Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Sześć niemieckich klubów zagrożonych upadkiem. Szef ligi proponuje rewolucyjne zmiany

Egzystencja aż sześciu klubów 1. i 2. Bundesligi stała się zagrożona przez pandemię koronawirusa - wynika z badań jednej z najstarszych szkół biznesu w Niemczech. Szef DFL proponuje rewolucyjne zmiany, które ograniczałyby zarobki piłkarzy i agentów, chroniąc przyszłość klubów.

200 milionów euro - niemal tyle wynosi obecny dług Schalke Gelsenkirchen. Klub, który jeszcze przed wybuchem pandemii koronawirusa był w trudnej sytuacji finansowej, obecnie zmaga się z sytuacją, która powiększa jego problemy. - Jak każdy jestem bardzo zmartwiony sytuacją, w której się znaleźliśmy. Uświadomiliśmy sobie, że gdy futbol staje, zostajemy niemal z niczym - przyznał dyrektor wykonawczy klubu, Peter Peters.

Zobacz wideo Bundesliga wraca do gry. "Pierwsze mecze nie będą wyglądały najlepiej"

Schalke to jednak nie jedyny klub Bundesligi, który przez pandemię znalazł się w trudnej sytuacji finansowej. Minimalizowanie strat ekonomicznych było jednym z głównych powodów, dla których władzom niemieckiego futbolu zależało na możliwie najszybszym kontynuowaniu rozgrywek. Rozgrywek, które zostaną wznowione już w sobotę.

Schalke walczy o przetrwanie

Koronawirus tylko pogorszył i tak złą sytuację finansową Schalke. Z oficjalnego raportu finansowego wynikało, że tylko w zeszłym roku klub stracił 26 milionów euro. - Jeszcze przed wybuchem pandemii przewidywano, że ten rok również przyniesie Schalke kilkadziesiąt milionów euro straty. Z pewnością można założyć, że przez obecną sytuację, te straty będą dużo większe, niż początkowo zakładano - mówił nam Tomasz Urban, ekspert stacji Eleven Sports.

Skąd wzięła się trudna sytuacja klubu? Przede wszystkim z nieudanych transferów i przepłacania przeciętnych piłkarzy, darmowego oddawania najlepszych zawodników do innych klubów i braku kwalifikacji do europejskich pucharów. - Ponad 40 procent budżetu stanowią pensje zawodników. To bardzo dużo jak na niemieckie warunki. W zeszłym sezonie klub wydał na pensje 123 miliony euro, kiedy jego całkowity budżet wynosił 275 milionów euro. Schalke cierpi przez swoją manię wielkości i chęć rywalizacji z Borussią Dortmund, której ostatnio idzie bardzo dobrze. Klub wydaje mnóstwo pieniędzy, jednak w żaden sposób nie przekłada się to na wyniki sportowe - mówił Urban.

I dodał: W ciągu ostatnich trzech lat Schalke dwukrotnie nie zakwalifikowało się do europejskich pucharów. Dla klubu to duża strata nie tylko z powodu braku pieniędzy od UEFA, ale też braku wpływów z dnia meczowego. Przeczytałem kiedyś, że Schalke musi rozegrać przynajmniej 25 meczów na własnym stadionie, by ten nie przyniósł strat w sezonie. Oznacza to osiem spotkań poza Bundesligą, więc bez dobrej gry w europejskich pucharach, ten cel jest niemożliwy do osiągnięcia.

Przerwa w rozgrywkach spowodowana pandemią koronawirusa spowodowała, że Schalke nie tylko nie ma pieniędzy z dni meczowych, ale na pewien czas pod znakiem zapytania stanęła też wypłata środków z telewizji. Ostatecznie kluby porozumiały się z nadawcami, ale 16 milionów euro, które należy się Schalke, klub od razu będzie musiał oddać wierzycielom.

Werder w najgorszej sytuacji w historii

Ale nie tylko Schalke znalazło się w dużo trudniejszej sytuacji przez pandemię. Chociaż kłopoty pozostałych nie są tak ogromne i nie mówi się o nich tak głośno, to nie znaczy, że koronawirus dotknął tylko klubu z Gelsenkirchen. Najlepszym przykładem na to jest walczący o utrzymanie Werder Brema.

