Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Zagrali w "meczu zero", reszta kraju z nich szydziła. Dziś są wzorem dla innych klubów

Valencia zagrała w "meczu zero" z Atalantą, po którym pandemia koronawirusa rozprzestrzeniła się w Europie. Po powrocie z Włoch klub z Mestalla wprowadził liczne środki bezpieczeństwa, uprzedzając decyzje władz krajowych. Hiszpanie śmiali się z prezydenta Valencii, ale dziś przyznają mu rację. Anil Muthy przewidział zagrożenie. "Żaden inny zespół w Hiszpanii nie odważył się nałożyć tak surowych obostrzeń" - chwali go "New York Times".

Eksperci są zgodni - rozegrane 19 lutego na stadionie San Siro w Mediolanie spotkanie 1/8 finału Ligi Mistrzów Atalanta - Valencia miało wielki wpływ na rozprzestrzenianie się koronawirusa w Europie. - Ten mecz odegrał istotną rolę. Jedna trzecia mieszkańców Bergamo była na stadionie. To nie przypadek, że w tym mieście jest dziś najwięcej zakażeń, a osoby z Walencji przywiozły wirusa do Hiszpanii - tłumaczy profesor Walter Ricciardi, członek WHO i doradca włoskiego ministra zdrowia. Podobnie uważa Fabiano Di Marco, szef oddziału pulmonologii w szpitalu im. Papieża Jana XXIII w Bergamo. - Tysiące mieszkańców Bergamo pojechało do Mediolanu na stadion San Siro. Autobusem, samochodem, pociągiem. To była bomba biologiczna, niestety - stwierdził w rozmowie z "Corriere dello Sport". Pojedynek włosko-hiszpański obejrzało z trybun ponad 60 tys. ludzi. Doczekał się nawet określenia "mecz zero".

Zobacz wideo

Hiszpański klub zareagował szybciej niż władze krajowe

Po powrocie z Mediolanu Valencia wprowadziła nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Pierwsza drużyna została odizolowana, nie miała kontaktu z kibicami. Wszystkie wywiady, nawet te uznane za obowiązkowe w ramach umowy telewizyjnej, zostały odwołane. Klub zamknął strefy mixed zone, w których piłkarze po meczu rozmawiają z dziennikarzami. Na stadion Mestalla wpuszczani byli tylko ci pracownicy, którzy byli niezbędni. Reszta miała siedzieć w domu, podobnie jak członkowie ich rodzin.

Valencia zareagowała znacznie szybciej niż hiszpańskie władze, które dopiero kilka tygodni później zakazały masowych zgromadzeń i nałożyły liczne obostrzenia. Premier Hiszpanii przyznał w środę: "Mogliśmy zadziałać szybciej, nie wszystko zrobiliśmy najlepiej". Efekt jest taki, że Hiszpania jest na drugim miejscu na świecie pod względem zachorowań na koronawirusa - 180 tys. przypadków. Wyprzedziła już nawet Włochy, które przez długi czas były "liderem" w Europie (dziś 165 tys. przypadków).

Hiszpanie śmiali się z Valencii

Jak zauważa "New York Times", zachowanie klubu z Mestalla spotkało się wpierw z falą krytyki. - Lokalne media w Walencji i niektóre drużyny LaLiga żartowały z Valencii. Uważano, że to przesadna reakcja na zagrożenie związane z tajemniczą chorobą. Żaden inny zespół w Hiszpanii nie odważył się nałożyć tak surowych środków - czytamy w amerykańskim dzienniku. Gdy piłkarze Valencii nie zostali dopuszczeni do dziennikarzy na lotnisku po powrocie z Mediolanu, Joaquin, były zawodnik "Nietoperzy", a dziś występujący w Betisie Sewilla, żartował, że to przecież tylko grypa i wystarczy umyć ręce. 

Prezes z Singapuru przewidział zagrożenie 

Pomysłodawcą wszystkich rozwiązań był prezydent klubu, Anil Murthy. Krytykowany za sposób pożegnania się z trenerem Marcelino, dziś uchodzi za najbardziej odpowiedzialnego człowieka w hiszpańskim futbolu. Zanim został szefem Valencii, Murthy pracował 16 lat dla rządu w Singapurze. Obserwował, jak pandemia rozwija się w jego ojczyźnie i dostawał codzienne aktualizacje od rodziny, przyjaciół oraz właściciela klubu, Petera Lima, który mieszka na co dzień w Singapurze. - Lim powiedział mi w lutym: Lepiej podejmij wszelkie możliwe działania teraz, ponieważ sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna - przyznał Murthy. I dodał: - Mieliśmy ostrzeżenia z Azji, że świat jest tak połączony, wszyscy podróżują, że to niemożliwe, by wirus nie dotknął także nas, mieszkających w Europie. Zagrożenie od początku było poważne.

Valencia przygotowywała się do wybuchu pandemii, kupując odzież i sprzęt ochronny. - Spróbuj dziś kupić maskę, to niemożliwe - powiedział Murthy. Zdradził, że znaczna część sprzętu została przekazana na rzecz lokalnego systemu opieki zdrowotnej.

LaLiga przyznała rację Murthy’emu

Po powrocie z Włoch Valencia zagrała na własnym stadionie 29 lutego z Betisem Sewilla. Mecz odbył się z udziałem publiczności, bo Murthy wobec takiej decyzji władz La Liga nie mógł nie wpuścić kibiców. - Dla mnie trzymanie 30 - 40 tys. fanów na stadionie, gdy wirus rozprzestrzenia się, to jak tykająca bomba. Nic jednak nie mogliśmy z tym zrobić - dodał. Zastosował tylko te obostrzenia, które sam mógł wprowadzić. Poinformował Angela Haro, prezesa Betisu, że tradycyjny posiłek między prezesami nie odbędzie się. Pominięte zostały również inne tradycje typowe dla spotkań ligi hiszpańskiej, w tym m.in. dzieci towarzyszące obu drużynom na boisku przed rozpoczęciem meczu. Haro nie był do końca przekonany, ale nie protestował. Narzekał za to 13-letni syn Murthy’ego, Aditya. Chodzi na każdy mecz Valencii, ale tym razem ojciec zakazał mu wychodzenia z domu. 

12 marca władze LaLiga zawiesiły rozgrywki na dwa tygodnie (obecnie są zawieszone do odwołania). Murthy mógł się delikatnie uśmiechnąć, bo wyszło na jego. Gdy inni bagatelizowali zagrożenie, ten wprowadzał kolejne środki bezpieczeństwa. Dzięki temu zapobiegł dalszemu rozprzestrzenianiu wirusa. Po powrocie z Mediolanu, 35 procent piłkarzy pierwszego zespołu Valencii uzyskało pozytywny wynik na obecność koronawirusa. Gdyby zawodnicy spotykali się normalnie z fanami i dziennikarzami, chorych byłoby jeszcze więcej. - Mecz z Atalantą to była bomba biologiczna, nie mam wątpliwości - powiedział prezydent klubu z Mestalla.   

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .