Na Bałkanach są przynajmniej dwa Białe Pola. Jedno w Czarnogórze, drugie - wydaje się, że mniej znane - "Bijelo Polje" to kotlina na północ od bajkowego Mostaru. Opowieść o Zvonimirze rozpoczyna się właśnie tam. Nie dajcie się jednak zwieść. Urokliwe krajobrazy i skrywany pod skałami klasztor derwiszów, Blagaj Tekija, to tylko część historii. Kibicowsko region ma niewiele wspólnego z baśniowym klimatem.
Zaczęło się zwyczajnie. 7-letni chłopiec, jak większość w jego wieku, chciał grać w piłkę i na próżno doszukiwać się tu jakiejś szczególnej motywacji. Rozwijał się pod okiem trenera Vladimira Skocajicia, znanego jako Taramba - legendy Velezu Mostar z lat 80. - Tutaj każdy musi mieć jakiś przydomek. Mostar to chyba jedyne takie miejsce na świecie. Chociaż Taramba tak naprawdę nic nie znaczy, to więcej ludzi kojarzy mnie właśnie tak, a nie jako Vladimira - tłumaczył piłkarz w rozmowie z bośniackim "SportSport".
Zvonimir każdego dnia pokonywał kilkanaście kilometrów z przedmieść na obiekty treningowe. - Już wtedy wiedziałem, że będą z niego ludzie. Rodzice nie podwozili go jakimś drogim samochodem. Był bardzo mocno zmotywowany - wspominał szkoleniowiec w jednym z wywiadów dla chorwackiego portalu "Sportske Jutarnji". Zmierzał uparcie do celu, ale w pewnym momencie, rok przed odwieszeniem juniorskich korków na kołek, drogi jego i Zrinjskiego się rozeszły.
Po dziesięciu latach (od 7. do 17. roku życia) zmienił kurs na Siroki Brijeg. - Wszyscy pytają, dlaczego nie dostrzegli we mnie "tego czegoś". Odpowiedź jest bardzo prosta. Dostrzegli, ale inni byli w tym szybsi - wyjaśnił zawodnik w rozmowie, która ukazała się na tej samej stronie. Temat został pogłębiony w wielu innych wywiadach, m.in. dla hercegovina.info. Zvonimir wyjawił, że nie do końca mógł dojść do porozumienia z zarządem w kontekście swojej przyszłości. Nie zmienił tego plebiscyt na najbardziej utalentowanego młodego gracza Zrinjskiego, który wygrał.
Zaledwie siedem miesięcy po przenosinach, trener Branko Karacić nagrodził jego starania w juniorach szansą występu w meczu pierwszej drużyny.
Jeden most, wiele znaczeń. Kiedyś symbol sojuszu między chrześcijaństwem a islamem, później jeden z celów chorwackiej armii podczas wojny domowej, wreszcie - o ironio - synonim podziału. Most, który dzieli, zamiast łączyć. Prawy brzeg jest chrześcijański, lewy muzułmański. Flagi chorwackie, flagi bośniackie.
W obliczu takiej sytuacji trudno się dziwić, że spokój na arenie kibicowskiej jest towarem deficytowym. Nie tylko przed, w czasie i po derbach (Zrinjski-Velez).
Osiem lat temu, w tzw. "Czarnej Kronice Mostaru" ("Slobodna Dalmacija") pojawił się jeden z wielu artykułów dotyczący napaści na juniorów Zrinjskiego. - Nieznani sprawcy w centrum Mostaru około południa zaatakowali Teo Rogicia (16) i Toniego Tipuricia (15), kiedy wracali ze szkoły - czytamy w kronice - Vlado, ojciec Teo, poinformował, że był to już drugi atak w ciągu dwóch tygodni. Podkreślił, że jego syn rozpoznał zarówno juniora Velezu (pierwszy raz), jak i radykalnych kibiców (drugi).
Srecko Bosnjak, rzecznik policji, potwierdził, że natychmiast zostaną podjęte konkretne działania, bo przypadek nie jest odosobniony. Głos w sprawie zabrał również burmistrz, Ljubo Beslić, który potępił coraz częstsze akty chuligaństwa: - Wszyscy muszą wykazać zaangażowanie, żeby środki prewencyjne były efektywne, a incydenty przestały mieć miejsce - zwrócił uwagę i zaprosił wszystkich rodziców, nauczycieli, dostojników kościelnych i innych przedstawicieli instytucji, aby dołożyli wszelkich starań do zwalczania przemocy w Mostarze.
Co łączy Zvonimira z RBR M80 Zolją, jugosłowiańskim granatnikiem przeciwpancernym? Nie tyle co samo miasto-Mostar, a przede wszystkim ogromna potrzeba nadawania pseudonimów wszystkim piłkarzom, którzy w mniejszym bądź większym stopniu wpadli komuś w oko. Zwykle decyduje przebłysk. Czasem pokusa jest tak potężna, że nie mają najmniejszego znaczenia - jak w przypadku Taramby. Znacznie częściej jednak, da się odnaleźć jakieś powiązanie z rzeczywistością.
Tym razem to nie kibice, a dziennikarz, Miljenko Karacić, nadał Zvonimirowi przydomek "Zolja z Białego Pola" i jak sam stwierdził w artykule ze "Sportske Jutarnji": - Robię to z pełną świadomością. Wszystko przez potężne uderzenie z 20-30 metrów, którym wielokrotnie imponował Kozulj.
Po transferze do Hajduka doszło do lekkiego przekształcenia i tym samym stał się "Niebieskim Zolją z Białego Pola", ze względu na barwy i dla odróżnienia od drugiego Zolji. Dwa mocarne granatniki - jeden dzięki uderzeniu, drugi (Franck Ohandza Zoa) przez człon nazwiska.
Na tym nie kończą się porównania do broni i innych zawodników. Wszystkie zbywa machnięciem ręki, starając się jednocześnie ukryć zakłopotany uśmiech. - Takie porównania mogą mi tylko zaszkodzić - odpowiada skromnie, gdy Slaven Alfirević z portalu "Slobodna Dalmacjia" wspomina o tym, że swoją grą przypomina Mario Pasalicia dzięki inteligencji boiskowej i życiowej. Spiesząc z wyjaśnieniami, przy okazji usiłując choć trochę zmienić temat, Kozulj opisał siebie jako "pomocnika box-to-box o szerokim wachlarzu umiejętności".
Pewnie znacznie lepiej zareagowałby na porównania do LeBrona, właśnie na przekór wszystkim. 24-letni Bośniak jest bowiem wielkim fanem koszykówki. - Skopiowałem od niego cieszynkę, tę którą widzieliście po pierwszej bramce w barwach Hajduka (przyp. red. 2:0 z Cibalią, lipiec 2016) - wytłumaczył, kiedy ekipa chorwackiego portalu "24sata" przyłapała go w koszulce LeBrona: - Jest dla mnie wzorem do naśladowania nie tylko jako człowiek, ale i sportowiec. Ktoś, kto pokonuje swoje bariery - kontynuował.
Zvonimir też to robi. W Hajduku bardzo długo borykał się z urazami kolan, które nie dawały mu spokoju do takiego stopnia, że kibice zaczęli dopytywać: - Gdzie się podziało to letnie turbodoładowanie? Nie był to pierwszy raz, kiedy kontuzje uniemożliwiły mu normalne treningi.
Najpoważniejszej nabawił się w meczu U19 przeciwko Chorwacji (2012 r.). Kozulj zerwał przednie więzadła krzyżowe, a jego kariera zawisła na włosku. Szczęście w nieszczęściu, bo trafił wówczas do doktora Fabiana Cukelji - był to jego pierwszy kontakt z drużyną ze Splitu.
Przepadła mu ponad połowa pierwszego sezonu w dorosłej piłce. Z tej prostej przyczyny został wysłany na wypożyczenia najpierw do Vitezu, a następnie Braniteli. - Na początku byłem zaskoczony, ale później trochę o tym pomyślałem i zdałem sobie sprawę, że może to właśnie jest najlepsze rozwiązanie. Te wszystkie kontuzje wpłynęły na moją psychikę, a przy okazji zderzyłem się z drastyczną różnicą między juniorskim a seniorskim futbolem - starał się wyjaśnić sytuację na łamach hercegovina.info.
Bośniak wielokrotnie podkreślał, że ma same dobre wspomnienia ze Splitu (nawet pomimo operacji). Ale to działa w dwie strony. Jest także swego rodzaju nieśmiałym wyznacznikiem zmiany strategii zarządzania klubem.
Istnieją przynajmniej dwie kwestie, które czynią jego transfer do Hajduka wyjątkowym. Przede wszystkim nie był to rezultat wieloletnich, a nawet wielomiesięcznych obserwacji. Ba, Zvonimir nawet nie był na końcu listy życzeń. Do przeprowadzki nigdy by nie doszło, gdyby nie oferta, jaką otrzymali włodarze. Przedstawiono trzech bośniackich zawodników: pierwszego ze Slobody, drugiego ze Zrinjskiego i właśnie Kozulja, który okazał się być pierwszym wyborem.
Najciekawsze jednak miało dopiero nastąpić. Hajduk po raz pierwszy od dawna zdecydował się zapłacić - Siroki Brijeg miał otrzymać 200 tys. euro i jeszcze zapewnić sobie 15% od przyszłych transferów. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce 4 lata wcześniej. W 2012 r. Anton Maglica przeniósł się z Osijeka do Splitu za 300 tys. euro.
Zvonimir nie uważa się za kogoś wyjątkowego. Z pewnością jego marzenia stale ulegają zmianie, ale to jedno z dzieciństwa nadal gdzieś tam brzmi z tyłu głowy. Nowy pomocnik Pogoni marzy o tym, żeby kiedyś, przed swoim rodzinnym domem, wybudować pełnowymiarowe boisko. Zanim to jednak nastąpi będzie mógł sprawdzić się w nowej drużynie, nowym otoczeniu i nowym kraju.