Pandemia i przerwa w rozgrywkach pogorszyły i tak już najgorszą w historii klubu sytuację finansową. Dyrektor wykonawczy Werderu - Klaus Filbry - przyznał, że do utrzymania płynności finansowej w czasach kryzysu, klub musi zaciągnąć ośmiocyfrową pożyczkę. Szacuje się, że roczna strata Werderu może wynieść aż 45 milionów euro! - Potencjał zagrożenia, w jakim się znaleźliśmy, jest bardzo, bardzo wysoki - powiedział Filbry.

Werder, tak samo jak Schalke, ucierpiał dodatkowo przez brak przychodów z dnia meczowego i pieniędzy od telewizji. Z 15 milionów euro, jakie klub powinien otrzymać z tego tytułu, na razie dostanie raptem 25 procent. Dodatkowym problemem Werderu jest sześć milionów euro, jakie klub jest dłużny własnym kibicom za wykupione bilety oraz karnety do końca obecnego sezonu.

W poszukiwaniu dodatkowych pieniędzy Werder poprosił fanów, by ci nie dopominali się pieniędzy za spotkania, których nie obejrzą z trybun. W zamian klub zaoferował kibicom ekskluzywne upominki oraz udział w specjalnej imprezie z zawodnikami po zakończeniu pandemii. "Każdy, kto zostawi w klubie swoją cegiełkę, będzie jego bohaterem" - brzmiał przekaz Werderu.

Sześć klubów zagrożonych, kolejne muszą wiele zmienić 

Badania Graduate Scholl of Management w Lipsku, czyli jednej z najstarszych szkół biznesu w Niemczech, wykazały, że w czasach pandemii realnie zagrożona jest egzystencja sześciu klubów 1. i 2. Bundesligi. Oprócz opisanego wyżej Schalke to jeszcze Union Berlin i Paderborn z ekstraklasy oraz FC Nuernberg, Karlsruher SC i VfL Osnabrueck z jej zaplecza. Mimo że na tle innych topowych lig Bundesliga nazywana jest "najzdrowszą ligą pod względem finansowania", to badania wykazują, że kolejnych siedem klubów może znaleźć się w podobnych tarapatach, jeśli nie zmieni dotychczasowej strategii.

Wyniki badań potwierdzają to, o czym pisano w Niemczech od kilkunastu dni. Media informowały, że aż 13 z 36 klubów 1. i 2. Bundesligi może mieć ogromne problemy, jeśli sezon nie zostanie wznowiony, a kluby nie otrzymają pieniędzy z telewizji. Chociaż wiadomo już, że te środki (łącznie 254 mln euro) trafią do klubów, to te wciąż muszą radzić sobie bez przychodów z dni meczowych. Media szacują, że przerwa w rozgrywkach, nawet mimo otrzymania pieniędzy z telewizji, łącznie kosztuje niemieckie kluby około pół miliarda euro.

Debata o "50+1"

Wraz z kryzysem wynikającym z przerwy spowodowanej pandemią, w Niemczech wróciła dyskusja na temat przepisu "50+1", który określa strukturę właścicielską klubów Bundesligi. Przepis ten mówi, że klub, który chce otrzymać licencję na udział w rozgrywkach, musi posiadać co najmniej 51 procent udziałów w całej spółce. Przepis sprawia, że niemieckie kluby nie są zarządzane przez zagranicznych magnatów i w kraju nie zdarzą się przypadki takie, jak np. PSG we Francji czy Manchester City w Anglii. 

Chociaż Niemcy chwalą sobie, że ich kluby są niezależne od zagranicznych kapitałów, to w czasach pandemii wróciły głosy, że "50+1" jest dla nich zbyt mocnym ograniczeniem. - Trzeba jasno stwierdzić, że ten przepis nie pomógł pewnym klubom. Ale to początku wydawało się jasne. Niektórzy potrzebują więcej kapitału od pozostałych - powiedział prezes Bayernu - Herbert Hainer - w rozmowie z ZDF.

Głos w sprawie zabrał też m.in. Martin Kind, czyli były prezes Hannoveru, który przed dwoma laty chciał zostać większościowym właścicielem klubu, bezskutecznie apelując o zniesienie przepisu "50+1". - Nadal uważam, że to szkodliwe dla niemieckiego futbolu. Tutejsze kluby są komercyjnymi przedsiębiorstwami i kryzys spowodowany koronawirusem obnażył ich słabości - powiedział Kind w rozmowie z telewizją "Sky".

Chociaż zwolennicy zmian w przepisach argumentują, że wpuszczenie zagranicznego kapitału byłoby dla niemieckich klubów szansą na lepszą przyszłość i ratunek dla części z nich, to na razie nie widać najmniejszej szansy na zniesienie panującej zasady. - Zainteresowanie tutejszą piłką jest tak ogromne m.in. dzięki aktualnym przepisom. Lubimy to, bo czujemy, że mamy realną władzę w klubie. Nie wiem, czy byłoby tak samo, gdyby kluby trafiały w ręce obcych, niezwiązanych z nimi ludzi, którzy szukaliby tu tylko zarobku - powiedział przed dwoma laty w rozmowie z "Deutsche Welle" rzecznik prasowy organizacji, walczącej o zachowanie przepisu.

- Zniesienie przepisu nie podlega dyskusji. Jest on mocno zakorzeniony w naszej lidze i nie dzieje się to bez powodu. On chroni nasze kluby przed tym, co działo się w innych krajach. Nie chcemy tu sytuacji, w której bogaty biznesmen kupuje klub, pompuje w niego olbrzymie pieniądze w formie pożyczki, a za dwa lata je wycofuje, bo biznes nie idzie tak, jakby tego oczekiwał, zostawiając klub na skraju bankructwa - dodał odpowiedzialny za finanse DFB, Stephan Osnabruegge.

Szef ligi proponuje rewolucyjne zmiany

Sporo jednak na to, że ligę niemiecką czekają inne zmiany. O konieczności ich rozważenia i wprowadzenia opowiedział w wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" szef ligowej spółki (DFL), Christian Seifert. - Najwięcej do zmienienia jest na pograniczu sportu i biznesu. Chodzi mi np. o zarobki graczy czy opłaty za transfery i agentów. Ci drudzy zarabiają miliony euro tylko dlatego, że znają odpowiedniego 23-latka, z którym współpracują na podstawie umowy dostępnej na naszej stronie internetowej - powiedział.

Seifert zapowiedział, że już jesienią chciałby powołać grupę pod roboczą nazwą "przyszłość profesjonalnej piłki nożnej". Miałaby ona opracować projekt zmian, mających na celu zabezpieczenie klubów na wypadek kolejnej, nieprzewidzianej przerwy w rozgrywkach. Główne zmiany dotyczyłyby rozdziału pieniędzy między klubami, a nawet ograniczeń zarobków piłkarzy oraz kwot transferowych.

- Futbol w obecnym kształcie ma wielkie rezerwy. Możecie oswajać się z myślą, że koronawirus zmienił go bezpowrotnie. Biznes piłki nożnej, czyli astronomiczne liczby związane z pensjami i opłatami transferowymi, został obnażony przez pandemię. Jeśli wykażemy się odwagą i wytrwałością, to z obecnego kryzysu być może uda nam się wynieść wielkie pozytywy. Musimy tylko szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, które elementy kryzysu wymagają naszej największej uwagi w przyszłości - powiedział Seifert.

I dodał: Amerykański system salary cap narusza prawo europejskie. Jeżeli pojawi się sygnał do zmian od polityków, zapewniam was, że prezydent UEFA - Aleksander Ceferin - podejmie z nimi rozmowy na temat ograniczeń zarobków piłkarzy i agentów. A ja będę pierwszy, by stanąć obok niego.

Seifertowi wtóruje dyrektor wykonawczy Borussii Dortmund, Hans-Joachim Watzke. - To jest niezdrowy wyścig szczurów, mówiłem o tym już dawno. Piłkarze, w porównaniu do innych zawodów, zawsze zarabiali lepiej, ale w ostatnich latach ich pensje stały się chore. Musimy to zastopować, zwłaszcza, że w innych topowych ligach Europy sytuacja jest jeszcze gorsza niż w Niemczech - powiedział.

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .

Więcej o: