Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Copa America 2015. Nie tylko Messi i Neymar, czyli kto rozjedzie faworytów

W nocy z czwartku na piątek rusza jeden z najbardziej ekscytujących turniejów w futbolu - Copa America. I wcale nie zapowiada się, że faworyci z Brazylii i Argentyny będą dominowali od pierwszego do ostatniego meczu. Łukasz Godlewski, Paweł Wilkowicz i Michał Zachodny przedstawiają drużyny i najważniejszych graczy.
Gonzalo Higuain i Lionel Messi Gonzalo Higuain i Lionel Messi Fot. Ricardo Mazalan

Argentyna: Messi tak, wypaczenia nie

Dobrze, że jest reprezentacja Anglii. Bo już tylko dzięki niej Argentyna nie pozostaje najbardziej jaskrawym przykładem wielkiej kultury futbolowej, która od lat nie może się doczekać jakiegoś trofeum dla swojej reprezentacji. Argentyna czeka krócej niż Anglia, ale jej wstyd powinien być większy, bo po pierwsze, to ona ma Leo Messiego, a po drugie przyzwyczaiła, że przynajmniej na swoim kontynencie jest w stanie dominować razem z Brazylią. A teraz nie potrafi, już od 22 lat nie wygrała Copa America, mimo że właściwie co turniej jest faworytem. Co turniej wylicza się jej, ile bramek jej napastnicy strzelili w zakończonym sezonie w Europie, za ile milionów zostali sprzedani, ile talentów pozostało poza reprezentacją, bo nie da się ich pomieścić w jednej drużynie. I nic z tego nie wynika.

Argentyna nie jest w stanie wygrać nawet wtedy gdy, jak cztery lata temu, sama organizuje mistrzostwa kontynentu. Bo te wszystkie opinie o argentyńskim bogactwie nie tylko nakładają dodatkową presję, ale zwyczajnie zakłamują rzeczywistość. Od lat problemem Argentyny jest to, że piłkarzy nie wychowuje tak, by z nich tworzyć najsilniejsze drużyny, tylko by ich jak najszybciej i jak najdrożej sprzedać do Europy. W efekcie ma wielu kandydatów na te pozycje na boisku, na których się błyszczy, a do czarnej roboty musi brać każdego, kto się choć trochę wyróżnia. I jeszcze czuje się zobowiązana do odważnej gry, mimo że pod własną bramką często straszą dziury. Taki był przepis na klęskę w mundialu 2010 z Diego Maradoną, podobnie było w Copa America 2011 pod ręką Sergio Batisty, który próbował Messiemu odtworzyć w kadrze Barcelonę, jak niektórzy nasi trenerzy polskiej trójce - Borussię. Na siłę i bez odpowiednich wykonawców. A najbliżej tytułu Argentyna była rok temu w mundialu, gdy nie siliła się na fajerwerki w ataku, tylko pilnowała obrony i liczyła na błysk Messiego i szarżę Angela di Marii.

Jeśli każdy kolejny argentyński trener w czasach po Jose Pekermanie staje przed pytaniem: jak sprawić, żeby Messi był jak najbliższy Messiemu z Barcelony, ale uniknąć wypaczeń, to Alejandro Sabella postawił przed mundialem przede wszystkim na porządki w hierarchii drużyny. I przestał do niej powoływać Carlosa Teveza, który mógł być dla Messiego konkurentem. Po mundialu reprezentację przejął od Sabelli Gerardo Martino. Trener, który jest bardzo pragmatyczny. Gdy prowadził Paragwaj narzucając tam futbol defensywny i nudny, ale tak skuteczny, że pozwolił wyeliminować Brazylię z ostatniego Copa America. Potem trenował m.in. Barcelonę i przegrał bardziej przez to, że był dla piłkarzy zbyt łagodny, niż przez niezdolność odnalezienia się w efektownym stylu gry.

Martino nie miał ambicji przebudowania Argentyny po swojemu. Zaufał ludziom, którzy razem z Sabellą byli w finale mundialu. Ale zmiany są: skończyła się banicja Teveza, w kadrze na Copa America znaleźli się też, z nieobecnych na mundialu, Ever Banega, Javier Pastore i Nicolas Otamendi, który ma za sobą fantastyczny sezon w obronie Valencii. Najważniejsze pytanie brzmi jednak wciąż: jaki Messi zagra w koszulce Argentyny. - Jestem w lepszej formie niż rok temu w mundialu - zapowiada sam Leo. Nie trzeba tym razem na siłę odtwarzać barcelońskiego stylu w reprezentacji, bo to w klubie nastąpiła zmiana, którą reprezentacja może wprowadzić w biegu: Messi wrócił na prawą stronę, by zrobić miejsce Luisowi Suarezowi. W kadrze w roli Suareza będzie Sergio Aguero, który na razie wygrywa rywalizację z Tevezem. W ataku nadal jest tak bogato, że miejsca w kadrze zabrakło dla m.in. Paulo Dybali i króla strzelców Serie A Mario Icardiego (choć dla tego drugiego raczej z powodów pozasportowych).

Zegar tyka. Dla Messiego to przedostatnia szansa by wygrać coś z Argentyną przed trzydziestką (ostatnią szansą będzie rocznicowe Copa America za rok), ale to dotyczy całego jego pokolenia. Argentyna wystawia w Chile najstarszą drużynę w turnieju, ze średnią ponad 28 lat.

Diego Tardelli Diego Tardelli NELSON ANTOINE/AP

Brazylia: Dunga za karę

Brazylijska reprezentacja najbardziej lubi tych trenerów, których już zatrudniała. Więc gdy na mundialu u siebie skompromitowali się razem z drużyną Luiz Felipe Scolari i jego doradca Carlos Alberto Pareira, wzięła sobie znowu Dungę. I być może nie była to wcale tak absurdalna decyzja, jak ją przedstawiano w mediach. Dunga odchodził w niesławie, bo przegrał mundial 2010 już w ćwierćfinale z Holandią. Ale półfinałowe lanie od Niemców w 2014 sprawiło, że Brazylijczycy byli gotowi przełknąć i powrót Dungi. A może nawet przyznać mu wreszcie rację, że Brazylia nie ma już tak znakomitych piłkarzy od obrony po atak, by zachwycać. Powinna grać ostrożnie. W poprzedniej kadencji Dunga mówił to otwarcie i za to ciosano mu kołki na głowie. Teraz jest cicho, z 1:7 się nie dyskutuje. Do tego lanie było od Niemców, a Dunga grał w Niemczech, jest zafascynowany tamtejszym futbolem.

Być może na jego pierwszą kadencję było po prostu za wcześnie. A teraz, gdy przychodzi niejako za karę, może trafić w swój czas. Wygrał na razie wszystkie dziesięć meczów po przejęciu kadry. Nie czekał ze zmianami, z drużyny Scolariego zostawił tylko kilku najważniejszych piłkarzy, najmocniej odmieniając obronę. Daniego Alvesa powołał na Copa America dopiero awaryjnie, po kontuzji Danilo, Maicona wyrzucił już na początku pracy ze względów dyscyplinarnych. A Thiago Silva, choć pozostał w kadrze, to tylko w roli rezerwowego (Dunga mówił pod publiczkę, że u niego piłkarze nie będą płakać, co można było odczytać również jako przytyk do Thiago). Z dwójki środkowych obrońców to David Luiz obronił miejsce w składzie, choć w słynnym 1:7 zapisał się fatalnie. Dunga powołuje obrońców, których Scolari pominął rok temu mimo świetnego sezonu w Atletico: Mirandę i Felipe Luisa. Ten pierwszy jest w podstawowym składzie, drugi zastępuje kontuzjowanego Marcelo.

W bramce skończył się czas Julio Cesara. Ale jego następca Diego Alves, król rzutów karnych z Valencii, ma kontuzję, będzie bronił Jefferson z Botafogo. Urazy wyeliminowały też pomocników Luiza Gustavo i Oscara. W środku pomocy najmłodszej drużyny w Copa America (średnia nieco ponad 24 lata) zagrają więc zapewne Fernandinho i Casemiro. Z czterech piłkarzy odpowiadających za atak niepodważalna jest pozycja Neymara, Williana i Philippe Coutinho (kolejny pominięty przez Scolariego), a o czwarte miejsce rywalizują Roberto Firmino z Hoffenheim i Diego Tardelli. W Tardellim niektórzy widzą łatwy cel do szyderstw, następcę wyśmiewanego podczas mundialu Freda. Tardelli gra w Shandong Luneng, napastnika z ligi chińskiej jeszcze Brazylia w wielkim turnieju nie miała. Ale to na pewno nie jest tak irytujący piłkarz jak Fred. Dunga wygrywał już Copa America jao piłkarz i trener (w tej drugiej roli w 2007), a Brazylia zdobyła w mistrzostwach kontynentu cztery z ostatnich sześciu tytułów. Mimo trwającej przebudowy, nie będzie taryfy ulgowej.

Enner Valencia Enner Valencia Fot. Fernando Vergara

Ekwador: tak czy owak, Valencia

Zaczną Copa America meczem z faworytami z Chile, ale mają jeszcze w grupie osłabiony Meksyk i Boliwię, więc może wreszcie uda im się awansować. Bo turnieje to nie jest ostatnio żywioł Ekwadoru. Ta drużyna to długodystansowiec, który lepiej się czuje w amerykańskich eliminacjach mundialu. Tam gra się jak w lidze i co drugi mecz u siebie, na dużej wysokości. Dlatego Ekwador awansował aż do trzech z czterech ostatnich mundiali. Ale z grupy wyszedł w nich tylko raz, Polakom nie trzeba przypominać kiedy. A z czterech ostatnich Copa America odpadał już w pierwszej rundzie. Tak zła seria zdarzyła mu się wcześniej w mistrzostwach kontynentu tylko raz, w latach 80 i na początku 90. Zakończył ją wówczas największym sukcesem w Copa, czyli czwartym miejscem w 1993 (wyrównał osiągnięcie z 1959). Teraz wierzy w nowego trenera, Gustavo Quinterosa. Urodzonego w Argentynie Boliwijczyka (grał w kadrze Boliwii w mundialu 1994 i prowadził boliwijską kadrę w ostatnim Copa America).  Quinteros pracował ostatnio w ekwadorskim Emelec, z którego w kadrze na Copa jest aż siedmiu piłkarzy. Tam wypracował styl gry oparty na kontratakach, podobnie gra kadra. Nie ma wprawdzie w kadrze kontuzjowanego Antonio Valencii z Manchesteru United, wciąż najbardziej znany ekwadorski piłkarz. Ale w ostatnim mundialu w centrum uwagi był inny Valencia, Enner z West Ham United, strzelec trzech goli. Pytanie tylko, czy dojdzie do siebie na czas, bo ostatni sparing kończył bardzo mocno poobijany i musiał przerwać treningi. Polegać można też na Jeffersonie Montero ze Swansea, a kandydatem do roli odkrycia turnieju jest napastnik Fidel Martinez i, o ile będzie dostawał szanse już teraz, Juan Cazares z argentyńskiego Banfield. Problemem Ekwadoru pozostaje gra w obronie.

Chilijski pomocnik <b>Arturo Vidal</b> Chilijski pomocnik Arturo Vidal Fot. SERGIO PEREZ

Chile: trener z drzewa, zespół z pazurem

W finale Ligi Mistrzów Arturo Vidalowi złość niemal parowała uszami - biegał od jednego do drugiego piłkarza Barcelony, prawie za każdym razem atakując ich wślizgiem, traktując kuksańcem i nigdy nie odpuszczając. Faulował, zobaczył żółtą kartkę, sędzia groził mu wyrzuceniem z boiska. - Szaleniec! - mówili niektórzy. Błąd, to tylko Chilijczyk.

Bo taki jest cały zespół Jorge Sampaoliego i przecież wiemy to nie od dziś. Pressing to ich znak firmowy, dynamika oraz wysokie tempo są nieodłącznym elementem spotkań, zachwycaliśmy się nimi także na niedawnym mundialu. Tak dobili Hiszpanów, tak niemal wyeliminowali gospodarzy turnieju. Teraz sami wystąpią w tej trudnej roli. Trudnej? - Nie czujemy żadnej dodatkowej presji - mówił Vidal. Ale co to dla niego taki turniej, skoro ledwie tydzień temu grał w Berlinie z Barceloną. On ledwo co dołączył do zespołu, mógł nie czuć tego, co jego koledzy. A to im na treningach nad głowami latały drony, a ciekawskich dziennikarzy zza płotów i krzaków wyganiał Sampaoli.

Sam selekcjoner Chile doskonale wie, co znaczy obserwować zespól z nietypowej trybuny. On wypromował się, gdy dwadzieścia lat temu prowadził amatorski zespół, został przez sędziego wyrzucony poza "stadion" i wlazł na drzewo, by dalej oglądać i podpowiadać swoim piłkarzom. Lokalny dziennikarz zrobił mu zdjęcie, prezes większego klubu uznał, że takiego oddania u trenera szuka i dał mu szansę wyżej. W wyższej lidze, nie na wyższym drzewie. Na pierwsze sukcesy - i to jakie! - Sampaoli czekał aż do podjęcia pracy w Universidad de Chile w 2010 roku. Zbudował jedną z najlepszych drużyn południowej Ameryki XXI wieku, wygrał cztery trofea, a wszyscy zachwycili się kolejnym uczniem Marcelo Bielsy. Teraz może nie jest największą gwiazdą drużyny, ale - podobnie jak Vidal - idealnie odzwierciedla jej charakter.

- Zagramy inaczej niż na mundialu. Mamy już inne sposoby podchodzenia do kolejnych spotkań, będziemy wybierać najlepszą opcję - zdradził Sampaoli. Oby to był tylko blef, bo po Chile wszyscy oczekują szaleńczego pressingu, ciągłego ataku oraz geniuszu indywidualności. Chociaż sami nie lubią nazywać się "złotą generacją", to mają reprezentantów w Arsenalu (Sanchez), Juventusie (Vidal), Fiorentinie (Fernandez i Pizarro), Interze (Medel), HSV (Diaz), Barcelonie (Bravo) i Manchesterze United (Henriquez). Cztery lata temu zaczęli wspaniale, ale odpadli zaraz po fazie grupowej, przegrywając z sensacją turnieju Wenezuelą. Teraz mają nie mieć sobie równych. Nawet w walce z Messim i Neymarem. Vidalowi w Berlinie się nie udało, ale z kolegami z kadry i to na własnym podwórku może być znacznie łatwiej.

Radamel Falcao Radamel Falcao Fot. Ricardo Mazalan AP

Kolumbia: Ból głowy Pekermana

Rewanż. Mniejsza o powtórzenie sukcesu z 2001 roku, najważniejszy ma być rewanż na Brazylii za ćwierćfinał zeszłorocznego mundialu - przynajmniej dla kibiców. Wtedy, w brutalnym meczu, na warunkach narzuconych przez Brazylię, Kolumbijczycy ani trochę nie przypominali zespołu, który płynną grą i swobodą w atakach rozbijał rywali we wcześniejszych spotkaniach. Z Brazylijczykami poszli na wymianę ciosów i kolumbijska słabsza kość pękła. Choć nie bez ofiar po drugiej stronie, o czym Neymar pewnie do dziś pamięta.

- Nawet jeśli wygramy, to nie odzyskamy szansy gry w półfinale mundialu - przytomnie zaznacza Falcao, który mistrzostwa stracił przez przedłużającą się kontuzję kolana. On na porażkę patrzył z dystansu, inni mogą nie być tak wstrzemięźliwi w opiniach.

Jednak najważniejsze, by sam Jose Pekerman zjednoczył swój zespół wokół celu ważniejszego niż upokorzenie Brazylii. Na razie wszystko wskazuje na to, że żadnego kryzysu wiary w siebie Kolumbijczycy nie przechodzą. Wręcz przeciwnie, do Chile przylatują po ustanowieniu rekordu w historii ich futbolu, wygraniu siedmiu spotkań z rzędu. - Jesteśmy wystarczająco dojrzali, by nie wyobrażać sobie, że nagle jesteśmy mocniejsi niż w rzeczywistości - stwierdził Falcao.

Napastnika, który miał fatalny sezon w Manchesterze United teraz czeka jeszcze trudniejsza rywalizacja o miejsce w wyjściowej jedenastce niż u Louisa van Gaala. Rywalami  są Teo Gutierrez (River Plate), Carlos Bacca (Sevilla) i Jackson Martinez (Porto). A i tak żaden z nich nie zapowiada się na największą gwiazdę Kolumbii na tym turnieju. Ale czy można się dziwić, skoro Pekerman ma do dyspozycji Jamesa Rodriqueza?

23-latek pięknie wypromował się na mundialu, ale w Madrycie trafił na moment trudny - drużyna została bez trofeów, choć on w najważniejszych momentach wiosną grał na miarę ceny zapłaconej za niego przez "Królewskich". Czarował techniką, strzelał piękne gole, inteligentnie asystował. A przecież, jak sam mówi, u Pekermana jego rola na boisku jest jeszcze bardziej ofensywna.

Pytanie tylko, w jakim stanie Kolumbijczycy przetrwają bitwę z Brazylią, i czy ofensywa nadrobi braki w defensywie. Bo to, że Kolumbia będzie atakować z polotem jest niemal pewne. - Z takimi piłkarzami nie da się inaczej - tłumaczy Pekerman.

Luis Suarez Luis Suarez Fot. DAMIR SAGOLJ

Urugwaj: Dość pytań o Suareza

Kiedy Luis Suarez został ostro ukarany przez FIFA za ugryzienie Giorgio Chielliniego, wstawił się za nim cały Urugwaj. Doszukiwano się spisku, wykpiwano zachowanie Włocha i piłkarskiego świata, protestowano i oburzano się na szykany ze strony przeciwników "La Celeste". Nauczyciel doskonale wiedział, że może nie ma to sensu, że przewinienie jest oczywiste, ale inaczej nie wyniósłby poczucia jedności w zespole na jeszcze wyższy poziom.

Nauczyciel, czyli Oscar Tabarez. Człowiek, który w pojedynkę rządzi urugwajskim futbolem i z chaosu, przy ograniczonych środkach, wszechobecnej korupcji i zapaści stworzył struktury, plan szkolenia, edukacji oraz gry. I może czasem aż zęby bolą od patrzenia na schematyczność stylu Urugwajczyków, ale niewiele jest reprezentacji trudniejszych do pokonania.

Teraz Tabarez musi nauczyć zespół żyć bez Suareza - a to on w duecie z Diego Forlanem zachwycili na mistrzostwach świata w 2010 roku i po dwunastu miesiącach zwyciężyli w Copa America. Ich brak ma zrekompensować Edinson Cavani, wreszcie bez cienia obecnego napastnika Barcelony i bez irytującego towarzystwa Zlatana Ibrahimovicia, którym jest już zmęczony w PSG. - Oczywiście, że Urugwajowi będzie brakowało Suareza, ale grali już kilka świetnych spotkań bez niego - mówił niedawno Forlan. - Najważniejsze to wyjść z grupy, w fazie pucharowej wygrywa lepszy zespół, to innego rodzaju rywalizacja - dodawał.

Właśnie, zespół. Jeden organizm, który doskonale opanował swoje ruchy, działa i porusza się po boisku podświadomie, przy pełnym zrozumieniu i poświęceniu każdego elementu. - Nigdy nie jesteśmy faworytami, zawsze musimy coś dla siebie wydrzeć, taka nasza charakterystyka - twierdzi Fernando Muslera, golkiper drużyny.

Kto będzie walczyć? Bohaterowie są znani - duet środkowych obrońców Atletico Madryt, Godin i Gimenez, nieustępliwy Arevalo Rios z meksykańskiego Tigres i Nicolas Lodeiro z Boca Juniors. I chociaż nie ma już prawdziwych weteranów (Lugano, Perez, Forlan), to wyjściowa jedenastka Tabareza jest niemal oczywista. W szerokiej kadrze jest aż dziewięciu piłkarzy z mniej niż dziesięcioma występami w kadrze. Młodzi jak Diego Rolan (Bordeaux), Jonathan Rodriguez (Benfica) czy Gaston Silva (Torino) mają patrzeć i nabierać ogłady.

Jefferson Farfan i Leo Messi Jefferson Farfan i Leo Messi Fot. ENRIQUE CASTRO-MENDIVIL REUTERS

Boliwia, Peru, Jamajka - kto skarci faworytów?

Z tymi wielkimi podczas każdego turnieju mierzyć się muszą ci zwykle skazywani na pożarcie. Może nigdy te drużyny potęgami nie były i nie zapowiada się, żeby nimi zostały, ale w swoich składach posiadają nietuzinkowych piłkarzy.

Boliwia - Marcelo Moreno

Według rankingu FIFA Boliwia to najgorsza drużyna Ameryki Południowej. Zaledwie siedmiu powołanych zawodników występuje poza ligą boliwijską - w Grecji, Chile, Szwecji, Włoszech (zespół młodzieżowy), Turcji oraz w Chinach. To w tym ostatnim kraju gra Marcelo Moreno, jedna z większych gwiazd reprezentacji. Grał w Szachtarze Donieck, Werderze Brema czy Wigan Athletic, choć nigdzie nie zrobił olbrzymiej kariery. To silny i dobrze radzący sobie w powietrzu napastnik. Ale bramki dla reprezentacji nie zdobył od dwóch lat. W kadrze strzelił łącznie 12 goli - tyle samo co pozostałych 22 zawodników powołanych na Copa America razem wziętych. Jeśli on nie zagwarantuje goli, to kto?

 

Peru - Jefferson Farfan

Większość zakończonego sezonu w Schalke stracił wskutek kontuzji. Ale wyzdrowiał i grał w ostatnich dziewięciu kolejkach. To niezwykle szybki skrzydłowy. Ale na Copa America ma zagrać w nowej roli - jako typowa "dziesiątka", tuż za plecami napastnika (napastników). To kolejny dowód na jego dominującą pozycję w zespole, którego jest (prawdopodobnie) największą gwiazdą. Od jego współpracy z Claudio Pizarro czy Jose Paolo Guerrero (choć nie wiadomo, czy będzie mógł grać, leczy kontuzję) zależy los Peru.

 

Jamajka - Rodolph Austin

Austin jest jednym z najbardziej doświadczonych reprezentantów Jamajki i jej kapitanem. Ma za sobą 73 mecze w kadrze. Strzelił w nich sześć goli, co czyni go drugim najlepszym strzelcem w kadrze powołanej na Copa America. A jest defensywnym pomocnikiem. Obecnie jest bez klubu, po tym jak nie przedłużono z nim kontraktu w Leeds United. Copa America - i zaczynający się kilka dni po tej imprezie Złoty Puchar CONCACAF, na którym również powinien zagrać - to świetna okazja do wypromowania się.

Luis Cardozo i Roque Santa Cruz Luis Cardozo i Roque Santa Cruz MARIANA BAZO/REUTERS

Wenezuela, Meksyk, Paragwaj - metryka się nie liczy

Wenezuela - Juan Arango

Wenezuela nigdy nie odnosiła wielkich sukcesów. Jako jedyna reprezentacja z Ameryki Południowej nigdy nie zagrała na mundialu. Największym sukcesem na Copa America było zajęcie czwartego miejsca przed czterema laty. Liderem kadry i największą gwiazdą w historii wenezuelskiej piłki jest Juan Arango. Kibiców zachwyca swoimi magicznymi zagraniami oraz golami - w szczególności z rzutów wolnych - strzelanymi lewą nogą. W reprezentacji zagrał już 121 razy. Niewielu wenezuelskich zawodników może pochwalić się grą w takich klubach jak Mallorca czy Borussia Moenchengladbach, z której odszedł rok temu. Arango obecnie występuje w Meksyku.

 

Meksyk - Jesus Corona

Meksyk przyjeżdża na Copa America głównie w krajowym składzie. Za miesiąc rusza Złoty Puchar CONCACAF i to te rozgrywki są priorytetem. Jednym z trzech piłkarzy powołanych z europejskich klubów został Jesus Corona. Może zostać gwiazdą kadry pod nieobecność chociażby Carlosa Veli. Corona to 22-letni pomocnik holenderskiego Twente. Ma za sobą bardzo dobry sezon, choć jego zespół rozczarował i zajął dopiero 10. miejsce. Meksykański skrzydłowy strzelił dziewięć goli i zaliczył cztery asysty. Jest szybki i umie minąć przeciwnika dryblingiem. W listopadowym meczu Meksyku z Holandią zaliczył asystę już minutę po wejściu na boisko.

 

Paragwaj - Roque Santa Cruz

Kibice mogą zachwycić się młodym Derlisem Gonzalezem, dobrą wiosnę w Montpellier ma za sobą Lucas Barrios, ale za strzelanie goli w Paragwaju odpowiada Roque Santa Cruz. Niegdyś "złote dziecko" paragwajskiego futbolu i napastnik Bayernu Monachium zbliża się powoli do końca swojej kariery. Ma 33 lata i gra w Meksyku. Ale to nie przeszkadza mu w zdobywaniu bramek; strzelił wszystkie trzy ostatnie gole w Paragwaju (okres od listopada zeszłego roku). Był też najlepszym strzelcem reprezentacji w ostatnich eliminacjach MŚ. Wystarczyły mu do tego miana tylko trzy trafienia, bo Paragwaj zajął ostatnie miejsce. Powtórzenie wyniku sprzed czterech lat - Paragwaj został wtedy wicemistrzem - byłoby ogromną sensacją.