Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Udają, że nie ma u nich koronawirusa. Prezydent wykorzystał sportowców, by udowodnić racje

- Musimy pracować. Inaczej państwo umrze - mówi prezydent Daniel Ortega i ustala sam ze sobą, że Nikaragua jest wolna od zarazy. Sport wykorzystuje, by udowodnić, że ma rację. Piłka toczy się więc po murawie, krzyżują się rękawice, a biegacze ścigają w maratonach. A kto się sprzeciwi, ten nie dostanie pensji przez rok.

Mecze baseballu i piłki nożnej odbywają się bez zmian. Pierwsze z publicznością, drugie bez. Dwa tygodnie temu planowo zorganizowano galę bokserską. Kibice wiwatowali. Kilka tygodni temu w Managui, stolicy kraju, odbył się maraton. A w zeszłym tygodniu po ważnym meczu baseballu kibice przemaszerowali na główny plac Jinotepe, by uczestniczyć w politycznym wiecu. Sporo ludzi blisko siebie. Właściwie twarz przy twarzy. Bez masek. 

Zobacz wideo

Oficjalnie władze najbiedniejszego kraju Ameryki Środkowej mówią o dziewięciu osobach zakażonych koronawirusem i jednym przypadku śmiertelnym. Wszyscy pacjenci mieli wrócić do Nikaragui z zagranicy i "nie przekazać wirusa dalej" - o czym zapewniała wiceprezydent Rosario Murillo. Życie toczy się więc normalnie. Ku zaskoczeniu sąsiadów. Prezydent Salwadoru, w którym jest 140 chorych na COVID-19, kwestionuje prawdziwość danych dostarczanych przez władze Nikaragui. Według WHO jej pozostali sąsiedzi - Kostaryka i Honduras - mają łącznie niemal 1000 zakażonych pacjentów i 30 zgonów. Tylko Nikaraguę wirus szczęśliwie omija. "To dzięki Bogu" - tłumaczy wiceprezydent.

- Jesteśmy bardzo zaniepokojeni sytuacją w Nikaragui: dalszym organizowaniem masowych spotkań, nieodpowiednim zapobieganiu infekcji i brakiem kontroli nad tym, co się dzieje - powiedziała "New York Times" dr Carissa F. Etienne, dyrektorka "American Health Organization".

Władza proponuje: całujcie się na ulicach 

Amerykański dziennik wylicza te wszystkie sportowe imprezy i pisze, że świat spogląda teraz na Nikaraguę i uznaje żyjących tam ludzi za naiwnych. A to nie do końca tak. Medycy, przedstawiciele różnych fundacji pozarządowych, politycy opozycji i sami sportowcy apelują o przerwanie rozgrywek. Ich kontynuowanie to decyzja autorytarnych władz. Potrzebna, by stwarzać pozory normalności. - Patrzę na to wszystko z ludzkiej perspektywy i boli mnie, że nie reagujemy na rzeczywistość. To nie do pomyślenia, że wciąż odbywają się mecze - powiedział Dennis Martinez, największa w Nikaragui emerytowana gwiazda baseballu. - Niemal wszędzie wstrzymano rozgrywki sportowe, więc oczy kibiców z całego świata skierowane są na te cztery zakątki, w których dyktatura jest wystarczająco silna, by nadal narażać sportowców - mówi "New York Times" Camilo Velasquez, dziennikarz niezależnego portalu "FutbolNica".

Obaj mogą głośno wyrażać swój sprzeciw. Aktywni sportowcy, których opłaca przede wszystkim państwo, lepiej, żeby tego nie robili. Mogą bowiem skończyć jak baseballista Robin Zeledon, który po tym jak odmówił występu w meczu, bo bał się, że złapie koronawirusa i zarazi rodzinę, został zawieszony na rok i przez ten czas nie będzie mógł pobierać pensji. Komisarz ligi zakwestionował te doniesienia, tłumacząc, że 20-latek opuścił drużynę po tym, jak pokłócił się z trenerem, ale inni sportowcy i tak woleli nie ryzykować. Protestowali przeciwko dalej grze w bardziej wysublimowany sposób. Tak doszło do zrobienia jednego z najdziwniejszych przedmeczowych zdjęć w historii. Otóż jedenastu piłkarzy Diriangen, najstarszego klubu w Nikaragui i jedynego, który nie utrzymuje się z państwowej kasy, zapozowało w maseczkach na twarzy, rękawiczkach i stojąc w bezpiecznej odległości od siebie. Początkowo chcieli w ogóle nie wychodzić na ten mecz, ale gdy usłyszeli o karach, jakie mogą spotkać klub, musieli zagrać.

Za wszystkim stoi prezydent Daniel Ortega. W skrócie: to do niego prowadzą niemal wszystkie drogi w Nikaragui. Rządził w latach 1979-1990 i ponownie od 2007 roku. "Piłka nożna jest dla niego narzędziem do zachowania stabilności wewnątrz kraju" - twierdzi brytyjski "Guardian". Ortega twardo dyktuje swoje warunki: nakazał m.in. przeszukanie w redakcjach opozycyjnych gazet i siedzibach organizacji broniących praw człowieka, wygonił z kraju członków misji Międzyamerykańskiej Komisji ds. Praw Człowieka. "Pobyt w Nikaragui nie jest zalecany ze względu na niebezpieczeństwo i niestabilność polityczną" - czytamy na stronie polskiego MSZ. Kraj ten ma jeden z najwyższych na świecie wskaźników przestępczości i tzw. przypadkowych morderstw. Wciąż dochodzi tam do antyrządowych demonstracji, choć już nie na taką skalę, jak w kwietniu 2018 roku. 

Wtedy reżim Ortegi poważnie się zachwiał. Ostatecznie prezydent stłamsił zamieszki i wielotysięczne protesty, ale od tamtej pory ma chorobliwą potrzebę kontrolowania wszystkiego, co dzieje się w kraju. Odwołanie zawodów sportowych sprawiłoby wrażenie, że tę kontrolę traci. Tu dochodzimy do sedna sprawy: władze prawdopodobnie zatajają informacje o zachorowaniach i zgonach spowodowanych koronawirusem, by liga mogła grać dalej. Zachęcają swoich zwolenników, by pokazywali na ulicach, że nie boją się koronawirusa. W dobrym guście jest teraz ostentacyjne całowanie się czy praca w grupach. Pani wiceprezydent Rosario Murillo, żona Ortegi, wzywała do organizowania marszów pod hasłem "Miłość w czasach COVID-19".

- Dalsze rozgrywanie meczów jest wynikiem silnej potrzeby udowodnienia normalności. Ortega od 2018 roku desperacko stara się pokazać, że wszystko wróciło do normy. W tym celu nie odpuszcza również sportu - mówi "Guardianowi" wspomniany dziennikarz Camilo Velasquez. Gdyby nagle zawiesić rozgrywki, ludzie uznaliby to za komunikat: nie jest normalnie. I mogliby wykorzystać sytuację do rozpoczęcia strajków i zamieszek podobnych jak półtora roku temu. 

Sytuacja jest w ostatnich dniach napięta, więc po raz pierwszy od ponad miesiąca Ortega pokazał się publicznie. Rozwiał tym samym plotki, że nie żyje. Zresztą, za każdym razem, gdy znika na dłużej, mówi się, że może już nie żyć. Ma 74 lata i jest po dwóch zawałach. Teraz dodatkowo doszły przypuszczenia, że sam mógł mieć koronawirusa. Podczas orędzia tłumaczył, że nie podjął decyzji o wprowadzaniu ograniczeń, bo to doprowadziłoby gospodarkę do ruiny. - Musimy pracować. Inaczej państwo umrze. A jak umiera państwo, to umierają też ludzie. Dlatego jesteśmy krajem pracującym. Krajem ludzi, którzy nie umrą z głodu - mówił. Dodał też, że pandemia koronawirusa to nic innego, jak znak od Boga, że na świecie źle się dzieje. 

Rodzice nie pozwalają dzieciom trenować 

Gdy ze sportowcami rozmawia się oficjalnie, mówią, że się nie boją i ich obowiązkiem jest grać. Doceniają, że ich liga piłkarska, której mecze można śledzić na YouTubie, wreszcie zainteresowała ludzi. Chcą wykorzystać moment. Może mecze oglądają skauci? Rzucają też te chwytne hasła podsuwane przez władze, że piłka nożna jest psychologiem dla tłumów. Co odważniejsi przyznają, że sytuacja jest niepokojąca, ale są profesjonalistami, więc dopóki nie ma zakazu gry w piłkę, muszą wychodzić na boisko. Wystarczy jednak, że dziennikarze wyłączą dyktafony, a piłkarze zaczynają opowiadać o strachu, jeżdżeniu na mecze osobówkami zamiast wspólnie autobusem, szantażach ze strony klubu, że mają grać i normalnie trenować. Przyznają, że są w beznadziejnym położeniu, w którym ani nie myślą o graniu, ani o jakimkolwiek sprzeciwie czy krytyce prezydenta. Bo kto chce pieniędzy, musi siedzieć cicho.

- Nie możemy sami zdecydować o przerwaniu rozgrywek. Gdyby minister zdrowia kazał nam przestać, zrobilibyśmy to - tłumaczy Orlando Canales, rzecznik ligi piłkarskiej. To bezpieczna odpowiedź. Wiadomo, że minister podejmie taką decyzję tylko wtedy, gdy pozwoli mu na to prezydent Ortega.

Inaczej jest z koszykówką. W półprofesjonalnej lidze występują przede wszystkim młodzi gracze. Ich rodzice "kierowani strachem i dezinformacją" - jak powiedział "New York Times" Noel Gonzalez, burmistrz Managui - nie pozwalają swoim dzieciom uczestniczyć w treningach i meczach. O tym, że bezpieczniej jest pozostać w domu, że należy myć ręce, zasłaniać twarz i używać rękawiczek, gdy konieczne jest wyjście, informują niezależne organizacje. Dzięki temu ruch na ulicach rzeczywiście spadł, a właściciele niektórych sklepów i restauracji podjęli decyzję o tymczasowym zamknięciu. Władza odpowiedziała nabijaniem frekwencji na meczach baseballowych - każe ludziom zapełniać stadiony. Idzie przekaz: nikt się nie boi. Nie ma czego się bać. Kolejne mecze piłkarskie już w sobotę o 23 naszego czasu. Baseballowe trzy godziny później. Wszystko jest normalnie.

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .