Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Pięć rzeczy po pierwszej kolejce Ligi Mistrzów

Angielskie drużyny niemal zgodnie przegrywają, potwierdzając teorie o słabnącej jakości Premier League. Tymczasem Cristiano Ronaldo kontynuuje strzelanie, kroku stara się dotrzymać mu Thomas Mueller, a Lionel Messi... Gwiazda Argentyńczyka została w Rzymie przyćmiona. O najważniejszych wydarzeniach pierwszej kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów pisze Michał Zachodny.
Manchester City - Juventus Turyn 1:2. Mario Mandzukić Manchester City - Juventus Turyn 1:2. Mario Mandzukić PHIL NOBLE/REUTERS

Stare, niedobre City

Byli kompletnie rozbijani przez Bayern Monachium i Barcelonę, zawodzili w kolejnych sezonach pomimo wielkich inwestycji, a za niepowodzenia zwalniano szkoleniowców. Manchester City od czasów przejęcia przez grupę szejków z Abu-Dhabi kompletnie nie potrafi grać w europejskich pucharach. By realizować cele w Lidze Mistrzów ściągnięto Manuela Pellegriniego, ale i on nie zdjął klątwy - jeśli już, to powtarzane mogą być trzeci rok z rzędu teksty o naiwności i bojaźliwości jego drużyny. - Musimy zacząć sezon w Europie od mocnego sygnału dla rywali - odgrażał się kapitan City, Vincent Kompany przed meczem z Juventusem Turyn. A finalista poprzedniej edycji za nic miał te zapowiedzi, niewielkie wrażenie zrobiło na piłkarzach mistrza Włoch nawet objęcie przez Manchester City prowadzenia. Jak doświadczony bokser wyprowadzili dwa ciosy po których gospodarze już się nie podnieśli.

Próbowali, ale próby to były żałosne. Pellegrini rzucił wszystkie siły - nie w pełni zdrowego Aguero, ledwo kupionego De Bruyne i nawet Jesusa Navasa, ale nic nie działało. Wcześniej też było kiepsko, choć Buffon musiał się wysilić. Jednak były to tylko kontry, a City przez większość czasu dominowało. Yaya Toure, który miał mocny start sezonu ligowego kompletnie zawiódł, pokazał się tylko w końcówce strzałem z dystansu. Na więcej City nie mogło sobie pozwolić i peirwsza porażka od razu stawia ich w niełatwej sytuacji. Biorąc pod uwagę jak mocny start zaliczyła Sevilla Grzegorza Krychowiaka (3-0 z Borussią Moenchengladbach), to teraz drużyna Pellegriniego będzie potrzebowała zwycięstw na wyjeździe.

Ronaldo dalej włada Europą

Może Real nie obronił w poprzednim sezonie pucharu Ligi Mistrzów, ale jest jeden zawodnik, który europejskie rozgrywki niemal sobie podporządkował. Od momentu przenosin do Madrytu Cristiano Ronaldo notuje niesamowite wyniki strzeleckie. Tylko w jednym sezonie mistrzowskim (2013/14) Portugalczyk strzelił więcej goli w 11 meczach Ligi Mistrzów niż w 55, które w rozgrywkach kontynentalnych rozegrał w barwach Manchesteru United.

Ten sezon zaczął, a jakże!, od hat-tricka (Real wygrał z Szachtarem Donieck 4-0), choć wybitnie trudnego zadania nie miał. Jednak można już się zastanowić, czy 30-letni Ronaldo nie zasadza się na powiększenie przewagi nad Messim. Gra w europejskiej elicie o dwa lata dłużej od Argentyńczyka, ale jest też dwa lata starszy, więc walcząc o dominację musi korzystać z każdej okazji, by - póki jeszcze nogi niosą - nabijać tych trafień jak najwięcej. I tylko można się dziwić, że w oficjalnym Fantasy Ligi Mistrzów on i Messi są w miarę normalnych cenach. Bo biorąc pod uwagę ile strzelali i strzelają, to powinno wystawiać się ich dla kibiców za przynajmniej kwoty dwa razy większe.

Wojciech Szczęsny w meczu z Barceloną Wojciech Szczęsny w meczu z Barceloną MAX ROSSI/REUTERS

Jak zatrzymać Messiego?

Sześć razu uderzał na bramkę Romy Lionel Messi, ale tylko raz celnie i Wojciech Szczęsny go zatrzymał. W zdecydowanie najbardziej emocjonującym meczu pierwszej kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów gospodarze zrobili wszystko, by Argentyńczyk czuł się nieswojo. Atakowali go dwójką lub trójką zawodników, rzucali się pod nogi, gdy tylko na dwadzieścia metrów zbliżał się pod ich bramkę.

Wyczuwali zagrożenie w każdym kontakcie Messiego z piłką... i słusznie, nawet jeśli kosztowało ich to odpuszczenie Luisa Suareza. Pomimo tego, że Urugwajczyk strzelił gola, niemal wywalczył karnego i kontuzjował Szczęsnego, to widać było, jak bardzo Barcelonie brakuje Messiego z nieco większą swobodą. Zmuszony głównie do zagrywania w poprzek lub do tyłu - w Rzymie po prostu nie miał swojego dnia. Zamiast zapamiętać błysk geniuszu Argentyńczyka, wszyscy będą rozpływać się nad cudownym golem Alessandro Florenziego.

I niby Niemcy nie mają napastnika?

 

Uwierzcie bądź nie, ale skoro mowa o wielkich strzelcach europejskiego futbolu, to aż wstyd nie wspomnieć o Thomasie Muellerze. Napastnik Bayernu Monachium - licząc wszystkie rozgrywki i spotkania w reprezentacji - w tym sezonie strzelił już jedenaście goli w ośmiu meczach. W Pireusie dał mistrzom Niemiec spokojny wieczór, choć drużyna Guardioli przez większość spotkania starała się uśpić Olympiakos sekwencjami podań w poprzek boiska. W końcu Mueller zrobił to z czego niejako słynie - strzelił gola, gdy nikt tego się nie spodziewał. Po powtórkach było doskonale widać, że - w przeciwieństwie do Florenziego - nie zamierzał spod bocznej linii pokonać bramkarza. Wzrokiem Niemiec szukał Roberta Lewandowskiego, ale tak trafił w piłkę, że poleciała prosto w okienko bramki. Później dołożył trafienie z "jedenastki" i patrząc w jego statystyki można powoli sugerować, że bez Muellera start sezonu Bayernu oceniany byłby zupełnie inaczej.

 

Uwierzcie bądź nie, ale skoro mowa o wielkich strzelcach europejskiego futbolu, to aż wstyd nie wspomnieć o Thomasie Muellerze. Napastnik Bayernu Monachium - licząc wszystkie rozgrywki i spotkania w reprezentacji - w tym sezonie strzelił już jedenaście goli w ośmiu meczach. W Pireusie dał mistrzom Niemiec spokojny wieczór, choć drużyna Guardioli przez większość spotkania starała się uśpić Olympiakos sekwencjami podań w poprzek boiska.

W końcu Mueller zrobił to z czego niejako słynie - strzelił gola, gdy nikt tego się nie spodziewał. Po powtórkach było doskonale widać, że - w przeciwieństwie do Florenziego - nie zamierzał spod bocznej linii pokonać bramkarza. Wzrokiem Niemiec szukał Roberta Lewandowskiego, ale tak trafił w piłkę, że poleciała prosto w okienko bramki. Później dołożył trafienie z "jedenastki" i patrząc w jego statystyki można powoli sugerować, że bez Muellera start sezonu Bayernu oceniany byłby zupełnie inaczej.

I niby Niemcy nie mają napastnika?

Gry Kanonierom nie ułatwił fakt, że w 40. minucie boisko z powodu czerwonej kartki opuścił Oliver Giroud. Gry Kanonierom nie ułatwił fakt, że w 40. minucie boisko z powodu czerwonej kartki opuścił Oliver Giroud. MATTHEW CHILDS/REUTERS

Mniej niż cztery procent Arsenalu

Może i "Kanonierzy" nie podchodzili do meczu w Zagrzebiu z przesadną pewnością siebie, ale mieli podstawy, by najsłabszego rywala w swojej grupie nie traktować tak, jak np. Bayern Monachium. Zwłaszcza, że już w sobotę na Arsenal czeka znacznie ważniejszy i bardziej prestiżowy przeciwnik w lidze angielskiej - Chelsea. W Zagrzebiu trafił się rywal idealny na rozbicie, taki, który w dwudziestym pierwszym wieku jeszcze nie wygrał w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Wszystko szło po myśli piłkarzy Wengera do 29. minuty, gdy jedna z nielicznych kontr piłkarzy Dinamo dała im pierwszego gola. A wcześniej pudłowali "Kanonierzy" - najbardziej Olivier Giroud, który dostał od Wengera kolejną szansę. I to francuski napastnik najbardziej swojemu szkoleniowcowi zaszedł za skórę, bo jeszcze przed przerwą po głupim, niepotrzebnym faulu otrzymał drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartkę. Po przerwie Arsenal stracił także drugiego gola i chociaż do końca spotkania przeważał, to nie wywalczył nawet punktu.

I po raz kolejny odezwały się problemy w ofensywie. Chociaż Theo Walcott trafił po raz drugi w ciągu kilku dni do siatki, to skuteczność całego zespołu jest porażająca - ktoś wyliczył, że w tym sezonie "Kanonierzy" uderzali aż 137 razy, ale do siatki trafili tylko w pięciu przypadkach. To skuteczność na poziomie mniejszym niż czterech procent...