Misja Brazylia. Czy Brazylijczycy kochają futbol na zabój

Na dwa miesiące przed mundialem sprawdzamy to na miejscu. Ale to tak, jakbyś pytał o coś ważnego w najbardziej odległych od siebie kątach Europy - każdy ma swoją prawdę, z którą nie sposób się nie zgodzić. A przecież Brazylia jest jeszcze większa

Wyjazd dziennikarzy był możliwy dzięki firmie Visa

Na to ważne przed historycznym turniejem pytanie chce odpowiedzieć Alex Sugai, menedżer i projektant. Na miejsce spotkania wybrał jedną z najbogatszych dzielnic Sao Paulo. I churrascarię - bo jak mówi, nie ma Brazylii bez churrascarii. Rozglądamy się po sali pełnej ekspatów i bogaczy. Tu łatwo można uwierzyć, że milionerzy Sao Paulo skolekcjonowali największą na świecie flotę prywatnych odrzutowców i śmigłowców, że kupują najwięcej jachtów, choć jest całkiem daleko od oceanu, że jest tu największy dealer Ferrari na świecie, drugi na świecie dealer Porsche i Lamborghini.

Zobaczymy też przez następne dni churrascarie skrojone na inną miarę, gdzie padają inne odpowiedzi. Te dla klasy średniej, która w ciągu ostatniej dekady napęczniała w Brazylii niemal dwukrotnie. Ale też taki grill pod gołym niebem, rozstawiony przez kibiców Corinthians, którzy w sobotnie popołudnie przyszli na budowę Itaquerao, by zobaczyć, jak rośnie stadion dla ich klubu. I protestować przeciw - jak uważają - medialnemu spiskowi, który z Corinthians robi winnego opóźniającej się budowy. Wykrzyczą, co im leży na sercu, a piknik przy okazji nie zaszkodzi.

Miłość do piłki

Rok temu przy okazji Pucharu Konfederacji świat odkrył Brazylię, w której futbol wcale nie musi być opium dla mas, w której duży piłkarski turniej to nie jest czas, by siedzieć cicho, ale przeciwnie, wykrzyczeć złość podczas protestów na ulicach. Zeszłoroczne masowe protesty zaczęły się od podwyżek cen biletów komunikacji miejskiej. Policja zareagowała bardzo brutalnie i tak otworzyła się puszka Pandory. Każdy miał coś, przeciw czemu chciał zaprotestować. W przeddzień Pucharu Konfederacji starcia się zaostrzyły i protest jakby siłą rzeczy związał się z futbolem. Z wściekłością, że władze dają igrzyska, a zapominają o chlebie. Czy to znaczy, że Brazylijczycy już nie kochają futbolu tak jak kiedyś?

Jeśli chodzi o sferę emocji, nie ma żadnych wątpliwości. Tu przy rozmowach o futbolu sprzedawca w sklepie potrafi się nagle zerwać do biegu z wyimaginowaną piłką, a kelner w barze ruszyć do dryblingu z krzesłem, jak Garrincha. W sklepie czekoladowe jaja wielkanocne, wielkie jak strusie, mają logo klubów z Sao Paulo. W portowym Santosie, tuż przy klubie Pelego, Carlosa Alberto, Robinho, Neymara - 70 km od Sao Paulo - widzieliśmy ludzi z logo klubu wytatuowanym nawet na czole. Na pełną wysokość czoła. W Sao Paulo Ricardo Gentil, były środkowy obrońca juniorskiej reprezentacji Brazylii, który uczył się futbolu w FC Sao Paulo razem z Kaką, dziś menedżer w filii dużej duńskiej firmy, wyliczał nam trzy największe traumy w historii Brazylii. - Samobójstwo prezydenta Getulio Vargasa, odnowiciela kraju z lat 30., potem Maracanaco, czyli klęska z Urugwajem w decydującym meczu mundialu 1950, i śmierć Ayrtona Senny - mówi Ricardo. Gdy wymieniał chwile największej radości w dziejach Brazylii, z dwiema nie miał problemu. - Na pewno mistrzostwo świata 1970, bo najpiękniejsze. I mistrzostwo świata 1994, bo najbardziej wyczekane, po prawie ćwierć wieku przerwy. A trzecia... Nie jestem wielbicielem Inacio Luli, ale gdy wygrał wybory prezydenckie w 2002, wszyscy poczuli, że zaczyna się coś nowego.

Z deklaracjami miłości do futbolu nie ma w Brazylii problemu. Ale jeśli chodzi o miłość jako poświęcenie i codzienną dbałość o obiekt uczuć, znacznie z tym gorzej. Mistrzostwa stanowe, które właśnie teraz się kończą (trwają od stycznia do kwietnia), ogląda na stadionach zwykle garstka widzów, wolą zostać w domu, telewizja transmituje wszystko, nawet rozgrywki nastolatków, w sobotę oglądaliśmy mecz Pucharu Brazylii do lat 17 Corinthians - Gremio Porto Alegre. - Nie chodzi tylko o wygodę. Ludzie się odwracają, bo widzą stagnację, widzą tych samych ludzi w klubach od kilkunastu lat - mówi Ricardo. Ale z czterech miejsc, które jego rodzina ma wykupione na stadionie Sao Paulo FC, w bogatej dzielnicy Morumbi, Ricardo nie rezygnuje. Chodzi z przyzwyczajenia, Sao Paulo FC z serca nie wyrzuci, ale gdy chce obejrzeć dobry futbol, włącza Ligę Mistrzów. Wtedy nie narzeka. Bo gdy ogląda rozgrywki stanowe, to wpada w furię, że brazylijski futbol może wyglądać tak kiepsko. Największe gwiazdy grają, byle odbębnić, bo każdy czeka już na Brasileirao, ligę krajową, która ruszy za niespełna dwa tygodnie, albo oszczędza siły na mecze Copa Libertadores, południowoamerykańskiej Ligi Mistrzów.

Brazylia na rozdrożu

- Mundial? To nie dla mnie. Codziennie w drodze do pracy i z pracy przechodzę obok Maracany. I nic. Futbol na mnie nie działa - mówi Marcio Luis Barszez. Właściwie Marcio powinien się nazywać Barszcz: tak nazywali się jego dziadkowie, Polacy, którzy wyjechali do Ameryki Południowej po pierwszej wojnie światowej. Rodzice Marcio urodzili się już w Argentynie, a on - w Brazylii. Kursował całe życie między Argentyną i Brazylią, tu handlował złotem, tam ubraniami, służył w brazylijskiej armii, teraz pracuje w jednym z hoteli w Rio. Jako młody chłopak w Argentynie kibicował San Lorenzo, potem stracił wiarę w futbol. - Nie interesuje mnie już piłka, nie rozumiem, dlaczego ludzie giną na ulicach Brazylii dlatego, że założyli koszulkę niewłaściwego klubu, dlaczego robimy mundial za wielkie pieniądze, a szpitale są w fatalnym stanie - mówi.

- Futbol w Brazylii jest na rozdrożu, polityka i gospodarka są na rozdrożu. To nie przypadek: one znalazły się w tym punkcie razem, bo są ze sobą w naszym kraju tak zrośnięte, że nie można ich nijak rozdzielić. I słyszę nawet - mówi Ricardo Gentil - jak moi znajomi, ludzie kochający futbol, mówią: chciałbym, żebyśmy przegrali mundial, bo może wtedy Dilma [Rouseff, obecna prezydent - red.] przegra wybory.

Ale Ricardo ma już bilety na siedem meczów mistrzostw. I jego znajomi pewnie też. Brazylijczycy wykupili blisko połowę całej puli biletów na mundial. Wejściówki sprzedają się najlepiej w historii mistrzostw świata.

Radość tak, infrastruktura nie

Nie ma jednej prawdy o tym mundialu. Nie może być, bo i nie ma jednej Brazylii. - Mówimy o kraju, w którym by się zmieściło półtorej Europy - mówi Marcio Barszez. Brazylia to zagadka wielkości kontynentu. Kraj większy niż Stany Zjednoczone bez Alaski, kraj ciągłego konfliktu między władzami stanowymi a federalnymi, co ma ogromny wpływ na przygotowania. Kraj wielkich nierówności, w którym 1 procent obywateli ma 45 procent ziemi, a 16 mln ludzi zarabia dolara dziennie. - W którym południe jest zindustrializowane, europejskie, są miejsca, w których spotykasz samych blondynów o niebieskich oczach i w niektórych domach ciągle jeszcze mówi się po niemiecku. A północ wygląda jak za kolonialnych czasów, gdzie rządzi kolonel z posiadaczem ziemskim, a afrykańskie korzenie Brazylijczyków są widoczne na każdym kroku - mówi Alex Sugai.

Jak skoordynować przedmundialowy wyścig z czasem na takim ogromnym torze przeszkód? W kraju, w którym aż dwie trzecie ludzi mieszka blisko wybrzeża, ale przecież nie można było zostawić reszty kraju zupełnie bez mundialu. Stąd stadiony w Manaus i Cuiabie, gdzie nie ma wielkiego futbolu klubowego. Na pewno nigdy się nie spłacą, ale było jakieś inne wyjście?

Brazylia zdobywała prawo organizacji mundialu, gdy miała boom, a zorganizuje go, gdy jest spowolnienie. Wtedy, w 2007 roku, gdy dostała mundial od FIFA, wydawało się Brazylijczykom, że przyszłość jest tylko jasna. Magia Luli jeszcze czyniła cuda, tryskały nowe złoża ropy, nowa klasa średnia kupowała, podróżowała i wierzyła. Dziś ludzie wątpią. Chiny już znalazły sobie tańszych dostawców surowców niż Brazylia, susza uderza w rolnictwo i energetykę, inflacja rośnie. Z drugiej strony wydatki na mundial to tylko jeden procent PKB. Miejscowy gigant Petrobras na dwa ostatnie projekty rafineryjne wydał trzy razy więcej niż cały kraj na mundial. Więc każdy będzie miał swoją prawdę o mundialu. I ten, kto mówi, że można było wydać te pieniądze lepiej, i ten, kto mówi, że ta kwota to drobiazg w porównaniu z tym, co Brazylia wydaje na cele społeczne.

Ludzie nie są tutaj w większości przeciw mistrzostwom. Są przeciw szantażowaniu ich mistrzostwami i futbolem, żeby nie narzekali, nie wytykali niedoróbek i przekrętów. Jak przyjdzie mundial, to i tak się w niego w większości rzucą bez pamięci. - Te mistrzostwa to będzie piękna sprawa dla ludzi. I to mnie cieszy. Mimo że wiem, że drogi się od tego nie poprawią, a taksówkarze nie przestaną nas kantować. Hasło tego mundialu to: radość tak, infrastruktura nie. Ale co zrobić? - pyta nas Barata, trener pracujący z młodymi piłkarzami Santosu. Alex Sugai, choć pochodzi z innego świata niż Barata, powtarza właściwie to samo. - To ludzie będą sukcesem tych mistrzostw. Nie wiem, jak to jest, ale Brazylijczyk ma jakiś kredyt od świata - mówi. - Wszędzie nas miło przyjmują. I wszędzie chcą z nami od razu rozmawiać o futbolu. Dlaczego miałoby być inaczej, gdy my ich przyjmiemy u siebie?

Wyjazd dziennikarzy był możliwy dzięki firmie Visa

Więcej o: