Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Dwa Michały - gra opinii: Pomiatanie trenerami jako choroba nowoczesności

Druga część cyklu, który ukazuje się co wtorek na Sport.pl. Korespondencja dziennikarzy piszących nie tylko o Premier League: Michała Szadkowskiego z "Gazety Wyborczej" oraz redaktora "Tygodnika Powszechnego" i autora bloga "Futbol jest okrutny" Michała Okońskiego. Dwa Michały podważają dziś wiarę kibiców, dziennikarzy i szefów klubów w to, że zmiana trenera poprawia wyniki. Zastanawiają się też, czy pracę powinni zachować trenerzy Manchesteru City (Manuel Pellegrini) i Liverpoolu (Brendan Rodgers).
Brendan Rodgers Brendan Rodgers Fot. PHIL NOBLE REUTERS

Okoński do Szadkowskiego: błąd okazją do nauki, nie do kary

Mój Drogi,

jeśli odliczyć wychodzenie kibiców przed ostatnim gwizdkiem, nurkowanie w polu karnym, wyssane z palca transferowe plotki i zdjęcia czirliderek zamiast analiz na portalach sportowych, niewiele jest rzeczy, które we współczesnej piłce nożnej denerwują mnie równie mocno, jak pochopne zwalnianie trenerów. Drużyna przegrała mecz, dwa, a nie daj Boże trzy? Wyrzucić trenera! Sprowadzeni latem piłkarze jeszcze się nie zaaklimatyzowali? Wywalić trenera! Kluczowi zawodnicy są kontuzjowani? Wykopać trenera! Zespół na koniec sezonu nie spełnił ambicji właściciela, choć każdy zewnętrzny ekspert uważa, że liczba zdobytych przezeń punktów była szczytem możliwości? Precz z trenerem, do jasnej cholery! Chcemy zobaczyć jego zwłoki spływające Tamizą (albo Wisłą ? jako mieszkaniec Krakowa wiem aż za dobrze, że to historia uniwersalna...)! Przykładów znamy obaj tyle, że w zasadzie można sobie darować wyliczanie, tej jesieni najmodniejsze jest zwalnianie Brendana Rodgersa w Liverpoolu, ale i Manuel Pellegrini w MC był do niedawna pod presją, lekko tylko złagodzoną zwycięstwami nad Bayernem i Southamptonem.

Przypadkiem Rodgersa nie przestaję się zdumiewać. Owszem, widać wyraźnie, że piłkarze, których kupił latem, na razie nie wnoszą do drużyny tyle, ile można było się spodziewać po kwotach, jakie za nich zapłacono (w sobotę podczas meczu ze Stoke w pierwszym składzie wyszedł tylko jeden: Rickie Lambert, a kiedy w końcówce trzeba było myśleć o zwiększeniu presji na rywala, z ławki podniósł się nie któryś z nowych graczy, tylko Steven Gerrard). Szkopuł w tym, że problem źle wydawanych pieniędzy nie ogranicza się w Liverpoolu do ostatniego okienka transferowego i jego rozwiązaniem mogłoby być raczej wsparcie młodego wciąż menedżera na szczeblu klubowego zarządu, gdzie w porozumieniu z nim można by zbudować jakąś doświadczoną ekipę zajmującą się wyszukiwaniem wzmocnień. O tym, jak trudno zastąpić swoją supergwiazdę przekonywał się i wciąż przekonuje Tottenham, który po odejściu Garetha Bale'a nadal nie potrafi osiągnąć poziomu reprezentowanego wcześniej; co przy tym charakterystyczne: kilka miesięcy po transferze Walijczyka do Realu pracę na White Hart Lane stracił Andre Villas-Boas, kolejne miesiące pracował w klubie Tim Sherwood, a zatrudniony tego lata Maurcio Pochettino ma te same problemy co poprzednicy. Aż mi wstyd powtarzać te wszystkie oczywistości: o czasie, potrzebnym na adaptację, na wymyślenie i wdrożenie nowego stylu, na opanowanie niepokoju, który wkrada się w przypadku braku natychmiastowych wyników, a także na poradzenie sobie z kontuzjami: jestem przecież przekonany, że gdyby kontuzje nie wyłączyły z gry na tak długo Daniela Sturridge'a, wyniki Liverpoolu prezentowałyby się zupełnie inaczej. Zważ: w obronie przed rokiem również miewali kłopoty, rzecz w tym, że bramek strzelali dużo więcej niż tracili.

Brendan Rodgers nie stracił swojego trenerskiego nosa. O tym, że potrafi się rozwijać, idąc za drużyną, a nie narzucając jej swojej ideologii, świadczy stopniowe odejście na Anfield od gry opartej na posiadaniu piłki, którą przyniósł ze Swansea, i przestawienie zespołu na zabójcze i szybkie ataki. Podobnie nie stracił swojego trenerskiego nosa Sam Allardyce w West Hamie, wobec którego właściciele klubu wykazali się chwalebną cierpliwością, i który rozpoczął sezon o niebo lepiej niż kończył poprzedni. Tak samo Alan Pardew w Newcastle, wybierany z tą drużyną trenerem roku po sezonie 2011/12, wobec którego protesty i żądania dymisji były niewiarygodnie głośne już w maju (z ostatnich 15 meczów rozgrywek 2013/14 przegrał aż 11), a który przed weekendową porażką, skądinąd właśnie z West Hamem, miał na koncie serię sześciu zwycięstw z rzędu (licząc to w Pucharze Ligi z Manchesterem City na Etihad). Jak blisko zwolnienia był Pardew w połowie października, pewnie nie wie nawet on sam.

Nie twierdzę, oczywiście, że klubowym właścicielom przy zatrudnianiu trenerów nie zdarzają się pomyłki. Czasem między szkoleniowcem a piłkarzami ewidentnie nie ma chemii, czasem atmosfera w szatni po serii klęsk jest tak zła, że decyzja o zwolnieniu szkoleniowca stwarza szansę na psychologiczny ?nowy początek? ? i faktycznie przez kilka spotkań wydaje się, że zespół zaczął grać lepiej. Problem w tym, że w dłuższej perspektywie wszystko wraca do normy.

?Przekonanie, że zwolnienie trenera zaradzi bolączkom klubu, jest kosztownym złudzeniem? ? piszą Chris Anderson i David Sally w książce ?Futbol i statystyki?, powołując się na badania holenderskiego naukowca Basa ter Weela. Ter Weel przeanalizował osiemnaście sezonów Eredivisie, biorąc pod lupę wyniki drużyn, których średnia punktów na spotkanie spadała co najmniej o 25 proc. w ciągu czterech meczów, lecz trener nie został zwolniony. Po zestawieniu z wynikami drużyn, które decydowały się na zwolnienie, okazało się, że w zasadzie nie ma różnicy. Oczywiście poza tą w klubowej kasie, zmuszonej do wypłacania odszkodowań staremu szkoleniowcowi, a nowemu zapewniającej środki na zakup piłkarzy ?pasujących do koncepcji?.

Mógłbyś rzecz jasna napisać, że Alan Pardew trenerem roku został wybrany przed trzema laty i że w piłce taki okres to epoka. Ale Brendan Rodgers ten sam tytuł otrzymał zaledwie parę miesięcy temu, a od mistrzostwa Anglii był o sławetne potknięcie Stevena Gerrarda. Nie domagam się dla trenerów podobnego komfortu, jaki miał Alex Ferguson w MU, gdzie pierwsze trofeum zdobył dopiero po czterech latach pracy (Bill Shankly między drugim a trzecim mistrzostwem musiał czekać siedem lat) ? wiem, że tamte czasy już nie wrócą. Widzę jednak, jak Pardew stopniowo wprowadza do drużyny zdolną młodzież ? tak samo jak robili tamci. No i przede wszystkim: zarówno jako redaktor pisma, pracujący w większości z młodszą od siebie ekipą, jak i jako ojciec wiem dobrze, że błąd jest w pierwszym rzędzie okazją do nauki, nie do kary.

Nawet ludzie zarabiający mnóstwo pieniędzy i prowadzący największe kluby świata, powinni mieć prawo do uczenia się na błędach.

Szadkowski do Okońskiego: skąd się bierze brak cierpliwości?

Drogi Michale,

Również nie rozumiem, dlaczego zmiana trenera stała się pospolitym lekarstwem na wszelakie choroby, jakie mogą trapić drużynę. Gdy widzę, że z 92 szkoleniowców zawodowych angielskich klubów tylko trzech pracuje dłużej niż cztery lata, przypominam sobie słowa Briana Clougha, który uważał, że jeśli prezes wyrzuca trenera, którego wcześniej zatrudnił, to sam powinien odejść.

Jak napisałeś, nie ma dowodów, by zmiana szkoleniowca pozytywnie wpływała na wyniki, popularność tego narzędzia tłumaczę zatem jedną z chorób pierwszego świata, czyli brakiem cierpliwości ? prezesów, dziennikarzy i kibiców. Nowe technologie skutecznie nas jej pozbawiają, Google potrzebuje mniej niż sekundę, by odpowiedzieć na pytanie, które kiedyś wymagałoby przynajmniej otworzenia encyklopedii, czytać książkę możemy po kilku kliknięciach i wpisaniu hasła w iBooksie, a jeszcze kilka lat temu musieliśmy wyjść do księgarni albo, co gorsza, czekać na listonosza. Mądrzejsi ode mnie odkryli, że błyskawiczna obsługa w świecie wirtualnym powoduje irytację w realnym. Mówiąc inaczej: skoro 25 procent użytkowników internetu zamyka stronę, jeśli ta nie załadowała się w cztery sekundy, to kilkuosobowa kolejka w warzywniaku wywoła u nich wściekłość. Oni żądają wyników natychmiast ? trener, który nie wygrał trzech meczów z rzędu, nie nadaje się, bo ile można czekać na zwycięstwo?

Nie ustalimy oczywiście, ile czasu powinni dostawać szkoleniowcy, zbyt wiele czynników wpływa na ich pracę, potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której zwolnienie uzasadnione jest już po kilku miesiącach. Generalnie wolałbym jednak, by trenerzy mieli prawo i do błędu, i do nieudanego transferu, i do porażki.

Wyjątek stanowią jednak ludzie pracujący w największych futbolowych firmach. Oni zmagają się z najmniejszymi ograniczeniami, kupują w zasadzie, kogo chcą, nie muszą się martwić o to, że większy klub zabierze im supergwiazdę, bo większych od nich nie ma (jakie to ważne, pokazują przywołane przez Ciebie przykłady Tottenhamu i Liverpoolu). Nie jest to ani grupa duża, ani zamknięta, ale dziś zaliczam do niej Bayern, Real, Barcelonę, Chelsea, oba Manchestery i PSG. Trenerów tych zespołów traktuję trochę jak specjalistów od ratowania korporacji pogrążonych w kryzysie (wybacz, zapomniałem jak ta profesja się nazywa) ? właściciele dają im władzę, oni wchodzą do firmy, reformują ją, wyprowadzają na prostą i po kilku miesiącach wychodzą. Wielkie kluby nie mogą budować drużyn na jutro, sukcesów potrzebują jak powietrza, kibice zawsze powinni mieć wrażenie, że przeżyli udany sezon. Nie chodzi oczywiście o to, by co roku świętować potrójną koronę, lecz o to, by utrzymywać się na szczycie albo się do niego zbliżać (przypadek City i PSG). Jeśli Manchester City odpadnie z Ligi Mistrzów w fazie grupowej, nic Manuela Pellegriniego nie wytłumaczy, szefowie nie wymagają zresztą od niego zwycięstwa w tych rozgrywkach, a zaledwie minimalnej poprawy. Sam powiedz, czy ćwierćfinał (w drugim sezonie pracy) to cel przewyższający możliwości drużyny Chilijczyka?

Liverpool to inny przypadek, Brendan Rodgers startował z niższego pułapu i musi sobie radzić z ograniczeniami (ambicje Luisa Suáreza). Zadania dostał trzy: powrót do ligowej czwórki; utrzymanie w niej drużyny i dołożenie dobrych wyników w Lidze Mistrzów. W pewnym sensie oczekiwano, że zrobi to, co Frank de Boer, który podnosił Ajax z czwartego miejsca w lidze holenderskiej. On po pół roku cieszył się z mistrzostwa, a potem trzy razy je obronił, choć każdego lata większe kluby plądrowały mu drużynę. Rodgers wykonał pierwszą część zadania, ale z drugim ? przynajmniej na razie ? kompletnie sobie nie radzi. Co nie oznacza, że powinien zostać wylany ? tym, co zrobił wcześniej, zasłużył na kolejną szansę. Na możliwość popełnienia kolejnego błędu również.

Krótka pamięć to zresztą kolejna przywara futbolowego środowiska, chwilowe niepowodzenia potrafią przykryć ładny, wypracowywany latami dorobek trenera. Dlatego im bardziej Borussia Dortmund wbija się w dno Bundesligi, tym bardziej doceniam atmosferę, w jakiej pracuje Jürgen Klopp. Dodatkowej presji nie nakładają na niego ani szefowie, ani kibice. On jest jednak przynajmniej dwa kroki przed Rodgersem, wyciągnął drużynę ze środka tabeli do fazy pucharowej Ligi Mistrzów, utrzymał ją tam po odejściu Sahina, Kagawy i Götzego. Być może zastąpienie Lewandowskiego zajmie mu więcej czasu, a klub przypłaci to wypadnięciem z LM. Rzecz w zachowaniu perspektywy: Borussia przeżywa najsmutniejszą jesień od dawna, a przecież przed przybyciem Kloppa kibice daliby się poćwiartować za pierwsze miejsce w fazie grupowej LM.