Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Liga Mistrzów. Cork City - Legia Warszawa. Cork City - klub, który otarł się o śmierć

W herbie statek i dwie wieże. To wejście do portu, który według starego motta, stanowił synonim bezpieczeństwa. Brzmi to przewrotnie, bo raptem kilkanaście lat temu nastroje były dalekie od spokojnych. Bankructwo, działalność kibiców i przede wszystkim ogromne lokalne wsparcie.

Zgnilizna w piekle

Nieco ponad 30 lat historii, długi na poziomie 800 tys. euro i ludzie pragnący do końca utrzymać ten okręt na powierzchni. Nie tylko pracownicy bezpośrednio związani z drużyną, którzy poświęcili wiele ciepłych posad, żeby w pełni zaangażować się w działalność na pokładzie Cork City. Przede wszystkim kibice - oni wiedzieli, do czego to wszystko doprowadzi.

W 2007 r. zmienił się właściciel. Brian Lennox sprzedał klub przedsiębiorstwu o nazwie "Arkaga", które już w momencie podpisywania umowy wzbudzało spore wątpliwości. Zostało założone przez Irlandczyka, Gerarda Walsha i przed zaangażowaniem się w piłkę nożną, głównie inwestowało w sektor opieki zdrowotnej, technologii, nieruchomości i rekreacji. Natychmiast najważniejsze stanowiska obsadzono ludźmi z zewnątrz.

"Cork City jest w złych rękach!" - według relacji "Guardiana" niosło się z trybun niecały rok później, gdy stało się jasne, że życie zespołu wisi na włosku. Okrzyki okazały się niewystarczające. Wszak, szybko można o nich zapomnieć. Na trybunach pojawiła się również sektorówka: "Arkaga - gnij w piekle".

- Od samego początku było jasne, że nowy właściciel jest tak samo mile widziany, jak protybetańscy protestanci w Pekinie - pisał Barry O'Donovan w tej samej kolumnie - Żadnego kredytu zaufania, żadnej próby poznania prawdziwych intencji.

Całkiem słusznie. Plany długoterminowych inwestycji (główna koncentracja na utworzeniu "All Ireland League") zakończyły się spektakularnym fiaskiem, więc zarząd przedsiębiorstwa zdecydował, że nie ma sensu pompować więcej pieniędzy w klub: - Utrzymują, że wpakowali w niego około 2,4 miliona euro tylko w tym roku. To wszystko sprawia, że Cork City jest obciążone długiem w wysokości około 1,3 miliona euro i jeszcze daje radę przeżyć dzięki dobrej woli zawodników, którzy zaakceptowali obniżkę pensji o 70% - informuje redaktor "Guardiana".

Pozostaje postawić pytanie, kogo tutaj tak naprawdę trzeba spłacić? - Lista wierzycieli jest niesamowicie długa i obejmuje m.in. Munster FA (stadion), dostawców sprzętu, żywności i lokalny Mayfield United. Do pewnego momentu pensje docierały do graczy w terminie, ale teraz (15.08.2008 r.) nie dostali ich od trzech tygodni - obszerne wyjaśnienie sytuacji pojawiło się na irlandzkiej wersji portalu "Independent". Zarząd "Arkagi" wybrnął koncertowo: - Jego odpowiedzialność jest niejasna. Trzeba postawić znak zapytania przy samych kwestiach technicznych umowy własności i klasyfikacji przedsiębiorstwa - interweniowała również federacja, która zwróciła uwagę, że to właśnie na inwestorach ciąży obowiązek podjęcia niezbędnych działań, żeby klub przetrwał.

Więcej niż dwunasty zawodnik

W tym samym czasie spora grupa osób zdawała sobie sprawę, że nie ma sensu liczyć na "Arkagę". Jeśli klub ma utrzymać się na powierzchni, to trzeba rzucić wszystkie siły na pokład. Te, którym tak naprawdę zależy na drużynie i jej dziedzictwu.

- Początki działalności FORAS sięgają czasów, gdy Brian Lennox był właścicielem Cork City. Niestety w międzyczasie pojawiła się "Arkaga" i nasz główny cel, czyli wsparcie, szybko zmienił się w konkretne działania - mówił w rozmowie z "Póg Mo Goal" Niamh O'Mahony, obecnie zaangażowany w projekty na linii kibice-piłka nożna (przyp. red. EC Improving Footbal Governance/Supporter Involvement).

Podkreślił, że sama myśl o bezpowrotnej utracie ukochanej drużyny wywoływała potężny strach, który pozwolił kibicom na zjednoczenie się w legalny i formalny sposób: - FORAS, obecny właściciel, działa na zasadzie "jeden człowiek = jeden głos". Każdy może się zaangażować, to kwestia odpowiednich składek. Każdy, kto jest członkiem organizacji dłużej niż jeden rok, może ubiegać się o stanowisko w radzie nadzorczej.

Niamh O'Mahony wyjaśnił, że działalność była starannie rozplanowana: - Najpierw musieliśmy zebrać fundusze i zbudować aktywa, które klub mógł uzyskać przy minimalnych kosztach - dzięki temu udało się zdobyć licencję (tymczasowo "Cork City FORAS Co-Op"), a następnie wykupić i odbudować zespół.

W pewnym sensie historia zatoczyła koło. Jeden z pierwszych herbów zawierał te same elementy (tj. statek i dwie wieże), ale różniły się nie tylko barwy, ale przede wszystkim wstęga zawierająco motto miasta. "Statio Bene Fide Carinis" oznacza bezpieczny port i w sposób przewrotny nawiązuje do wersu z "Eneidy" Wergiliusza, który mówi o "przystani dla łodzi zdradliwej". Tak samo przewrotnie, jak niespokojne były nastroje raptem kilkanaście lat temu.

Pamiątka za funta

Irlandzki klub istnieje właśnie dzięki takim ludziom. Dzięki kibicom, którzy dźwignęli statek, gdy wydawało się, że nikt i nic nie są w stanie go uratować. Dzięki całej drużynie - piłkarzom z regionu, którym daleko do obojętności.

Doskonale wie o tym Billy Woods. Kiedyś zawodnik, później jeden z trenerów, ale zawsze wielki sympatyk Cork City: - Nie pamiętam, jak tam dotarłem, ale pamiętam beton, na którym siedziałem. I program meczowy, który kupił mi brat. Kosztował ledwie funta i mocno ściskałem go w rękach, niepewnie patrząc gdzie go położyć. To była szalenie ważna pamiątka, tak samo jak bilet. Później włożyłem je do pudełka po czekoladowych ciastkach i schowałem pod łóżkiem. Mój skarb - opowiadał w obszernym wywiadzie, który ukazał się na łamach irlandzkiego "The 42".

Miał wtedy osiem lat, ale uczucia pozostały niezmienne.

Irlandczyk z Bronksu

Wcale nie trzeba legitymować się aktem urodzenia w Cork, żeby kochać ten klub całym sercem. Przekonał się o tym obecny trener, John Caulfield, który urodził się w Nowym Jorku. Chociaż pierwsze lata wiąże z Bronksem, to już wtedy trudno mu było wyprzeć się pochodzenia. Jego mama pochodziła z Cork, ojciec z Roscommon i powrócił do ojczyzny, kiedy był jeszcze dzieckiem.

Tak właściwie nie musiał ani związać się na tyle lat z drużyną, ani nawet zostać piłkarzem. Swoje pierwsze kroki stawiał w futbolu gaelickim. W tym momencie jest synonimem Cork City.

Wystarczy przywołać jego pierwsze mecze na stanowisku trenera. Spodziewano się, że kibice zareagują nader entuzjastycznie, ale nie aż do takiego stopnia. W sezonie poprzedzającym na trybunach średnio zasiadało około 2000 osób, by w meczu otwierającym pojawiło się aż 5322.

Liczba została pobita w meczu z Shamrock Rovers (3:0), gdy na stadionie zameldowało się 5676 entuzjastów: - W 2012 roku przeciętnie notowano około 1672 kibiców, co dawało miejsce gdzieś między trzecim poziomem rozgrywkowym w Rosji, a ligą baseballa stanie Floryda (Florida State League). Obecnie daje to 1000 osób tygodniowo więcej niż na stadionie Shamrock Rovers i dwa razy więcej niż na obiekcie Sligo Rovers  - tłumaczył obrazowo Eamonn Sweeney w obszernym artykule, który ukazał się na irlandzkim "Independent".

Stara gwardia, świeża krew

Cork City to nie tylko weterani, chociaż opinia publiczna poświęca im najwięcej uwagi. Sprawa jest bardzo prosta - walnie przyczynili się do sukcesów drużyny. Średnia wieku bynajmniej nie sięga ponad trzydziestu lat. Zakładając "najgorszy" scenariusz, będzie to około 27 lat. Zespół Caulfielda stanowi mieszankę starej gwardii ze świeżą krwią, przy jednoczesnym podkreśleniu, że w większości są to ludzie z regionu. Warto przede wszystkim rzucić okiem na defensorów: Conor McCarthy ma raptem 20 lat, a Sean McLoughlin 21.

- Pokładamy w Conorze (16 spotkań w 2018 r. i jedna bramka) wielkie nadzieje. Jest z nami od ukończenia 16. roku życia, teraz stanowi część pierwszego składu - podkreślał rok temu szkoleniowiec w wywiadzie dla "The 42".

W podobnym tonie wypowiadał się o Seanie, który bardzo szybko spłacił kredyt zaufania pokazując pewność siebie w kluczowych momentach meczów. Od lutego do lipca rozegrał 21 meczów w lidze (przeważająca większość w pełnym wymiarze czasowym) i strzelił dwa gole.

Dla młodych zawodnik irlandzki klub jest niezłym startem w dorosłym futbolu, starsi patrzą na to nieco inaczej. Bardzo trafnie ocenił to nowy nabytek, Damien Delaney, który ostatnio występował w Crystal Palace: - Zdecydowanie nie chodziło o pieniądze. Negocjacje w sprawie transferu były najłatwiejszymi, jakie kiedykolwiek miałem. Jeśli zależałoby mi na wysokiej pensji, wybrałbym inny kierunek. Jestem świadomy, że są tutaj spore ograniczenia finansowe - mówił w rozmowie z "Rte".

Na transferze zyskał nie tylko klub, ale i Alan Bennett (październik 1981 r.), który był wniebowzięty, że od teraz to Delaney (lipiec 1981r.) będzie najstarszym zawodnikiem z pola. Stawkę otwiera Mark McNulty, 37-letni bramkarz, który raczej nie będzie mógł zagrać w starciu z Legią. Według informacji irlandzkiego "The 42", kluczowy zawodnik skręcił kostkę.  - Strasznie niefortunnie dla Nultsa, że stało się w to w takim momencie, ale z drugiej strony jest to świetna okazja dla Petera (przyp. red. Cherrie) - tłumaczył trener.

Mimo dość wyważonego pod tym względem składu, Cork City nigdy nie zdołał przejść III rundy eliminacji do europejskich pucharów. Rok temu pokonał Levadię Tallinn, ale na następnym szczeblu zanotował dwie porażki po 0:1 w dwumeczu z AEK Larnaka. Nie oznacza to jednak, że legioniści mogą całkowicie zlekceważyć przeciwnika - kto powiedział, że ten bezpieczny port jest tak samo przyjazny dla gości.