Moje osobiste Euro 2012. Z szalikiem i flagą z napisem "Płock"

Jestem przekonany, że na Euro 2012 emocji w moim domu nie zabraknie. Od ostatniego spotkania kwalifikacji do mistrzostw świata w RPA czekam z tatą na mecz o stawkę. Oczywiście, były po drodze mecze towarzyskie, ale to nie to samo, nie te emocje.

Na pewno zapamiętam wszystkie mecze reprezentacji Polski w piłce nożnej, na których byłem. W rodzinie śmiejemy się nawet, że powinni nam dać specjalną lożę na Euro, bo byliśmy z ojcem na czterech spotkaniach i przy naszej obecności na stadionie jeszcze Polacy nie przegrali, ba, co więcej, nawet nie zremisowali. A mecze nie były łatwe.

Zaczęło się od spotkania 3 września 2005 r. Polacy grali z Austriakami. Pamiętam to jak dziś, był dzień moich urodzin, rodzice obudzili mnie z samego rana. Z założenia po takim scenariuszu człowiek musi być wściekły, ale zaraz dostałem reklamówkę pełną słodyczy, więc złość trochę przeszła. Zaspany otworzyłem torbę, obejrzałem, co jest w środku, i myślałem, że nastąpiła jakaś pomyłka, bo w środku, poza łakociami, była jeszcze mapa Katowic. Powiedziałem, że to chyba nie moje, coś jednak mnie tknęło i otworzyłem ją. W środku czekały dwa bilety na mecz w Chorzowie. Usłyszałem tylko: "Wstawaj i szykuj się, bo daleka droga przed nami". Byłem przeszczęśliwy. Na stadionie komplet 45 tys. widzów, mecz emocjonujący, ze zwrotami akcji. Lepszego wyobrazić sobie nie mogłem. Ostatecznie Polacy pokonali Austriaków 3:2.

Rok później znów czekała na mnie niespodzianka. Tym razem wraz z rodzicami wybraliśmy się na mistrzostwa świata do Niemiec. I to na finał. Choć biletów nie mieliśmy, to być w Berlinie pod stadionem, a później pod Bramą Brandenburską i oglądać mecz finałowy wśród tysięcy Francuzów i Włochów, to po prostu bajka. Każdemu kibicowi polecam takie rozwiązanie podczas Euro w Polsce, bo mimo że do stadionu jest kilka czy kilkanaście kilometrów, to w takiej atmosferze kibic czuje się, jakby na nim był. To zdecydowanie nie to samo, co oglądnie meczu w domu.

W 2007 r. przyszły dwa spotkania. Najpierw w Kielcach z Armenią, wygrany 1:0, po bramce Maćka Żurawskiego. Co prawda spodziewaliśmy się, że wynik będzie bardziej okazały, ale cóż... Wtedy byliśmy szczęśliwi, że udało się zdobyć trzy punkty i przybliżyć się do awansu na Euro. Później decydujący mecz o historycznym awansie na mistrzostwa Europy w Austrii. I znów pełen stadion, emocje niesamowite, "Mazurek Dąbrowskiego" odśpiewany przez 45 tys. ludzi. Do tego świetna gra Polaków, zwycięstwo 2:0 po bramkach Ebiego Smolarka i feta z okazji awansu. Ach, to są chwile, dla których warto żyć. Aż ciarki przechodzą po plecach i łza się w oku kręci, kiedy to wszystko wspominam.

Ostatnie spotkanie, na którym byłem z rodzicami, to był mecz z Czechami, 11 października 2008 r. Jechaliśmy z pewnym niepokojem, bo Czesi to doskonała ekipa, ale jak się okazało, niepotrzebnie. Polacy znów stanęli na wysokości zadania i w meczu eliminacji do mistrzostw świata w RPA po bramkach Pawła Brożka i Kuby Błaszczykowskiego w pięknym stylu wygrali 2:1. Polacy zagrają z tą drużyną w fazie grupowej Euro 2012. Choć wiem, że łatwo nie będzie, to chciałbym, żeby nasi powtórzyli ten wynik.

I jeszcze ważna rzecz. Zawsze, kiedy jedziemy na mecz polskiej kadry, jesteśmy ubrani w biało-czerwone koszulki, na szyi obowiązkowo wiszą szaliki reprezentacji Polski, w rękach flaga z napisem "Płock", no i oczywiście gardła przygotowane na 90 minut dopingu.

Potrafimy też zorganizować się, gdy oglądamy mecz w domu. Wtedy nic nie może umknąć naszej uwadze. Dokładnie śledzimy przedmeczowe studio, a w nim rozmowy z zawodnikami, trenerami, razem z ekspertami analizujemy składy drużyn. Wstajemy na hymn, później strzelają kapsle od piwka i zaczynamy kibicować.

Praktycznie zawsze nagrywamy mecze na dysk. Po pierwsze, gdy jest jakaś kontrowersyjna sytuacja na boisku, na bieżąco możemy ją cofnąć i w zwolnionym tempie, krok po kroku przeanalizować, czy sędzia podjął dobrą decyzję. Z tego powodu u nas w domu mecz potrafi trwać kilkadziesiąt minut dłużej (choć to tylko w meczach towarzyskich, bo kiedy jest to jakiś ważny mecz, nie ma na to czasu). Wtedy każda akcja jest ważna, a emocje są zbyt duże. Po drugie, jak to mówimy, "nigdy nie wiadomo, kiedy trafi się jakaś perełka" i wtedy nagranie jest jak znalazł dla kolejnych pokoleń.

Myślimy o tym, żeby wybrać się do Warszawy, kiedy nasza reprezentacja będzie grała swój pierwszy mecz. Tak jak pisałem wcześniej, to nie to samo, co oglądanie meczu przed telewizorem. Niewykluczone, że kogoś zabierzemy - rzucimy pomysł wśród znajomych. Może ktoś się skusi?