarz spędza przy zakażonym, wynosi 87,8 sekundy na mecz. Mowa o czasie przebywania bliżej niż 1,5 metra od zakażonego. Teoretycznie jest to bardzo dobra informacja. Średni kontakt to niespełna półtorej minuty, a w wytycznych epidemicznych Instytutu Kocha w Berlinie mowa jest o tym, że aby znaleźć się w kategorii osób najbardziej narażonych na zakażenie trzeba mieć kontakt z chorym twarzą w twarz przez co najmniej 15 minut. Ale te wyliczenia nie są pozbawione wielu ułomności, o których należy wspomnieć.

Czy piłkarz może się zarazić na murawie?

Przede wszystkim, wspomniane 88 sekund jest tylko średnią wyciągniętą z porównania pozycji 22 piłkarzy grających na boisku. Według badań Duńczyków, najbardziej narażony na ewentualne zakażenie może być napastnik, który właściwie cały czas znajduje się w bliskim kontakcie z obrońcami czy pomocnikami, a zdecydowanie najmniej narażony jest bramkarz. Większe ryzyko może też występować np. u piłkarzy grających na skrzydłach, którzy często toczą ze sobą pojedynki biegowe. Ale jeśli zestawimy dwóch lewych obrońców, to oni na murawie mogą się nawet nie spotkać, bo większość meczu grają blisko 100 metrów od siebie. 

Nie ma też powodu, by zakładać, że na boisku będzie góra jeden zarażający. Jeśli znajdą się dwie takie osoby, średni czas kontaktu z nimi zdrowej osoby rośnie już do 176 sekund. Jeśli są trzy, skacze on do 264 sekund. I tak dalej. Tebas wyklucza opcję, że na murawie będzie więcej chorych piłkarzy, bo każdy gracz ma być testowany na 24 godziny przed meczem. Prawdopodobieństwo błędu w teście wynosi zaś tylko pięć procent. Ale trzeba pamiętać, że czasem test nie wykrywa koronawirusa, ponieważ faza choroby jest jeszcze zbyt wczesna. I można dopuścić do meczu chorego.

Zakażony piłkarz na murawie mimo testów? To niestety możliwe

Chodzi tutaj o błąd polegający na możliwym testowaniu w okresie wylęgania się wirusa, a wtedy wyniki testów (nawet PCR) nie są odpowiednio dokładne. - Wiadomo, że okres wylęgania zakażenia wynosi od 3-4 do 14 dni (średnio 7 dni). Testy oparte na metodzie PCR, które wykrywają materiał genetyczny wirusa, wykazują najwyższą czułość między 7 a 14 dniem od zarażenia, czyli wówczas, gdy pacjent ma pierwsze objawy zakażenia. W pierwszych dniach od zakażenia ilość wirusa w nabłonku dróg oddechowych jest na tyle mała, że powinniśmy liczyć się z otrzymaniem wyniku fałszywie ujemnego. W okresie narastania objawów (7-14 dzień od zakażenia), testy molekularne wykazują zaś bardzo dobrą efektywność diagnostyczną i są idealnym narzędziem do diagnostyki COVID-19– informuje Centrum Medyczne Wielkoszyński, które zajmuje się profesjonalnym przeprowadzeniem testów m.in na koronawirusa. Nie przez przypadek w Polsce zaczęto testować ludzi, znajdujących się w 12. dobie kwarantanny. Taki okres powinien dać już jasny sygnał, czy osoba, która miała kontakt z zakażonym, również jest chora. 

Piłkarze mają być testowani przed każdym meczem, a więc czasami i dwa razy w tygodniu. Nietrudno jednak wyobrazić sobie sytuację, że zawodnik zostaje zakażony np. w środę, a piątkowy test nie wykazuje jeszcze koronawirusa, bo jest za wcześnie, piłkarz zostaje dopuszczony do sobotniego meczu, ale w tym czasie już może zarażać. Dopiero test wykonany np. w kolejny piątek (przed kolejnym meczem) da nam potwierdzenie, że zawodnik jest zakażony. Niestety, w tym czasie zawodnik przez np. 10 dni miałby kontakt z kolegami ze swojej szatni, całym sztabem, rodziną, drużyną rywali i sędziami - a kilka osób z tego grona również mogłoby ulec zakażeniu. - Taki test nic nie pokaże. Dlatego, że pewny wynik jest wtedy, gdy występują objawy, czyli mniej więcej jest to piąty dzień od zakażenia. A innych zakaża się mniej więcej 24 godziny przed wystąpieniem objawów. To się sprawdza w zidentyfikowanych dotychczas ogniskach koronawirusa - mówi Sport.pl profesor Włodzimierz Gut z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego.

Dynamo Drezno niechlubnym przykładem

W ostatni weekend kwietnia wykonano testy w Dynamie Drezno. Wykryto jedno zakażenie koronawirusem. Piłkarz został odesłany na izolację, a testy powtórzono w poniedziałek 4 maja. Te nie potwierdziły żadnych nowych zakażeń i zespół wrócił do treningów w czwartek. Niestety, w trzeciej serii testów pojawiły się kolejne dwa przypadki zakażenia SARS-Cov-2 i zdecydowano się na odesłanie całego zespołu na dwutygodniową kwarantannę, a przecież Dynamo już 17 maja miało zagrać swój pierwszy mecz w 2. Bundeslidze. 

Plan Niemców zakładał izolację pojedynczych chorych od całej grupy, a chorego należało traktować jak kontuzjowanego zawodnika. Niestety, w przypadku Dynama Drezno stało się jasne, że może być to zbyt optymistyczne podejście. Okres wylęgania się wirusa sprawia, że bardzo trudno jest zidentyfikować zakażonych. - Profesjonaliści powinni być zamknięci na obozie kondycyjnym, po siedmiu dniach trzeba wykonać test. Jak wszyscy mają wynik negatywny, to nie ma żadnego problemu. Jak jeden wynik jest dodatni, to cała drużyna powinna iść na kwarantannę, bo miała kontakt z osobą, która na pewno zaraża, bo badamy przecież gardło - podkreśla Gut. 

Gut zauważa, że podobne podejście zastosowano w niemieckich zakładach mięsnych, gdzie też chciano izolować tylko zakażonych. O ile w Polsce największym problemem ostatnich dni są kopalnie, w których wybuchła pandemia koronawirusa, to Niemcy mają ogromny właśnie problem z przemysłem mięsnym. W sumie chorych jest tam już ponad 600 pracowników tej branży. Przyczyniły się do tego słabe warunki mieszkalne dla tzw. gastarbeiterów, ale też brak odpowiednich norm sanitarnych w samych zakładach. - Zidentyfikowali pojedyncze osoby chore, reszta nie poszła na kwarantannę. No i teraz wybuchło ognisko w przemyśle mięsnym. To jest zbliżony problem do tego, który pojawi się w piłce nożnej, bo też nie da się uniknąć bezpośredniego kontaktu - mówi. 

Belgowie i Holendrzy podważają badania Duńczyków

Duńska analiza nie ujmowała w ogóle np. przenoszenia wirusa na różnych powierzchniach, z którymi piłkarze mogą mieć kontakt. A to jest zdecydowanie większy problem. Nawet przy założeniu, że - jak przypomniał Tebas - nie ma zarazków koronawirusa w pocie, a przynajmniej dotychczas ich nie odkryto. Czy jest jakiś sposób, by się upewnić, że np. po kichnięciu piłkarza na boisko zarazki nie znajdą się na piłce, z niej nie trafią na dłonie wyrzucającego aut piłkarza, i że ten piłkarz w pewnym momencie nie zapomni, by nie dotykać dłońmi twarzy? Piłkarze mają przykazane, by powstrzymać się od plucia, ale nie można im przecież zabronić porozumiewania się na boisku. Będą do siebie krzyczeć, a jak wynika choćby z badań amerykańskiego National Institute of Diabetes and Digestive and Kidney Diseases (NIDDK) im głośniej mówi osoba zarażająca, tym większy ładunek zarazków z siebie wyrzuca. 

Dlatego ochoczo przytaczane przez Javiera Tebasa duńskie badania o krótkiej ekspozycji na wirusa kończą się dość wymownym zdaniem, które właściwie nie pojawia się w mediach. "Na podstawie naszych analiz nie jesteśmy w stanie przesądzić, czy piłkarze są narażeni na duże ryzyko zarażenia podczas meczów, czy nie". A naukowcy z uniwersytetów w belgijskim Leuven i holenderskim Eindhoven w swoich badaniach podważyli sam sens przyjmowania, że ponad 1,5 m czy ponad 2 m to bezpieczna odległość między ludźmi uprawiającymi sport.

Znów: nie było to badanie dróg zarażania konkretnie tym koronawirusem. Tylko analiza ekspozycji na kropelki w wydychanym przez sportowca powietrzu. - To badanie aerodynamiczne, a nie wirusologia. Ustaliliśmy odległości potrzebne podczas chodzenia, biegania, jazdy na rowerze, aby mieć podobną ekspozycję na kropelki, jak w czasie postoju 1,5 metra od zakażonego - podkreśla Bert Blocken z Eindhoven University of Technology i KU Leuven w Belgii w rozmowie z "The London Economic".

Fot. KU LEuven/TU EindhovenFot. KU LEuven/TU Eindhoven Fot. KU LEuven/TU Eindhoven

Zdecydowanie największe ryzyko występuje podczas biegania "jeden za drugim". Żeby utrzymać bezpieczny dystans osoba z tyłu powinna być co najmniej 10 metrów za biegnącym! I mowa tu o sytuacji, w której nie występuje żaden wiatr. Na boisku kontakt jest zdecydowanie bliższy. Zakażona osoba rozprowadza chmurę cząsteczek w powietrzu, a biegnący za zakażonym po prostu w nią biega. Do zakażania nie dochodzi natychmiast, ale wirus osiada na ubraniu czy rękach. I może przenieść się przez np. dotykanie rękami twarzy.  

Włoscy badacze: nasz pierwszy pacjent był sportowcem. I miał bardzo ostry przebieg choroby

Trójka włoskich naukowców - Paolo Maria Matricardi ze szpitala uniwersyteckiego Charite w Berlinie, Roberto Walter Dal Negro z centrum farmakoepidemiologii w Weronie i Roberto Nisini z instytutu zdrowia w Rzymie - zwraca uwagę, że pierwszym zdiagnozowanym u nich pacjentem z koronawirusem był uprawiający sport 38-latek: biegacz i amatorski piłkarz. I mimo że teoretycznie nie powinien być w grupie ryzyka, to przebieg choroby był u niego bardzo ostry. Po czterech dniach od wystąpienia objawów pacjent trafił na intensywną terapię w szpitalu w Pawii, i potrzebował kilkunastu dni na powrót do zdrowia. W swojej analizie, która nie została jeszcze przyjęta do publikacji w czasopiśmie naukowym, ostrzegają, że przy dużym wysiłku fizycznym i zwiększonym poborze tlenu zarazki koronawirusa mogą trafiać od razu do dolnych dróg oddechowych i tam powodować dużo więcej zniszczeń, niż gdyby wirus przeszedł normalną drogę: przez błony śluzowe dróg oddechowych pokryte przeciwciałami. Zdaniem włoskich naukowców, przy takim ominięciu naturalnej bariery immunologicznej w górnych drogach oddechowych wirus może spowodować ostry przebieg choroby nawet u młodych i wysportowanych osób. Ale to zależy nie tylko od intensywności poboru tlenu, ale też od wielkości ładunku zarazków, wdychanego w ten sposób. 

Właściwie codziennie dowiadujemy się o wirusie czegoś nowego, ale kluczowe pozostaje wykrywanie zarażających osób i odizolowywanie ich od zdrowych. Niemcy planują testowanie piłkarzy na Covid-19 na 24 godziny przed każdym meczem, w Formule 1 testy planowane są co 48 godzin, co zdecydowanie bardziej ograniczy szanse zachorowania przez większą grupę ludzi. Na zupełnie innym biegunie są zaś Szwedzi, którzy liberalnie podchodzą do spraw koronawirusa, a piłkarzy testować nie będą, o czym więcej pisał Kacper Sosnowski.  Wydaje się, że w przypadku wystąpienia choćby jednego przypadku koronawirusa w drużynie, bardzo trudno będzie uchronić kolejnych zawodników. Dokładnie tak, jak ma to miejsce w innych grupach społecznych. Piłkarze spędzają czas w jednej szatni, w autobusie na mecz itd. 

Niemcy zdają sobie sprawę z tych zagrożeń. Wpisali do planu powrotu wyjście awaryjne: zakończenie sezonu po ostatniej w pełni rozegranej kolejce ligi. Takie samo rozwiązanie zostało wprowadzone również w Polsce, jeszcze w marcu. Ekstraklasa ma wystartować zaledwie dwa tygodnie po Bundeslidze.