Loew, który nie ryczy

Miło już było: Joachim Loew właśnie nastawił budzik piłkarzom, a kibice nastawili budzik trenerowi. Na mundialu w Brazylii Niemcom już nie wystarczy, że kadra będzie piękna, zgodna i kolorowa. Mija 18 lat bez tytułu, nerwy puszczają

Ten tekst powstał w ramach programu "Droga na Mundial". W tym tygodniu przedstawiamy Wam reprezentację Niemiec.

Najpierw była pobudka dla piłkarzy. - Zegar tyka. Tylko ten, kto usłyszy, pojedzie do Brazylii - mówił trener kilka dni temu przed meczem z Chile, przedostatnim towarzyskim przed ogłoszeniem kadry na mundial. Po meczu do ocknięcia się wzywał kibiców i komentatorów: - Nie jesteśmy tak mocni, jak się wielu wydaje. Dobrze, że ludzie mogli się przekonać, że w innych krajach też mają klasowych piłkarzy.

Takiego go Niemcy jeszcze nie słyszeli. Przyzwyczaił ich przez te 10 lat pracy w kadrze, najpierw jako adiutant Juergena Klinsmanna, potem jako dowódca, że zawsze ma jakąś kuszącą wizję i drobiazgowy plan, jak ją zrealizować. To jest laborant futbolu: z miarką, żeby składników było tyle, ile trzeba, i ze stoperem, żeby kontrolować czas reakcji. Wyliczył sobie kiedyś, jak długo piłkarzowi wolno trzymać piłkę przy nodze między przyjęciem a podaniem i potem piłował to miesiącami na zgrupowaniach, żeby nie było poślizgów. Drobiazgowy - to jego ulubione słowo.

Miły pan jogin

Niemcy go uwielbiali, Niemki jeszcze bardziej. Miłego pana Loewa, zwanego Jogim, który ma zawsze nienaganną fryzurę, nienagannie wywiązany szalik i wymaga, żeby cały sztab był ubrany tak elegancko jak on. Piłkarzy każe ubierać w kardigany i płaszczyki, ćwiczy jogę, zarabia miliony na reklamach kosmetyków Nivea (i biura podróży TUI), wykłady o futbolu robi przy filiżance espresso, z cienkim papierosem w dłoni, językiem naukowca, a nie językiem szatni. Swoich krytyków dotychczas wykańczał na zimno, konkretnymi argumentami. Bez arogancji, ale zawsze z przekonaniem, że jego plan jest bez zarzutu. A to, co zaprezentował po meczu z Chile, czy to jest w ogóle plan? A jeśli tak, to jaki: pogódźmy się, że inni też są mocni? To może było dobre za czasów kryzysu Bundesligi. Ale nie teraz, gdy Bayern jest najlepszą drużyną na świecie i w finale Ligi Mistrzów spotyka Borussię Dortmund. Niemieckim kibicom nie wystarczy reprezentacja na podium mundialu. Oni chcą pucharu.

Niemcy ten wspomniany mecz z Chile wygrali, 1:0. Ale reprezentacja i tak została wygwizdana, bo uratowała ją tylko nieskuteczność rywala. Loew wściekał się przy linii bocznej, wzywał piłkarzy do siebie, korygował ustawienie, ale podania dalej były niecelne, brakowało waleczności, gdzieś się podział ten hurra-futbol, czy tempo-futbol, który sprawił, że się w ostatnich latach Niemcy tak podobali. Nie tylko sobie, wszystkim, bo to była niesamowita przemiana: Niemcy zaczęli się cieszyć nie wygrywaniem, ale samą grą. Z niezłomnych nudziarzy futbolu stali się atrakcją. Reprezentacja, która zawsze musiała mieć jakiegoś wodza i aż huczało w niej od kłótni, stała się drużyną bez hierarchii: odmłodzoną, wielokolorową, budzącą sympatię. Pełną dzieci imigrantów, z Polski, Turcji, Tunezji, Ghany, Nigerii.

Ciche rządy Lahma

Ostatni "der Chef", kapitan w starym stylu, czyli Michael Ballack, odpadł tuż przed mundialem 2010, gdy podczas meczu finałowego o Puchar Anglii przeciwko Portsmouth brutalnie sfaulował go Kevin Prince-Boateng. Wtedy nastały ciche rządy kapitana Philippa Lahma, najpierw tymczasowe, potem na stałe, bo drużyna w tamtym mundialu zachwyciła, a Loewowi i tak od dawna było nie po drodze z Ballackiem. On nie chciał wodzów ani ryków w szatni, tylko piłkarzy, którzy słuchają i rozumieją. Dawny kapitan już nigdy do kadry nie wrócił, nie udało się nawet wynegocjować pożegnalnego meczu, a menedżer Ballacka nazwał kadrę "bandą gejów". Ale Loew był ponad to wszystko, tracili ci, którzy szli z nim na wojnę, a nie on.

Niemieccy dziennikarze każde jego słowo brali za dobrą monetę. Wszystkie wątpliwości rozstrzygano na jego korzyść. Nie wszystkim się np. podobał pomysł zrobienia reprezentantem Niemiec Mesuta Oezila, ale jeśli na kimś się złość kibiców wtedy skupiła, to raczej na piłkarzu, a nie trenerze (a mogła na nim, bo mają tego samego menedżera). A potem już nie było powodu, bo Oezil grał świetnie. Dla Loewa wszystko było od początku jasne i proste: świat się zmienia, Niemcy się zmienili, reprezentacja to musi być lustro tych zmian. Nieważne, czy ktoś przed meczem śpiewa hymn, czy recytuje wersety Koranu, jak Oezil, czy milczy jak Lukas Podolski - liczy się, kto jak gra.

Włosi kończą zabawę

Od kiedy Loew razem z Klinsmannem przejęli w 2004 roku kadrę, jako dwóch młodych trenerów bez dorobku (przejęli, bo nikt inny nie chciał, to był czas najgłębszego kryzysu reprezentacji, po Euro 2004, z którego Niemcy odpadli już w rundzie grupowej), cały czas byli w awangardzie. Pokazywali zacofanej wtedy Bundeslidze, jak się robi nowoczesny futbol, ściągali zagranicznych fachowców od przygotowania fizycznego, kłócili się z dinozaurami ze starej niemieckiej szkoły, z Feliksem Magathem na czele. W Bundeslidze był zastój, a kadra fruwała. W mundialu u siebie w dobrym stylu doszła po trzecie miejsce, w Euro 2008 przegrała dopiero w finale z Hiszpanią, w mundialu 2010 mimo braku Ballacka wcale nie przepadła, przeciwnie - zachwyciła i znów była trzecia.

Piłkarze grali coraz lepiej, Jogi Loew coraz lepiej tłumaczył, dlaczego przyszłość jest jasna, coraz więcej pożyczał od Hiszpanów, bo chodziło o to, by ich w końcu pokonać ich bronią. Przed Euro 2012 wszyscy byli pewni, że właśnie nadszedł ten moment: starzejąca się Hiszpania musi ustąpić młodym Niemcom. Ale finał z Hiszpanią nie nastał, bo Niemcom skończyli zabawę Włosi, wyrzucając ich w półfinale, po golach Mario Balotellego i podaniach Andrei Pirlo, który robił z Tonim Kroosem co chciał.

W porządku gość, tylko nie wygrywa

Tego wieczoru wahadło zaczęło się wychylać w drugą stronę. Niemcy przestali się cieszyć z tego, że tak nowocześnie grają, zaczęli pytać, czy Loew kiedykolwiek coś im zdobędzie. Czy się przypadkiem nie pogubił, czy nie wybrał naiwnej taktyki (chodziło głównie o Kroosa kontra Pirlo), czy się może - o zgrozo - nie dość drobiazgowo przygotował. I czy nie jest zbyt miękki na takie bitwy? Było z nim miło przez te blisko 10 lat, ale Niemcy ostatni tytuł w mistrzostwach Europy lub świata zdobyli w 1996 roku i zaczynają się już niecierpliwić. Od kiedy wymyślono mistrzostwa Europy, nigdy jeszcze nie czekali na zwycięstwo w wielkim turnieju tak długo.

"Loew walczy dziś o to, jak będzie wspominany. Czy jako gość całkiem w porządku, który stawiał na ładny futbol, ale wygrał mniej niż Jupp Derwal? Jupp Derwal to ten nasz selekcjoner, który nie miał żadnych talentów, nie miał wizji, ale i tak ME 1980 wygrał" - napisał "Sueddeutsche Zeitung" po meczu z Chile.

Jest Loewowi o tyle trudniej obronić swoją nieomylność, że w międzyczasie Bundesliga wymyśliła się na nowo i znów jest potęgą. Do głosu doszło pokolenie jeszcze młodszych trenerów, na czele z Juergenem Kloppem. Który zresztą, to pewnie nie przypadek, jakoś nie może znaleźć wspólnego języka z Loewem, mimo że jego menedżerem jest Oliver Bierhoff, menedżer kadry Loewa. Selekcjonerowi przybyło konkurentów w rankingach popularności, ale i w wyścigu o najlepsze miejsca pracy. Jeszcze niedawno się wydawało, że Reale czy Chelsea tylko czekają, aż będzie wolny. Dziś to hurra-futbol Kloppa jest bardziej kochany. Sam Klopp też, choć od kardiganów woli bluzy z kapturem i w przeciwieństwie do Loewa - ryczy.

Żeby Bayern był Bayernem

Przed mundialem 2010 Niemcy też mieli finalistę Ligi Mistrzów, ale wtedy awans Bayernu to był sukces jeszcze świeży, trochę zaskakujący. Poza tym Bayern Louisa van Gaala jednak tamten finał przegrał, a i kadra bez Ballacka miała dobrą wymówkę. Komentatorzy chwalili Loewa za to, jak dobrze przeniósł to co dobre z Bayernu do kadry, żartowali, że już nie wiadomo, jak się trener reprezentacji nazywa, Joachim van Gaal czy Louis Loew. Teraz nie ma wymówek, nie ma żartów, jest oczekiwanie, że piłkarze Bayernu będą w kadrze maszynami do zwyciężania jak u Pepa Guardioli. A - poza Mario Goetzem - nie są, choć z Chile zagrało ich sześciu.

Do mundialu jeszcze mimo wszystko dużo czasu, ostatnie wypowiedzi Loewa to może być też ucieczka do przodu, zasłona dymna, próba stonowania nastrojów, skoro hurraoptymizm z poprzednich lat się podczas Euro 2012 nie sprawdził. Niemcy czekają, że Loew udowodni, iż się uczy na błędach, podniesie drużynę z kryzysu i wreszcie zakończy czekanie na tytuł. A czy to będzie bardziej sukces Pepa Loewa, czy Joachima Kloppa, to już drugorzędna sprawa.

Pokaż, jak kibicujesz Niemcom [KONKURS]

Więcej o: