Ekstraklasa. Legia Warszawa - Zagłębie Lubin 1:3. Pierwsze plony ciężkiej pracy

Zmian względem zeszłego sezonu jest przynajmniej kilka, ale jedna zdecydowanie rzuca się w oczy. Patryk Tuszyński nie schodzi niżej i tym samym faktycznie koncentruje się na swoich zadaniach. Ten pojedynczy element układanki już sam w sobie jest całkiem niezłym prognostykiem.

Wypracowana organizacja

Płynne przechodzenie między formacjami, dobrze rozpracowany przeciwnik i dużo szczęścia w obronie. Trener Lewandowski może być zadowolony z pierwszego kroku, jaki wykonali jego podopieczni - przewrotnie, każdy kolejny będzie wymagał jeszcze większego wysiłku.

Pomimo kilku różnych ustawień ogólny zarys planu się nie zmieniał. Miedziowi założyli, że rywal większość ataków będzie organizował w bocznych sektorach boiska, więc głównym celem było odcięcie ich maksymalnie jak najszybciej i najskuteczniej. Najwyraźniej było to widoczne do 30. minuty i ponownie, po przerwie, od około 60.

Do realizacji tego celu była niezbędna równa praca całej drużyny. W okolicach koła środkowego do Dziwniela i Czerwińskiego odpowiednio podłączali się Pawłowski i Janoszka, dodatkowo jeszcze jeden zawodnik ze środka pola (Jagiełło/Starzyński/Tosik). Dzięki temu Zagłębie ograniczało ryzyko akcji oskrzydlającej i miało znacznie ułatwione zadanie z przodu. W tej fazie gry poszczególne części formacji były ustawione dość blisko siebie, co umożliwiało sprawne przejście z obrony do ataku. Do pressingu na równi z Tuszyńskim wychodził Starzyński.

Zagłębie Lubin wygrało kolejny mecz Zagłębie Lubin wygrało kolejny mecz FOT. KUBA ATYS

Centralny punkt rozegrania

Chociaż główne założenia nieszczególnie ulegały zmianie, to ustawienie i rola poszczególnych piłkarzy już tak. Mimo że w ogólnym rozrachunku w dość prosty, ale wymagający sporej konsekwencji, sposób wytrącili przeciwnikowi większość atutów, to grę Miedziowych można podzielić na kilka etapów.

Przez pierwsze pół godziny zwracała uwagę żelazna dyscyplina (czwórka z tyłu) w bezpośrednim przejściu z odbioru do ataku. Kluczową rolę odgrywało wyżej wspomniane zagęszczenie na skrzydłach, ale samo w sobie nie byłoby aż tak efektywne. Ofensywa lubinian była głównie zawiązywana w środkowej strefie z wykorzystaniem bocznych sektorów, głównie Alana Czerwińskiego.

W ciągu tych 30 minut bardzo dobrze wyglądała regulacja tempa. Od szybkiego przejęcia piłki, przez techniczne i spokojne rozegranie w trójkącie, aż po podkręcenie prędkości na flance w kluczowym momencie ataku.

Dużą rolę na tym drugim etapie odgrywał duet Starzyński-Jagiełło. Podczas gdy wpływ tego pierwszego był znacznie bardziej wyraźny (kluczowe podania z głębi pola, nadawanie rytmu grze, wyznaczanie kierunku ofensywy), jego imiennik wykonywał kawał solidnej roboty jako ważny trybik formacji. Działania Jagiełły szczególnie nabierały na znaczeniu w momencie bezpośrednio po odbiorze, gdy trzeba było podłączyć się do trójkąta w bocznej strefie. Podobnie zresztą Tosik, który dołożył jeszcze kilka niezłych strzałów (szukał miejsca przed polem karnym, rozpoczął pierwszą akcję bramkową).

Przestój

Miedziowi po przerwie przeszli na grę w bazowym systemie 3-5-2, ale równie blisko było im do bardziej defensywnego 5-4-1 z nastawieniem na kontrataki. Po 70. minucie bazowali głównie na szybkich wyjściach Pawłowskiego albo Sirotowa. Była to naturalna konsekwencja problemów w obronie, która sama w sobie wydaje się być najważniejszym elementem do poprawki.

Kontrataki i podania za obrońców: dwa główne i ściśle ze sobą powiązane problemy lubinian. Poszczególni zawodnicy zbyt wolno wracali do defensywy, a następnie pojawiały się kłopoty z podziałem obowiązków. Bardzo wyraźnie było to widoczne w sytuacji z bramką dla Legii, która ostatecznie nie została uznana (spalony Radovicia).

Screen z meczu Legia Warszawa - Zagłębie Lubin
Canal+Sport

Remy zagrał długie podanie w kierunku Radovicia, który bez większych trudności wygrał pojedynek biegowy z Dąbrowskim (obrońca Zagłębia został za bardzo z tyłu). Już w momencie, gdy opanował piłkę, najbliżej Hamalainena był Guldan. Wraz z rozwojem akcji odskakiwał od rywala starając się znaleźć na linii podania (Radović-Hamalainen), chociaż na przecięciu znajdował się również Jagiełło, a taki ruch umożliwił Finowi przyjęcie w polu karnym.

W 37. minucie ponowiono schemat. Tym razem Philipps zagrał futbolówkę w kierunku Hlouska ustawionego w bliskim towarzystwie Czerwińskiego i Guldana. Nie tylko zawiodła cała defensywa, która nie przypilnowała linii spalonego, ale i węziej ustawiony Czerwiński nie podniósł szans drużyny na skuteczną interwencję (szerzej Janoszka).

Te dwie sytuacje (i jeszcze kilka innych, np. Cafu sam na sam i Guldan łamiący linię, asekuracja Dziwniela) łączy przede wszystkim reakcja środka pola, który umożliwił przeciwnikowi tak dokładne dalekie podania. Brakowało doskoku, choćby próby przeszkodzenia legionistom.

Klamra

Screen z meczu Legia Warszawa - Zagłębie Lubin
Canal+

Z tego powodu trener Lewandowski zdecydował się na zmiany. Na drugą połowę zamiast Janoszki wyszedł Kopacz, którego pojawienie się na boisku zapowiadało przemeblowanie ustawienia. Bazowo z tyłu ustawiało się trio Kopacz-Dąbrowski-Guldan (3-5-2), ale równie często (zwłaszcza po wejściu Matuszczyka i później Sirotowa) Zagłębie przechodziło na 5-4-1.

Gospodarze nadal byli w stanie zagrać piłkę za linię obrony przeciwnika, ale nie z taką łatwością, jak przed przerwą (dwie bardzo dobre akcje). Miedziowi wrócili do sprawnego zaciskania bocznych sektorów boiska. Przejście na trójkę/piątkę z tyłu okazało się być strzałem w dziesiątkę. Można to też zestawić na zasadzie kontrastu z Legią, której źródła słabej gry nie upatruje się w organizacji systemu, a samym systemie.

Jednym z największych wygranych takiej organizacji gry (zarówno z pierwszej, jak i drugiej połowy) jest Patryk Tuszyński. Napastnik w poprzednim sezonie bardzo często zbiegał do środkowej strefy przez co praktycznie w ogóle nie realizował zadań z przodu formacji. W Warszawie miał sporo luzu z przodu i był skoncentrowany na ofensywie - na szukaniu miejsca, odrywaniu się od legionistów. Te dwa strzelone przez niego gole stanowią niezły prognostyk. Bo chociaż jedna jaskółka wiosny nie czyni, to trudno przypomnieć sobie jeden mecz Tuszyńskiego w zeszłym sezonie, w którym faktycznie skupiał się tylko na ataku.

Więcej o: