Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Raków Częstochowa wygrał, a w szatni cisza i zwieszone głowy. "Ten zespół jest bardzo świadomy"

Dawid Szymczak
- Mamy to szczęście, że futbol nie jest matematyką. Tutaj minus trzy dodać jeden nie musi dawać minus dwa. Może dać jeden na plusie - powtarza swoim piłkarzom Paweł Frelik, trener mentalny Rakowa Częstochowa. A oni dodają na boisku: do Pucharu Polski wicemistrzostwo. Na tym działanie się nie kończy, bo spróbują jeszcze awansować do Conference League.

Przez ostatnie miesiące przyzwyczailiśmy się do Rakowa Częstochowa w czołówce ekstraklasy, nieco zapominając o przedsezonowych przewidywaniach. Latem zespół Marka Papszuna rzadko był wymieniany wśród faworytów. Lądował raczej w środku tabeli, bo przyjęło się twierdzić, że drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy, a Raków wciąż będzie grał w Bełchatowie. O kolejny krok naprzód miało być trudno, bo już 10. miejsce w poprzednim sezonie wydawało się bardzo dobrym wynikiem. Ale tradycję udało się podtrzymać. - Również dzięki temu, że mamy bardzo świadomy zespół i świadomego trenera - uważa Frelik. 

Zobacz wideo Kto mógłby zastąpić Lewandowskiego w Bayernie? Skaut Borussii: Jest kilka nazwisk
  • 2016/17 - 1. miejsce w II lidze
  • 2017/18 - 7. miejsce w I lidze
  • 2018/19 - awans do Ekstraklasy i półfinał Pucharu Polski
  • 2019/20 - 10. miejsce w Ekstraklasie
  • 2020/21 - awans do eliminacji europejskich pucharów, zdobycie Pucharu Polski

Olbrzymia radość piłkarzy Rakowa CzęstochowaNiesamowita radość piłkarzy Rakowa! Wbiegli na konferencję i rzucili się na trenera [WIDEO]

"No nie mieli prawa nam tego strzelić" - powtarzali piłkarze źli na samych siebie. W tym sezonie udało się to wyeliminować

- Raków to zespół wielu liderów: mamy liderów na boisku, mamy liderów w szatni, liderów defensywy, środka pola, liderów komunikacji, liderów od wzięcia ciężaru gry i Lidera w postaci pierwszego trenera. Każdy z nich bierze odpowiedzialność za swoją działkę. Dzięki temu nie mieliśmy w tym sezonie większych kryzysów, o ile jakikolwiek mieliśmy, bo nie nazwałbym kryzysem trzech porażek z rzędu, jeśli w tym czasie nie graliśmy źle - mówi Paweł Frelik, trener mentalny włączony do sztabu Marka Papszuna.

- Tomas Petrasek dał temu zespołowi bardzo dużo, mimo że sam miał trudny sezon i przez kontuzję zagrał tylko w ośmiu meczach. Był z nami na wielu wyjazdowych spotkaniach, jeśli tylko nie wypadała mu w tym czasie rehabilitacja. To facet z wielkim sercem i dla niego naprawdę ważne było przebywanie w szatni i dodawanie chłopakom otuchy. Andrzej Niewulis, Igor Sapała, Fran Tudor… Patryk Kun też wyrósł na jednego z przywódców ofensywy. Oni byli podporami mentalnymi, ale wszyscy razem jesteśmy świadomą drużyną. U nas trzynastu zawodników trafiało w tym sezonie do siatki. Nie mieliśmy jednego Tomasa Pekharta, który zdobył dla Legii Warszawa 40 proc. goli. Ten ciężar rozkładał się na Iviego Lopeza, Vladislavsa Gutkovskisa, Davida Tijanicia, Marcina Cebulę, Kamila Piątkowskiego, Petra Schwarza czy Andrzeja Niewulisa - dodaje.

Marek Papszun został trenerem Rakowa Częstochowa w kwietniu 2016 roku, już w lipcu do dołączył do niego Frelik. Najpierw jednak - podobnie jak Papszun - musiał przejść rozmowę kwalifikacyjną w korporacyjnym stylu w obecności psychologa. Przeciwskazań nie było, mógł dołączyć do sztabu. Trzymanie trenera mentalnego lub psychologa tak blisko drużyny nie jest jeszcze w Polsce normą. Poza Rakowem zdecydowali się na to tylko w Legii Warszawa i Lechii Gdańsk, a zanim do Wisły Kraków przyszedł Peter Hyballa, pracował tam Damian Salwin, były psycholog reprezentacji Polski. To tyle. 

Korzyści? Jeszcze po meczach w zeszłym sezonie wiele razy w szatni Rakowa można było usłyszeć narzekanie, że jakaś bramka została stracona na własne życzenie. Raków dominował, stwarzał okazje, ale tracił gola, po którym trudno było mu się pozbierać. "No nie mieli prawa nam tego strzelić" - powtarzali piłkarze źli na samych siebie. - Świadomość tego zespołu rosła przez wiele miesięcy. Umiemy już reagować na niepowodzenia. W finale Pucharu Polski sytuacja była przecież podobna, Arka Gdynia trafiła po centrostrzale. Nie odcięło nam wtedy myślenia, nie odgoniło od naszego stylu i wypracowanej taktyki. Wewnętrznie byliśmy spokojni. Nie zaczęliśmy wariować, nie zgłupieliśmy. Nie straciliśmy swojego stylu. Przeciwnie: w trudniej chwili jeszcze bardziej go uwypukliliśmy. Zareagowaliśmy podręcznikowo według zasad wpajanych przez trenera Papszuna i sztab. Nie było w tym przypadku, bo dochodziliśmy do tego pracą, rozmowami i faktycznym wyciąganiem wniosków - tłumaczy Frelik.

- Prosta rzecz. Przez wiele lat słyszałem od zawodników, że muszą dobrze wejść w mecz. Pytałem wtedy: "A co, jeśli ci się nie uda?". To kolejny przykład świadomości. Źle przyjmiesz w pierwszej minucie, niedokładnie podasz w drugiej, zawalisz coś w trzeciej. I co? Koniec meczu? Zmiana? No nie, trzeba potrafić się zresetować i wrócić do wykonywania swoich zadań. Wychodzi wtedy umiejętność zarządzania swoimi myślami w trakcie meczu. Lepiej niż na zmarnowanych okazjach skupić się po prostu na swoim ciele, skoncentrować na prawej nodze, która za chwilę będzie musiała przyjąć kolejne podanie - mówi Frelik.

- Pamiętam mecz z Arką Gdynia w zeszłym sezonie. Weszliśmy w niego bardzo dobrze. Prowadziliśmy do przerwy 2:0, a gdyby wszystko nam wpadło, byłoby 4:0. W drugiej połowie straciliśmy trzy bramki i przegraliśmy 2:3. To tyle o magii dobrego wejścia. Oczywiście jest to cenne i trzeba dążyć do tego aby wejść dobrze w mecz, ale nie jest sztuką wygrywać po kwadransie, ale po 90. minucie.

Raków Częstochowa nie uniósł ciężaru oczekiwań na początku roku? "Przyczyn zawsze jest wiele" 

Raków miał za sobą udaną jesień. Na koniec 2020 roku był wiceliderem, tracił punkt do pierwszego miejsca. Jeśli ktoś miał rzucić wyzwanie Legii Warszawa, która dopiero co potknęła się w meczu ze Stalą Mielec, miał to być Raków lub Pogoń Szczecin. Reszta zespołów nie liczyła się już w walce o mistrzostwo. Ale tuż po wznowieniu rozgrywek piłkarze Marka Papszuna przegrali trzy mecze z rzędu - z Pogonią, Legią i Lechią Gdańsk. Strata do Legii szybko wzrosła do siedmiu punktów. Przyczyn słabego startu można było doszukiwać się w psychice piłkarzy, którzy nieprzyzwyczajeni do walki o mistrzostwo, ulegli presji i nie udźwignęli rozbudzonych oczekiwań kibiców.

Kamil Piątkowski (z numerem 2) podczas meczu Polska - Andora eliminacji Mistrzostw Świata. Warszawa, 28 marca 2021 r.Odważna zapowiedź kadrowicza Sousy. Chce grać w wyjściowym składzie na Euro

- Porażki na początku roku nie wynikały z tego. A przynajmniej nie tylko - uważa Frelik. - Przyczyn zawsze jest wiele. Duży wpływ miało choćby to, że po powrocie z obozu przygotowawczego z Turcji nie mieliśmy bazy treningowej. Tam warunki były fantastyczne, ale u nas brakowało boiska treningowego. Pogoń i Legia miały gdzie trenować. My nie mieliśmy boiska z podgrzewaną murawą, nawet sztucznego czasami nam brakowało. Te trzy mecze graliśmy o godz. 20 i 20:30, gdy było bardzo zimno, -12 stopni. To nie pomagało grać naszej piłki. Boiska były zmarznięte, stopy sztywniały. Trudno było o kombinacyjną piłkę. Ivi Lopez i David Tijanić weszli na swój poziom i zaczęli korzystać ze swojej techniki dopiero, gdy odpuściły minusowe temperatury. Choć rzeczywiście żaden z naszych piłkarzy nie zdobył jeszcze mistrzostwa, więc jakiś procent braku doświadczenia też mógł wtedy wyjść. Może było 2-3 zawodników, na których taka pozycja po pierwszej rundzie mogła oddziaływać , ale na pewno nie wpłynęła ona negatywnie na cały zespół - wyjaśnia Paweł Frelik.

- Mnóstwo czynników ma wpływ na ostateczny wynik. Przyjmijmy następujący bieg wydarzeń - Legia Warszawa wygrywa wysoko na koniec rundy ze Stalą Mielec, na początku roku pokonuje Podbeskidzie, to nie dostaje tych wszystkich sygnałów od kibiców typu "ogarnijcie się"? Wówczas na mecz z nami nie zmienia ustawienia, nie jest tak żądna rewanżu i zrehabilitowania się? To żadne tłumaczenie się. Po prostu czasami o wyniku decydują takie szczegóły i kombinacja wielu zdarzeń - zauważa trener mentalny Rakowa.

 - Poza tym w zespole Marka Papszuna bardzo ważne jest nieocenienie meczu przez pryzmat wyniku. Zawodnicy już dobrze to rozumieją, dlatego po meczu z Wartą Poznań, który wygraliśmy 1:0, po golu w 90. minucie z rzutu karnego, w szatni była grobowa cisza. Głowy spuszczone jak po porażce 0:3. A przecież udało się wygrać, i to rzutem na taśmę, więc można by się spodziewać, że w szatni będzie impreza. Ale ten zespół już sam czuje, że zagrał słaby mecz i nie realizował zadań. Wracam do początku roku: mieliśmy trzy przegrane mecze z rzędu ale atmosfera po nich była lepsza, bo wszyscy czuli, że są w formie, tylko tego dnia po prostu nie udało im się wygrać. Żadnych nerwowych ruchów. To powoduje, że ten zespół się rozwija, że jest coraz bardziej świadomy - uważa Frelik.

Futbol to nie matematyka

- Świadomość oznacza dla mnie m.in. kontrolę, trzymanie kierownicy tak samo pewnie w każdych warunkach: dużym słońcu, silnym wietrze i na zmrożonej trasie. Wiadomo, że czasami można znaleźć się na poboczu, ale wtedy ważne jest, żeby szybko wrócić z powrotem na jezdnię. Z meczem jest podobnie. Może coś ci nie wyjść, ale ważne, żebyś nie stracił przez to kontroli - porównuje trener mentalny Rakowa. 

- Mamy to szczęście, że futbol nie jest matematyką. Tutaj minus trzy dodać jeden nie musi dać wyniku minus dwa. Może dać wynik jeden. Już wyjaśniam: napastnik zmarnuje trzy dobre sytuacje, ale wykorzysta jedną i wcale nie jest na minusie. Daje swojemu zespołowi bramkę. Może mecz skończyć się wynikiem 1:0 i mimo tych trzech niewykorzystanych okazji, będzie jego bohaterem.

- Piłkarze znają matematykę szkolną. Myślą: "Popełniłem cztery błędy, więc muszę teraz uzbierać cztery dobre akcje, żeby chociaż wyjść na zero i zagrać przeciętny mecz". A to nie tak. Niech skrzydłowy straci trzy piłki, ale ma jedno idealne podanie w trakcie meczu. Przykładem jest Patryk Kun. Zagrał bardzo dobrze z Lechem Poznań w ćwierćfinale Pucharu Polski, chociaż słabo wszedł w mecz. Na tym polegała jego wartość, że potrafił się po tym podnieść i zrobić dwie świetne akcje - wspomina Frelik.

Robert Lewandowski wyrównał rekord Gerda Muellera. Komentarze po wyczynie Polaka. 'Duma i szacunek'To, co zrobił Lewandowski, to Kosmos. "Musimy mieć Roberta. Mamy dla niego pełną szkatułę"

W prostocie siła

Najbardziej zdumiewające jest to, że Raków osiągnął ten sukces prostymi środkami, momentami wręcz oczywistymi. Właściciel Michał Świerczewski kibicuje Rakowowi od dziecka, ale nie przeszkadza mu to podejmować racjonalnych, chłodnych decyzji. Zna się na piłce, ale trenerowi zostawia swobodę. To co sprawdzone w biznesie przeniósł do klubu: skoro tam na ważne stanowiska nie bierze się przypadkowych osób, to tu też chciał przyjrzeć się trenerowi z każdej strony. Poznał go, przepytał, zaufał. I są razem już pięć lat. A spokój z gabinetów przenosi się do szatni i na boisko.

 - Zmienił nam się lekarz w klubie i jest nim dr Tomasz Kuźma. Zawsze po remisie albo porażce pytał mnie, czy miałem więcej pracy. A u nas najważniejsza była konsekwencja. Pracowaliśmy tak samo, niezależnie od wyników i miejsca, które zajmowaliśmy. Mogliśmy być liderem albo zajmować trzecie miejsce - odprawy były takie same. Trener Papszun zawsze pokazywał dobre i złe strony. Naprawdę nie szukaliśmy nie wiadomo czego. U nas w żadnym momencie nie było chwili paniki. Nikt nie podejmował w przypływie emocji jakichś irracjonalnych decyzji. Każdy cały czas robił swoje. Wydaje mi się, że w prostocie jest siła. Świat futbolu jest pełen różnych zewnętrznych bodźców i czasami trudno w nim o proste myślenie i działanie. Czasami kusi, żeby zrobić coś nieoczywistego. Tak na boisku, jak i poza nim. Szukamy udziwnień, często niepotrzebnie, dlatego siłą Rakowa jest ten spokój i dobrze rozumiana prostota w działaniu zaszczepiana przez t trenera Papszuna i jego sztab - podsumowuje Paweł Frelik.