Co dalej z Robertem Lewandowskim?

Sześć lat temu w finale Pucharu Niemiec skopał Bayernowi tyłek i rozkochał w sobie jego szefów. Teraz finałem Robert Lewandowski zamyka pewien czas - niekoniecznie czas w Bayernie, ale w karierze tak

"Skopanie tyłka" i "rozkochiwanie"  nie jest nasze, tylko Karla Heinza Rummenigge. Tak ówczesny prezes Bayernu tłumaczył w 2015 polskim dziennikarzom, czym była dla Bayernu porażka w finale Pucharu Niemiec 2012 z Borussią po trzech golach Roberta Lewandowskiego. - My się w nim wtedy zakochaliśmy. Skopał nam tyłek i już wiedzieliśmy, że musimy go mieć. Bayern nie nawykł do takich wysokich porażek - mówił Rummenigge. Rozmowy z Cezarym Kucharskim Bayern zaczął jeszcze przed tamtym 5:2 w Berlinie. Ale po finale szefowie z Bawarii zrozumieli, że muszą się spieszyć, bo do Roberta i jego menedżera zaczęli wydzwaniać inni. Choćby Alex Ferguson, który był wtedy na trybunach Stadionu Olimpijskiego w Berlinie, by oglądać Shinjiego Kagawę, a obejrzał jak Bayern, który za kilkanaście dni miał grać w finale Ligi Mistrzów, dostaje lanie od Borussii i polskiej trójki. Świetnie zaczął finał Kuba Błaszczykowski, asystą przy pierwszym golu i wywalczonym karnym na 2:1. Świetnie dokończył Lewandowski, z asystą Łukasza Piszczka przy bramce na 5:2. Każdy z nich stawiał w ten sposób kropkę przy świetnym sezonie: Borussia pierwszy raz w historii zdobyła dublet, a Polacy wylądowali w jedenastkach sezonu w Niemczech. A po finale polecieli na zgrupowanie reprezentacji przed, tak im się wtedy wydawało, turniejem życia: Euro 2012.

Robert Lewandowski z trofeum dla najlepszego strzelca Bundesligi Robert Lewandowski z trofeum dla najlepszego strzelca Bundesligi SVEN HOPPE/AP

Robert i Bayern 2018: była armata, nie było huku

Minęło sześć lat. Niedługo pojadą na zgrupowanie przed kolejnym turniejem życia, ale już każdy osobno. Kuba od razu do Juraty po barażach o utrzymanie w Bundeslidze z Wolfsburgiem, odrabiać zaległości z zakończonego sezonu. Łukasz od razu do Arłamowa, po burzliwym sezonie w Dortmundzie, uratowaniu miejsca w Lidze Mistrzów i krótkim urlopie. Robert też po urlopie, od razu do Arłamowa, po przedziwnym sezonie. Tylu trenerów w kilkanaście miesięcy - Carlo Ancelotti, tymczasowo Willi Sagnol, tymczasowo ale dłużej Jupp Heynckes, a teraz nadchodzi Niko Kovac - miał ostatnio w drugoligowym Zniczu Pruszków. Tylu krytycznych słów nie wysłuchał od czasu, gdy za kadencji Waldemara Fornalika miotał się w kadrze, słuchał gwizdów, przestał śpiewać hymn i nawet myślał przez chwilę, czy to ma dalej sens.

Niby to lepszy sezon dla Bayernu niż poprzedni: jest mistrzostwo, finał Pucharu Niemiec, a rok temu był tylko półfinał. Był tej wiosny powrót do półfinału Ligi Mistrzów, a rok temu tylko ćwierćfinał. Ale niedosyt jest ogromny. A jeszcze większy w przypadku Lewandowskiego. Został królem strzelców Bundesligi trzeci raz w karierze, rok temu królem nie był. Ale gdy odbierał tydzień temu pamiątkową armatę, nie było na trybunach Allianz Areny wrzawy, delikatnie mówiąc. Robert został z tą ceremonią zostawiony przez kibiców sam sobie. A Dieter Hoeness, brat Ulego, kiedyś też świetny napastnik, mówił potem: - Napastnicy są zwykle uwielbiani przez kibiców. Z Lewandowskim w Bayernie jest inaczej i on musi sobie zadać kilka pytań na ten temat. Ostatnio można mieć wrażenie, że Robert sam sobie wchodzi w drogę - mówił Dieter Hoeness, nawiązując do różnych krytycznych wypowiedzi Roberta z ostatnich miesięcy, którymi nałożył na siebie ogromną presję.

To wszystko się od blisko roku zbierało: wywiad w "Super Ekspresie" po ostatnim sezonie, i zdanie o zbyt małym wsparciu w walce o tytuł króla strzelców. Wywiad niemieckiego menedżera Robera Maika Barthela w "Kickerze" na ten sam temat. Wywiad Roberta w "Spieglu", z diagnozą że Bundesliga przestała się rozwijać. Zbierało się, i wylało się tej wiosny, gdy zabrakło bramek Roberta w ważnych meczach. Robert nawet bez gola w sobotnim finale Pucharu Niemiec jest najskuteczniejszym piłkarzem tych rozgrywek w obecnym sezonie. Ale wyjątkowo dużo było głosów: dziś musi, niech znowu zacznie trafiać wtedy, kiedy to się liczy najbardziej, nie strzelił gola w finale Pucharu Niemiec od 2012. Dziś kibice Bayernu oczekują od Lewandowskiego nie goli które będą budować jego legendę strzelca, tylko legendę zwycięskiego Bayernu.

Pojednawcze gesty

W ostatnich dniach sporo było pojednawczych gestów między Bayernem a Polakiem: miłych słów Karla Heinza Rummenigge ("on się zachowuje w pełni lojalnie, a kto rozsiewa plotki, to jest nam obojętne") i Juppa Heynckesa, więcej uśmiechów Lewandowskiego na treningach. Ale u kibiców Bayernu Polak ma teraz mocno pod górę i to się pewnie szybko nie zmieni. Jeśli - na co dziś wiele wskazuje, choć w tej sprawie niczego nie można być pewnym - Robert następny sezon też zacznie w Bayernie, to zacznie go u kibiców pod kreską. I nie dlatego, że nie strzelił w dwumeczu Realowi, nie dlatego, że obszedł Heynckesa bokiem. Tylko dlatego, że już się w Bayernie wierci. Jeśli chodzi o fochy strojone do trenerów to nawet tacy jak Juergen Klinsmann odstawiali w Bayernie większe szopki, o Arjenie Robbenie czy Francku Riberym nie wspominając. Niespełniony napastnik jest jak wygłodzony pies, gdy Lewandowski miał strzelecką suszę w kadrze na początku eliminacji Euro 2016, Zbigniew Boniek poprosił go w pewnym momencie, żeby się tak nie frustrował, "bo ludzie to widzą". Kolejni trenerzy Roberta doświadczali, jak niezadowolony z ich decyzji Lewandowski zagryzał usta ze złości, zamykał się w sobie, "przepadał za ścianą", jak to nazwał Jacek Zieliński po ich współpracy w Lechu. I każdy trener to zrozumie. Kibice też by zrozumieli. Ale nie w tym momencie, gdy Robert zaczął dawać sygnały znudzenia Bayernem. To nie są rzeczy nieodwracalne, wystarczy spojrzeć na przeprawy kibiców Atletico z Antoine'em Griezmannem w tym sezonie, od irytacji jego flirtami z innymi klubami po późniejsze wezwania, by nie odchodził. Ale jednak to jest znak, że jakiś etap się w karierze Roberta skończył. 

. . MICHAEL SOHN/AP

Piłkarz, który nie całuje herbów

Przez ostatnie lata Lewandowski szedł ciągle w górę w klubach, przeskakiwał od wyzwania do wyzwania, a jeśli gdzieś doświadczał niepowodzeń, to raczej w reprezentacji, do przyjścia Adama Nawałki. Teraz w kadrze ma niekwestionowaną pozycję lidera, ale w klubowej piłce stoi na rozdrożu. Czuje od kilkunastu miesięcy, że w Bundeslidze przestał się rozwijać, brakuje mu takich impulsów, jakie dostawał jeszcze za Pepa Guardioli. Wie, że są kluby, które chętnie dadzą mu odmianę. A kto śledzi uważnie jego karierę, ten musiał się spodziewać, że taki moment w jego relacjach z Bayernem przyjdzie. Robert klubów nigdy nie wybierał sercem. Nie szukał w zagranicznych szatniach przyjaciół, tylko dróg zawodowego rozwoju. Nie całował herbów, nie przekonywał, że którejś drużynie kibicował od dzieciństwa. Jednej może przez jakiś czas kibicował, ale akurat ta go nie chciała, a gdy sobie o nim przypomniała, to Lewandowski poprosił Cezarego Kucharskiego, by od Legii zażądał wyższej pensji niż od innych klubów, które się o niego ubiegały. I poszedł do Lecha Poznań.

Z Lecha chciał odejść do Borussii Dortmund już po pierwszym sezonie, szefowie poprosili żeby jeszcze został na rok, obiecali podwyżkę, a gdy o niej zapomnieli, Robert zaczął być na treningach zniechęcony. Kryzys udało się zażegnać, następny przyszedł dopiero w Borussii, gdy Roberta nie chciała w 2013 puścić do Monachium, wbrew danemu wcześniej słowu. I znów było jak w Lechu: ciche dni, pojednawcze rozmowy, podwyżka, a na koniec tytuł króla strzelców. Potem odejście do Bayernu, ale z zawahaniem, bo na ostatniej prostej świetną propozycję złożył Real: dotrzymać słowa w Monachium, czy wybrać Madryt?

Robert Lewandowski Robert Lewandowski FOT. KUBA ATYS

Mundial jako czas resetu

Wybrał po naprawdę dużych rozterkach Monachium (szefowie Bayernu się wtedy zdenerwowali tymi  jego wahaniami, ale poprawili nieco warunki kontraktu, żeby rozwiać wątpliwości), wskoczył w Bayernie na inny poziom, rozwinął się u Guardioli, nabrał pewności siebie, to go niosło przez bardzo długi czas. A potem przestało wystarczać. Dlaczego w takim razie niedługo wcześniej przedłużał kontrakt? To akurat jest dość proste: bo piłkarze przedłużają kontrakty. Niezależnie czy chcą gdzieś grać wiecznie, czy nie. W zamian dostają podwyżki, a ich kluby - gwarancję spokoju przez jakiś czas, albo lepszego zarobku w przypadku sprzedaży. Wyobraźmy sobie, jakie by dzisiaj było zamieszanie w Monachium, gdyby Lewandowski kontraktu wówczas nie przedłużył i odjeżdżał teraz na mundial mając jeszcze tylko rok umowy przed sobą.  Wtedy dopiero by wysłuchiwał, że jest niewdzięcznikiem, tylko z innych powodów. Zresztą, już przy odchodzeniu z Borussii tego słuchał. Wtedy to po nim spływało. Z tym że wtedy miał już poukładaną przyszłość w Monachium i już go niosło to, że zaraz będzie nowa przygoda. A teraz nie wie na czym stoi. Sam zresztą wolał na razie niedopowiedzenia. Nawet w sprawie zatrudnienia Piniego Zahaviego, o której mówi w nowym wydaniu "Nienasyconego", że wcale nie chodziło koniecznie o odejście z Bayernu już teraz. - Jest wiele rzeczy, które miałem na myśli, gdy zmieniałem menedżera, a co z tego wyjdzie, to zobaczymy. Współpracuję z człowiekiem, który ma mocną pozycję w futbolu, więc niech to będzie współpraca nie na jedno okienko transferowe, tylko na dłuższy okres - deklaruje w książce (premiera 30 maja). Dla kadry, zaczynającej właśnie przygotowania do mistrzostw, najważniejsze jest, żeby ta niepewność źle nie wpłynęła na formę. A drugiej strony: czy mundial jako okazja do resetu w głowie i karierze nie przychodzi dla Lewandowskiego w idealnym momencie?

Więcej o: